owsiane ciasteczka czyli nie tracimy energii :)

IMGP8297

Według medycyny chińskiej każdy z nas ma do wykorzystania określoną ilość energii Qi – czi. Energii warunkującej długość i jakość naszego życia. Według wschodniej filozofii tracimy część tej energii poprzez nieprzemyślany, niezdrowy tryb życia, mocne stresy oraz przez niewłaściwe oddychanie. Nasze energetyczne zapasy także szybciej ulegają wyczerpaniu kiedy się o coś boimy lub czegoś lękamy. Strach wypala czi. Raz zużyta energia nie może wrócić – jest bezpowrotnie stracona. Według tej teorii kolejna część tej energii jest nam dawkowana w nocy, a właściwie nad ranem pomiędzy  godziną  3-5 rano podczas snu. Jeśli nie śpimy w tych godzinach czujemy się dużo bardziej zmęczeni mimo, że reszta nocy była przespana. Także jeśli jemy późno w nocy obciążając organizm przepływ tej energii jest zakłócony Niezależnie jednak jak dobrze będziemy spać nad ranem energia ta wyczerpie się nieodwracalnie jeśli będziemy niewłaściwie żyć. Doprowadzimy do tego że kolejnej dawki energii już nie będzie…

Za przechowywanie energii życiowej według medycyny chińskiej odpowiedzialne są nerki i właśnie teraz w zimie, w której dominuje przemiana wody – możemy się nimi najpełniej zaopiekować.

We wschodniej filozofii nerki są także miejscem przechowywania  naszej woli, determinacji w dążeniu do celu, siły oraz wytrwałości 🙂 To magazyn naszej kreatywności.

Smakiem dobrym na zimę a jednocześnie związanym z nerkami jest smak słony – w umiarkowanej ilości.

Aby zachować nasze nerki w dobrym stanie i zapewnić sobie odpowiedni zasób życiowej energii powinniśmy spełnić parę prostych zasad:

  1. Powinniśmy nie pracować zbyt ciężko. Trzeba robić sobie przerwy 🙂 Nie wolno pracować w nocy ? to zakłóca naturalny przebieg energii i szybko nas zużywa. Ważny jest też rodzaj pracy: najbardziej destrukcyjnie na nasze nerki działa ta praca której nie lubimy. Praca, której oddajemy się z pietyzmem i z przyjemnością działa na naszą energię życiową pozytywnie.
  2. Powinniśmy zdrowo się odżywiać. Doprecyzuję – chodzi tu o bardzo proste potrawy roślinne. Ważne są surowe owoce i warzywa. Nie powinniśmy się przejadać. Wysoce przetworzona żywność obciąży nerki: będziemy mieli mniej siły do życia i wytrwałości w dążeniach do realizacji życiowych celów. Najbardziej osłabia nerki białko od zwierzęce, którego powinniśmy się wystrzegać. Powinniśmy ograniczyć także pokarmy zawierające sole kwasu szczawiowego jak rabarbar, szpinak i szczaw oraz czekoladę i kakao.
  3. Powinniśmy przyjmować odpowiednie ilości płynów w ilości i temperaturze dostosowanej do naszych swoistych uwarunkowań.
  4. Nie powinniśmy pozwalać na częste wychłodzenia organizmu. Ciepłe ubrania oraz dieta dostosowana do pór roku pozwoli nam zaoszczędzić sporo czi i zachować nasze nerki w dobrym stanie.

Dziś słone owsiane ciasteczka. Owies zaliczamy częściowo do smaku gorzkiego, który jest zalecany na zimę. Dodatkowo smak słony pochodzący z soli łagodnie stymuluję pracę nerek wspomagając oszczędzanie naszej energii 🙂

Potrawa ta nie powinna zaburzać dosha kapha szczególnie kiedy dodamy pół łyżeczki kurkumy i  mniej tłuszczu J.  Ciasteczka nie powinny zaburzać dosha pitta. Dla dosha vata polecam dodać więcej ghee i ciut zmielonych goździków.

Ciasteczka dobre są na małego głoda, do pracy lub szkoły na drugie śniadanie 🙂

Składniki:

3/4 kg płatków owsianych;

0,5 szklanki nasion słonecznika;

0,5 szklanki ghee;

1-2 szklanki ciepłej wody;

2 łyżeczki proszku do pieczenia;

1 łyżeczka soli;

Płatki wsypujemy do miski. Dodajemy pestki słonecznika, sól i proszek do pieczenia oraz ghee. Dokładnie mieszamy aby wszystkie składniki się dokładnie połączyły. Dodajemy powoli ciepłą wodę mieszając. Ilość wody jest zależna od płatków – niektóre piją więcej te ekologiczne i grube a niektóre mniej. Zostawiamy na 5-10 minut. Wszystko ma się dobrze kleić 🙂 Formujemy małe placuszki, posypujemy słonecznikiem lub sezamem. Pieczemy na papierze do pieczenia w temperaturze 180 stopni przez 30 minut. Smacznego 🙂

 

 

 

 

dieta na zimę czyli aromatyczna zupa krem z grochu z cynamonem :)

IMGP8291

Zima to czas statyki, czas zwolnienia, skupienia na wnętrzu i wyciszenia, odpoczynku. Czas gromadzenia i porządkowania wszystkiego: wiedzy, wrażeń, zwyczajów, poglądów i idei. Czas rozumienia 🙂

Najlepsze smaki na zimę to smak słony i gorzki. Pokarmy o tych smakach powodują że energia wchodzi w głąb ciała i rozgrzewa nas od środka. Pokarmy o tych smakach powodują jednocześnie, że nasza skóra staje się ciut chłodniejsza więc nie odczuwamy tak mocno zimna jakie panuje na dworze.

Do smaku słonego należą na przykład: sól, kiszonki, miso, sos sojowy, wodorosty, jęczmień, proso.

Do smaku gorzkiego należą na przykład: amarantus, quinoa, owies, żyto, seler naciowy, cykorię, różne odmiany sałaty, biała część skórki owoców cytrusowych lub górna część marchewki.

W zimie gotujemy częściej i częściej jemy ciepłe posiłki. Teraz dobrze jest więcej piec, dusić, opiekać a nawet sporadycznie smażyć w głębokim tłuszczu. Gotujemy dłużej niż w ciepłych porach roku, na mniejszym ogniu i w mniejszej ilości wody.

Powinniśmy jeść teraz więcej nasion i zbóż najlepiej przed zalaniem wodą podprażając je parę minut na ghee. Dobre są teraz na przykład wszelkie kasze, owies, jęczmień, grykę, słonecznik, pestki dyni, amarantus. orkisz. Powinniśmy teraz jeść więcej warzyw korzeniowych oraz warzyw z naszego rejonu klimatycznego odpornych na zimne pory roku: wszystkie kapusty, brukselka, brokuły, kalafior, cebula, czosnek, jarmuż, rzepa, marchew, seler, por, pietruszka, pasternak, dynia, brukiew. Ważne jest też dostarczanie o tej porze roku większych ilości warzyw strączkowych: wszelkiej fasoli (ze szczególnym uwzględnieniem fasolki adzuki), różnych odmian grochu, ciecierzycy oraz wszelkich soczewic. Powinniśmy używać więcej ziół suszonych i przypraw jak na przykład kurkuma, kumin, kminek, majeranek, tymianek, cząber, oregano, asafetyda, gorczyca, anyż, estragon, cynamon, imbir.

Dobrze jest zwiększyć ilość dań jednogarnkowych w naszym menu.  Powinniśmy jeść więcej gulaszy warzywnych, gęstych zup, duszonych warzyw w sosach, kremów zbożowych, pieczonych warzyw i kasz i kiszonek.

Dziś rozgrzewająca zupa krem z grochu i marchewki z cynamonem i mlekiem kokosowym.

Potrawa w tej wersji powinna być łagodząca dla pitta. Może łagodnie wzmagać energię vata i kapha w ciele. Choć dodane przyprawy i ghee powinny złagodzić ten efekt.

Składniki:
400 g żółtego grochu w połówkach;

2,5-3 L wody;

3 marchewki;

2-3 łyżki ghee;

1-2 plasterki świeżego imbiru;

1 szklanka mleka kokosowego;

1 laska kory cynamonu;

1 łyżeczka tartego cynamonu;

1 łyżeczka kurkumy;

0,5 łyżeczki rozdrobnionych nasion kuminu (kminku rzymskiego);

sól i pieprz;

Groch zalewamy wodą. Dorzucamy korę cynamonu i odstawiamy na noc. Można nie zostawiać grochu na noc a tylko na 2 godziny ale wtedy trzeba go gotować dłużej. Na drugi dzień gotujemy groch bez przykrycia (aby potrawa nie wywoływała gazów) około godziny. W tym czasie kroimy marchewkę w plasterki a imbir bardzo drobniutko. na patelni rozgrzewamy ghee i przesmażamy na nim marchewkę i imbir około 10 minut mieszając.

Z garnka z ugotowanym grochem wyjmujemy korę cynamonu. Dorzucamy do niego smażoną marchew z imbirem, kurkumę, mielony cynamon, kumin oraz dolewamy mleko kokosowe. Gotujemy jeszcze 5 minut. Mielimy wszystko blenderem. Dodajemy soli i pieprzu do smaku. Zupa wypełnia zapachem cały dom 🙂 Jest syta i świetna na zimne pory roku. Gorącego smacznego.

 

 

 

 

 

 

w poszukiwaniu równowagi czyli upiecz sobie cieciorkę :)

IMGP8274

Znowu jakoś tak filozoficznie poszło…

Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego – także i jedzenia. Korzystamy często bezmyślnie zupełnie z tej wszechobecnej obfitości. Dogadzamy sobie bez końca, na każdym poziomie. Mimo, że wydaje nam się że doskonale wiemy co robimy – nasze życie pokazuje zwykle co innego…

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak źle się odżywiamy? Dlaczego nie robimy tego co jest dla nas dobre?

Pogubiliśmy się. Jesteśmy nieobecni, zajęci i wiecznie czymś zaabsorbowani. Całe życie toczy się, rozgrywa w naszych głowach. Jesteśmy zajęci rozpamiętywaniem, roztrząsaniem lub przewidywaniem tego co było lub co będzie. Jesteśmy zajęci oczekiwaniem, planowaniem, spodziewaniem się i rozpatrywaniem. Cały czas coś analizujemy. Cały czas wykonujemy jakąś pracę myślową. Nadmiar dotykający nas z każdej strony to wzmaga. Mamy więcej pracy, filmów, programów, znajomych, reklam, jedynych i słusznych potrzeb, sklepów, możliwości i szans. Mamy Google.

No nie mamy czasu być w ciele! Nie mamy czasu na odczytywanie naszych prawdziwych potrzeb. Nie umiemy ich już rozróżniać. Odeszliśmy za daleko.

Tyle przecież rzeczy jest do przemyślenia. Tyle jest nowych chceń! Płynąc z prądem otaczającej nas permanentnej stymulacji ślepniemy i głuchniemy na wszystko. Bodziec musi być już naprawdę mocny abyśmy zwrócili na niego uwagę.

Jeżeli w ogóle myślimy o jedzeniu to tylko w przelocie, przez pomyłkę jakby – no bo przecież mamy tyle ciekawszych tematów. Pozwalamy więc aby zupełna przypadkowość kształtowała nasze menu. Kawa na stacji benzynowej, drożdżówka pośpiesznie nabyta w kiosku koło biura, ciasteczka którymi częstowała Basia, pierogi w barze mlecznym mijanym w drodze do domu, schabowe nasmażone w środę przez naszą mamę i cokolwiek byle szybko wieczorem przed telewizorem.

Oczywiście większość bezwiednie: w drodze do, w przerwie, w przelocie i pośpiechu. W międzyczasie.

Często zajęci myśleniem, chceniem lub dążeniem nie mamy czasu na takie nieistotne zwykłości jak jedzenie. Opuszczamy posiłki doprowadzając do tego, że grelina (hormon sterujący poczuciem głodu) wydzielana przez nasz pusty żołądek wybiera za nas – wszystko jedno co byle szybko i  kalorycznie.

Nieobecni, zaabsorbowani myślowym słowotokiem i stymulowani ze strony każdej nie umiemy już dokonywać racjonalnych wyborów. Odchodzimy od natury tak daleko jak to tylko możliwe.

Wybierane przez nas jedzenie musi dorównać poziomem do tego co wokół się dzieje – a dzieje się dużo i szybko. Tak też jemy. Łączymy setki smaków i setki kalorii pławiąc się w złudnym poczuciu wolności wyboru.

Jeżeli już zatrzymujemy się w jakiś sobotni wieczór przy jedzeniu – to posiłek musi być dopiero wyjątkowy! Musi być złożony, bogaty i wyrafinowany  – zupełnie jak nasz świat…

W poszukiwaniu spełnienia, w poszukiwaniu szczęścia dokładamy sobie więcej, więcej i więcej.  Na każdym poziomie…

 

Aby być szczęśliwszym nie potrzeba nam tego nadmiaru. Potrzeba nam redukcji. Część rzeczy powinniśmy odrzucić. Odrzucić w pełni świadomie.

Kiedy zaczniemy mniej suto jeść – będziemy się cieszyć każdym smakiem. Będziemy czekać na każdy posiłek.

Kiedy będziemy jadać prostsze rzeczy – docenimy subtelności. Odkryjemy bogactwo w tym co już mamy.

Kiedy zaczniemy zdrowiej jeść – zyskamy bardziej obiektywny punkt widzenia bo zdrowsze, mniej stymulowane ciało daje klarowny umysł.

Kiedy zaczniemy dokonywać świadomych wyborów poczujemy się silniejsi. Zyskamy poczucie sensu.

 

Dziś kotleciki z cieciorki. Potrawa ta będzie wzmagać energię vata i równoważyć energię pitta i kapha w ciele.

Składniki:

400 g cieciorki;

4-5 łyżek masła orzechowego;

1-2 ząbki czosnku;

1 łyżka majeranku;

0,5 łyżeczki przyprawy 5 smaków;

5-6 łyżek sezamu;

5-6 łyżek bułki tartej;

sól i pieprz;

Cieciorkę zalewamy wodą i odstawiamy na noc. Na drugi dzień gotujemy w osolonej wodzie. Po około godzinie powinna być mięciutka. Wodę w której się gotowała odlewamy. Do cieciorki dodajemy czosnek, masło orzechowe, majeranek i przyprawy. Solimy do smaku. Wszystko dokładnie mielimy blenderem. Jeśli masa jest zbyt gęsta dodajemy parę łyżek wody, w której gotowała się cieciorka. Mieszamy sezam z bułką tartą. Z masy formujemy kotleciki lub kulki i obtaczamy w panierce. Pieczemy na blaszce w temperaturze 180 stopni około 40-50 minut. Możemy podawać na ciepło lub zimno do sałatek. To także świetna przekąska do szkoły czy do pracy – pozostawi nas sytych na długo 🙂  Same kotleciki robi się 15 minut. Potrawa prosta i zdrowa.

 

chleb nasz powszedni czyli o uzależnieniach, smakach i chlebie ryżowym :)

IMGP8248

Uwielbiam chleb. Szczególnie ten świeżutki, chrupiący, prosto z piekarnika. Jem go z samym masłem żeby nic nie zmąciło cudnego smaku…

Mięsa nie lubiłam nigdy. Brzydziłam się go. Odrzucenie go przyszło samo, bezboleśnie i zupełnie naturalnie już kiedy byłam dzieckiem.  Bez jakichkolwiek wyrzeczeń.

Podobnie było z mlekiem.

Ale już śmietany i jogurty stanowiły dla mnie zawsze niemałą pokusę. Uwielbiałam szczególnie te tłuste. Dosładzałam je miodem, słodkimi owocami lub po prostu cukrem.

Kochałam ciepłe waniliowe budynie, kremy śmietanowe i wszystko co się z nimi wiązało.

Z serem było jeszcze gorzej. Lubiłam jego intensywny, miękki i kremowy smak. Lubiłam wszystko co da się nim polać i pod nim zapiec. Całe dzieciństwo i młodość był dla mnie ser pokarmem podstawowym jedzonym codzienne – no bo przecież co można położyć na kanapkę jeśli dziecko nie je mięsa?

Z chlebem jest jednak najtrudniej. Tu oprócz preferencji smakowych do głosu dochodzą  głęboko zakorzenione, wieloletnie przyzwyczajenia, skojarzenia i wspomnienia.

Chleb był zawsze. Miał piętki. Jego zapach wypełniał cudnie cały dom.  Był rumiany i chrupiący.  Był synonimem spokoju, ciepła i dobroci. Był poniekąd świętością…

Babcia, która mnie wychowywała przeżywszy wojnę, powstanie, ucieczkę z transportu do obozu, tułaczkę i wieczny głód traktowała chleb z ogromnym szacunkiem. Nigdy nic się nie marnowało. A najlepszymi chipsami mojego dzieciństwa (w latach 70 w PRL-u nie było niczego takiego) były przygotowane przez nią podpiekane w piekarniku rumiane skórki chleba właśnie. Jeszcze jako nastolatka je jadałam.

Kiedy już jako całkiem dorosła osoba analizowałam smaki mojego dzieciństwa stało się dla mnie jasne, że są takie które lubimy bardziej niż inne. Wszyscy. Dlaczego tak bardzo lubimy smak chleba czy sera? To nie tylko przyzwyczajenie, tradycja czy zwyczaje. To nie tylko smaki. To uzależnienie.

W cząsteczkach białek nabiału i zboża – kazeinie i glutenie znajdują się egzorfiny – podobnie działające jak morfina – alkaloid należący do opiatów.

Polipeptydy, które podczas procesu trawienia uwalniają się z glutenu są oporne na działanie enzymów jelitowych i nie ulegają strawieniu. Niszczą delikatną śluzówkę przewodu pokarmowego i poprzez jej nieszczelności przedostają się do krwi. W mózgu łączą się z receptorami opioidowymi wywołując działanie, które naukowcy przyrównują do działania morfiny.

Jednym z najgorszych jednak skutków spożywania glutenu  i kazeiny jest systematyczne wyłączanie naszej bezpośredniej obrony – limfocytów – komórek układu odpornościowego. Udowodnione, że osoby uzależnione od glutenu i kazeiny mają liczne narządowe uszkodzenia, uszkodzenia DNA oraz znacznie spowolnione wszelkie procesy naprawcze. To jest źródłem ogromnej ilości chorób.

Nasze ciała zawierają receptory peptydów opioidowych aby nas chronić. Pomagać uśmierzyć ból, uciec od zagrożenia mimo wyczerpania czy zmęczenia. Jednak to co przez wieki pomagało nam przeżyć teraz – w dobie nadmiaru i dobrobytu, w dobie chrupiących białych bułeczek – może przyczynić się do naszej zagłady.

Uzależniamy się szybciutko, już we wczesnym dzieciństwie od tego smaku i bardzo ale to bardzo ciężko jest nam go odstawić.

Dziś próbujemy! Pieczemy chleb ryżowy.

Chlebek w takiej formie będzie łagodnie równoważył dosha vata oraz pitta. Może jednak zaburzać dosha kapha.

Składniki:

500 g mąki ryżowej;

150-200 g mąki kukurydzianej;

0,5 szklanki siemienia lnianego;

6-7 łyżek łusek babki płesznik;

2 łyżeczki soli;

2-3 łyżki ghee;

około 700-800 ml ciepłej wody;

zakwas

Mieszamy wszystkie suche składniki w dużej misce. Dodajemy ghee oraz zakwas i bardzo dokładnie mieszamy. O tym jak się robi zakwas pisałam przy okazji chlebka orkiszowego: http://www.izaraczkowska.pl/orkiszowy-chlebek-na-zakwasie-koniecznie-na-wiosne/ . Do miski dolewamy wodę i wyrabiamy dokładnie ciasto. Konsystencja tego ciasta może zaskoczyć bo nie jest one zupełnie lepkie. Nic dziwnego ? nie ma w nim glutenu. Odkładamy 3-5 łyżek ciasta na następny zakwas. Resztę wkładamy do foremki wysmarowanej ghee, przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy w spokojne, ciepłe miejsce. Po około 8 godzinach wstawiamy chlebek do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Pieczemy chlebek godzinę. Najlepiej smakuje jeszcze lekko ciepły – ma wtedy cudnie chrupiącą skórkę. No i ma piętki 🙂

 

 

 

 

.

 

filozofia w filiżance czyli pachnący indyjski czaj :)

IMGP8258

Kiedy ciemność i chłód z za okna dopada nas jesiennym przygnębieniem i nostalgią warto zrobić sobie herbatę. Ale tak naprawdę…

Bardzo często lekceważymy tak rutynowe czynności jak parzenie herbaty. Wykonujemy je machinalnie i odruchowo zajęci rozmyślaniem, planowaniem czy rozpamiętywaniem.

Utożsamiając się zupełnie z naszymi myślami przeważnie jesteśmy wiecznie nieobecni, roztargnieni i zajęci. Kiedy ostatni raz świadomie piłeś herbatę? Bez telewizora, telefonu czy laptopa. Nie w przerwie na reklamę. Bez pośpiechu. Kiedy ostatnio piłeś herbatę dla samej herbaty?

Nawet kiedy wieczorem siedzimy leniwie w fotelu natłok myśli w głowie sprawia że jesteśmy zajęci, że nie odpoczywamy. Aby się uwolnić od natłoku myśli, świadomie lub nie, włączamy telewizor, radio czy komputer. Kibicujemy uczestnikom teleturniejów, żyjemy losem bohaterów telenowel lub audycji. Przejmujemy się najnowszymi wiadomościami serwowanymi przez dziesiątki dzienników. Planujemy zakupy nowo reklamowanych lub oglądanych przedmiotów, czytamy wpisy setek znajomych lub po prostu płyniemy z prądem przeglądarek internetowych. To wszystko to tylko formy ucieczki. Od siebie, od nieustającego potoku myśli w naszych głowach, od teraźniejszości?

Spróbujcie czasem przestać.

Wyłączyć to wszystko, ściszyć i zrobić sobie herbatę.

Ale nie przy okazji. Tak naprawdę. Z pełną świadomością tego co robicie. Z całym pietyzmem na jaki tylko Was stać. Ze skupieniem na jakie zasługuje teraźniejszość.

Bądźcie przy tym w pełni obecni.

Zagotujcie wodę myśląc o tym co robicie. Wybierzcie ulubiony kubek, podstawkę, herbatę. Zalejcie ją wodą powoli i uważnie. Poczekajcie spokojnie jak ostygnie.

Weźcie kubek w dłonie. Popatrzcie na niego i poczujcie jego ciepło. Weźcie małego łyczka. Świadomie. Nie oceniajcie. Nie wartościujcie.

Jakbyście robili to po raz pierwszy w życiu.

Tak pita herbata smakuje inaczej… Smakuje bardziej.

Wszystko co zrobimy świadomie jest mocniejsze i prawdziwsze 🙂

 

Dziś indyjski czaj.

Herbata w tej postaci z mlekiem i przyprawami oraz imbirem delikatnie łagodzi  dosha vata w organizmie. Dla  pitta polecam dodać ciut mniej rozgrzewających przypraw. Może herbatka w takiej postaci zaburzać energię kapha więc dla tej dosha dajcie mniej mleka i cukru.

Składniki:

2 szklanki wody;

2 szklanki mleka sojowego (może też być krowie albo każde inne);

2-3 łyżeczki czarnej liściastej herbaty;

1 łyżeczka cynamonu;

4-5 strączków zielonego kardamonu;

4-5 goździków;

1 gwizdka anyżu;

4 -5 łyżeczek brązowego cukru;

2-3 ziarenka czarnego pieprzu;

1 łyżeczka drobno startego imbiru;

Do garnka  wsypujemy cukier. Podgrzewamy go ciągle mieszając aż się rozpuści i zacznie brązowieć. zalej go wodą. Reakcja będzie spora i trzeba uważać aby się nie poparzyć. Dolewamy mleko i zmniejszamy gaz. Dorzucamy do garnka herbatę, cynamon, ziarenka pieprzu oraz imbir. Kardamon, goździki i anyż rozcieramy na drobne części w moździerzu i też dosypujemy do garnka. Gotujemy na małym ogniu mieszając od czasu do czasu. 2-3 minuty po zagotowaniu wyjmujemy herbatę i gotujemy jeszcze 10 minut. Odcedzamy płyn przez siteczko.

Można dosłodzić miodem 🙂

Aromatyczna i rozgrzewająca ? wygania jesienne smutki 🙂