przyjemność z udziałem świadomości czyli kuleczki z daktyli :)

IMGP8503

Czasy się zmieniają. My też się zmieniamy. Stanowczo więcej wiemy i rozumiemy. Jesteśmy dużo mądrzejsi, uważniejsi i bardziej świadomi. Pod wieloma względami wyprzedziliśmy poziom wiedzy naszych dziadków i rodziców. Mamy zupełnie inne możliwości – nieporównywalnie większe. Mamy ciągłą i nieprzerwaną możliwość dostępu do wiedzy, do nauki, do informacji. Ba! I to z ilu stron. Z tylu z ilu tylko google pozwoli.

Jednak pomimo to jesteśmy dużo bardziej schorowani, otyli, zmęczeni, zniechęceni i nieszczęśliwi.

W przeważającej większości dokładnie wiemy co należy robić aby być zdrowym. Co powinniśmy jeść, a czego unikać. Jak powinniśmy żyć. Co powinniśmy robić aby było dobrze. Jednak bardzo rzadko z tej wiedzy korzystamy.

W przeważającej większości sami siebie okłamujemy. I to jak sprytnie!

Ściem u nas więc dostatek. Na każdy temat.

Mówimy sobie, że zaczniemy zdrowo się odżywiać od jutra, od poniedziałku, od Nowego Roku. Że wszystko się teraz zmieni. Udowadniamy sobie, że zdrowe słodycze istnieją tylko wystarczy użyć ekologicznych, najlepiej wegańskich składników. Lubimy być pewni, że wydając majątek na jedzenie z ekologicznych sklepów nie przytyjemy. W naszym mniemaniu otyłość to zasługa genów, a nie nasza wina. Z nostalgią twierdzimy,  że domowa kuchnia naszych mam daje zdrowie i długie życie. Z zapamiętaniem cytujemy badania mówiące, że choroby cywilizacyjne to wypadkowa zanieczyszczonego środowiska i złej polityki. Uwielbiamy narzekać na służbę zdrowia i lekarzy oraz drogie leki bo to ich winimy za nasz stan zdrowia. Mówimy, że nie możemy nic zmienić bo co może zmienić działanie jednego człowieka. Że to wszystko nie nasza wina…

Twierdzimy, że nie jedząc mięsa normalnie pracujący człowiek nie miałby energii do życia. Myślenie o genezie kotleta to dla nas tabu. Jeżeli już przemknie nam myśl o pochodzeniu mięsa szybciutko serwujemy sobie sielskie widoczki rodem z reklam. Tak więc ryby oczywiście nic nie czują, a wszelkie inne zwierzęta idą na śmierć z przytupem w promieniach słońca. Szczególnie radośnie umierają zaś te z tradycyjnych gospodarstw zapewniając nam pełną ofertę zdrowych ekologicznych wędlin. Mówimy sobie, że życie bez przyjemności jest nic nie warte i dlatego zjadamy drugą dokładkę ciasta. Mówimy sobie, że nam się należy, że zasłużyliśmy. Że w życiu liczy się przyjemność. Że żyje się raz.

No właśnie – żyje się tylko raz.

To my wybieramy jak wygląda nasz świat. Jak wygląda nasz system wartości też jest naszym wyborem. To my wybieramy nasze ściemy. Naszym wyborem jest więc bycie nieszczęśliwym jeśli nie zjemy blachy pierniczków. To my udajemy, że kotlet na talerzu naszego dziecka nie ma nic wspólnego z żywą, świadomą i czującą istotą jaką jest zwierzę. To my wybieramy bycie chorym i zmęczonym żyjąc dokładnie tak jak chcemy. Naszą prywatną zasługą jest otyłość, depresja i brak energii. To naszym wyborem jest dogadzanie sobie bez końca na każdym możliwym poziomie. To my jesteśmy odpowiedzialni za większość rzeczy jakie nas spotyka. I czy lubimy czy nie – musimy wiedzieć, że to nasze jednostkowe, prywatne wybory kształtują świat w którym żyjemy.

Nie chodzi o to żeby zaszyć się w lesie i jeść korzonki. Nie o to chodzi aby zostać ascetą i zupełnie wyrzec się życia, czucia i przyjemności. Taka wizja to kolejna ściema, którą się usprawiedliwiamy w „nicnierobieniu”.

Można to wszystko pogodzić. To trudne ale wykonalne.

Najważniejsze jest zrozumienie konsekwencji wszelkich naszych wyborów – często daleko idących, zakamuflowanych konsekwencji. Chodzi o to by pomyśleć, popatrzeć szerzej. Dostrzec niezauważalne, wielowarstwowe i nakładające się efekty motyla. Wszędzie.

Uświadomienie sobie, że wszystko zależy od nas na początku przeraża ale potem daje siłę. Siłę potrzebną do zmian.

Nagrodą jest natomiast nie tylko zdrowsze ale przede wszystkim prawdziwsze życie. Bez okłamywania się. Bez ściemy.

Nie chodzi o całkowite wyrzeczenie się przyjemności. Można zjeść i pierniczka i kotleta – jeśli tylko w pełni godzicie się na wszelkie konsekwencje jakie ten fakt niesie. Wszelkie prawdziwe konsekwencje.

Bo nie gubią nas przyjemności. Gubią nas przyjemności popełniane bez udziału naszej świadomości.

 

Tak mnie coś naszło bo wszędzie słyszę o postanowieniach noworocznych. Tak propo ściem 🙂

 

Dziś kuleczki orzechowo-daktylowe Gosi. Szybciutki przepis z pysznym rezultatem. Popełniany całkiem świadomie.

Kuleczki będą odpowiednie dla dosha vata. Mogą lekko zaburzyć dosha pitta oraz mocno zaburzać energię kapha.

Składniki:

1 szklanka posiekanych daktyli;

0,75 szklanki posiekanych orzechów różnych;

0,75 szklanki wiórek kokosowych;

1 jajko (opcjonalnie);

1-2 łyżki ghee;

4-5 łyżek brązowego cukru;

Daktyle muszą być w miarę świeże tzn nie za mocno wysuszone bo źle będą się kleić.Wszystko mieszamy w misce. Bardzo dokładnie ugniatamy – około 10 minut aby ciepło dłoni rozgrzało masę. Na blaszce układamy papier do pieczenia. Z masy formujemy małe kuleczki  około 2-3 cm średnicy. Kuleczki układamy na blaszce i pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 160 stopni przez 20 minut. Jemy na zimno – jeśli uda nam się doczekać aż wystygną 🙂

 

 

 

 

aby nie utracić perspektywy czyli sałatka z buraczków :)

IMGP8396

Przed świętami powietrze drży i gęstnieje. Wszyscy mamy poczucie że trzeba coś zrobić, nadrobić i zakończyć. Zdążyć.

Więc działamy.

Permanentnie. W pełnym spięciu i oczekiwaniu. Wchodzimy na wyjątkowe, jeszcze szybsze obroty. Jakby nam było mało…

Kupujemy, sprzątamy, ogarniamy, planujemy, kupujemy, gotujemy, pieczemy, dusimy i smażymy, kupujemy, wybieramy, nosimy, przywozimy, stroimy, kupujemy, denerwujemy się, stresujemy, klniemy, kupujemy, kupujemy.

A wszystko w pędzie ogromnym i w spięciu. Żeby było lepiej, piękniej i smaczniej. Żeby było wyjątkowo. Bajecznie!

Większość rzeczy nie związanych z prezentami, potrawami, podróżami czy choinką odkładamy na „po świętach”, „na nowy rok”.

Jakby te prawdziwe życie miało się zacząć potem. Jakby dzień dzisiejszy był tylko drogą prowadzącą do celu. Wielkim, nawarstwiającym się oczekiwaniem. Jakby teraźniejszość była tylko sposobem dotarcia do kresu jakim są święta i nowy rok.

Dni przedświąteczne mijają bezpowrotnie stracone zostawiając po sobie obok wypucowanego domu, zestawu potraw dla całej armii i świetnie dobranych prezentów jedynie wypalenie oraz niejasne poczucie niespełnienia. Poczucie, że to nie tak miało być, że dzieje się coś co się nie miało dziać, że nie o to chodzi…

 

To my decydujemy jaki jest nasz świat. To my dokonujemy wyborów.

Płyniecie z prądem i poddawanie się panującym trendom – to też wybór.

Dążenie do czegokolwiek tak intensywnie i usilnie, w takim zatraceniu i pędzie powoduje, że tracimy perspektywę. Tracimy zdolność oceny.

Nasza racjonalizacja jest wielka więc wszystko umiemy sobie zgrabnie wytłumaczyć.

Ale po co?

Warto sobie czasem stawiać pytania. Jak nikt nie widzi. Takie dziecięce – z poziomu trzylatka.

 

Nie chcę żyć tylko w oczekiwaniu na coś. Nie chcę aby kolejne dni mojego życia mijały mi niedostrzeżone w pędzie do czegoś. Nie chce tracić czasu na budowanie dziesiątek pozorów szczęśliwości. Nie chcę dopiętych ostatnich guzików. Nie chcę budować kolejnych potrzeb. Nie chcę się spieszyć!

Nie chcę nic pomijać. Nic tracić.

Chciałabym sprawić aby każdy dzień był istotny i cenny.

Chcę aby to dzień dzisiejszy trwał.

 

Dziś prosta sałatka z pieczonych buraków. Dla ozdoby dzisiejszego dnia 🙂 Zasadowe buraczki świetnie złagodzą w nas efekty przedświątecznej krzątaniny.

Buraki łagodzą nadmiar energii vata i kapha. Zaburzają jednak pitta.

Składniki:

4-5 buraków;

oliwa z oliwek;

1 opakowanie jogurtu sojowego naturalnego (lub zwykłego jogurtu) ? około 100 -150 g;

1 łyżka miodu;

1 garść orzechów laskowych;

3 mandarynki;

sól i pieprz;

Buraki myjemy i kroimy na kawałki. Układamy na blaszce i skrapiamy oliwą. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni około 30 minut. Wbity widelec ma wchodzić luźno w buraczka. Wystudzone buraczki wkładamy do miski. Mandarynki obieramy a cząstki kroimy na pół i dodajemy do miski z burakami. Orzechy laskowe prażymy na suchej patelni. Jogurt mieszamy z miodem i polewamy nim sałatkę. Obsypujemy wszystko orzechami. Doprawiamy solą i pieprzem.  Smaczne, proste i zdrowe 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

uspokój się i zjedz proso czyli placuszki z kaszy jaglanej :)

IMGP7483

Proso łączy w sobie dwa smaki – słodki i słony. To  mocno nawilżające zboże wzmacniające płyny Yin. Działa ono pozytywnie na nerki i wątrobę oraz na śledzionę i trzustkę. Jest uważane w medycynie wschodu za jeden z głównych pokarmów odtruwających polecanych dla osób na dietach odtruwających oraz wychodzących z postów. Polecane jest także dla osób jedzących mięso oraz inne rodzaje białka zwierzęcego.

Przeciwdziała proso gromadzeniu się toksyn w ciele oraz jest uznawane za pokarm antygrzybiczny przez co polecany jest dla osób cierpiących na wszelkie drożdżyce, a także ludzi przewlekle chorych oraz leczonych antybiotykami. Proso jest też uważane za pokarm świetnie nadający się dla kobiet w ciąży – ponieważ ogranicza poranne nudności, a w połogu wzmaga laktacje.

Zawiera proso sporo pełnowartościowego białka. Zawartość wapnia i krzemu w tym ziarnie powoduje, że ma ono zbawienny wpływ na nasze stawy oraz utrzymuje w doskonałej kondycji naszą skórę, paznokcie i włosy.

Poprzez swoje nawilżające właściwości polecane jest dla osób starszych – przeciwdziała nadmiarowi suchości w ciele.

Systematyczne jedzenie prosa przeciwdziała napadom „wilczego apetytu” i wieczornemu buszowaniu w lodówce 🙂

Najważniejszą jednak zaletą prosa jest jego silne działanie alkalizujące. O powodach, dla których warto spożywać produkty zasadowe już nie raz pisałam. Przeciwdziałają one większości chorób cywilizacyjnych.

Muszę tu jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym ważnym aspekcie związanym z równowaga kwasowo-zasadową – chodzi o stres. Nie tylko bowiem zła dieta powoduje zakwaszenie naszego organizmu. Stres, strach i niepokój przyczyniają się do tego równie mocno co hamburgery.

Podczas stresu zostaje zaburzona naturalna homeostaza naszego organizmu  – wzrasta aktywność nadnerczy, która w rezultacie prowadzi do obniżenia poziomu dopaminy i serotoniny. To zaś powoduje niepochamowaną potrzebę stymulowania „ośrodka nagradzania” w mózgu, który wydzieli kolejną dawkę dopaminy. Najprostsze „nagrody” to słodycze i używki – wszystkie bardzo intensywnie zakwaszające.

Dodatkowo stres działa na nasz układ oddechowy. Zaczynamy oddychać szczytami płuc. Oddech spłyca się, a organizm dostając mniej tlenu ulega większemu zakwaszeniu. Do tego dochodzi brak ruchu, który ten problem pogłębia.

Takie czynniki jak zdenerwowanie, pośpiech, zmęczenie psychiczne, napięcie oraz obniżenie nastroju, smutki i depresje poprzez ciąg procesów fizjologicznych prowadzą do długotrwałego zakwaszenia organizmu. Nasze komórki zaczynają się dusić.

Najlepsza dieta dla osób zmęczonych i permanentnie zestresowanych to dieta roślinna zawierająca dużą ilość nieprzetworzonych zielonych liści bogatych w chlorofil oraz kiełki i kasze. Królową zaś kasz zasadowych jest właśnie kasza jaglana 🙂

Z bardziej subtelnego punktu widzenia kasza jaglana to pokarm uspokajający i wyciszający. Polecany w diecie sattwicznej ? diecie dla osób pragnących się wyciszyć i rozwijać duchowo.

Dziś placuszki z kaszy jaglanej i kukurydzy 🙂

Potrawa przyrządzona w ten sposób nie powinna zaburzać żadnej dosha.

Składniki:

1 szklanka kaszy jaglanej;

1 ? 1,5 szklanki mleka sojowego;

1 puszka kukurydzy;

4-5 łyżek ghee;

2-4 łyżki zmielonego siemienia lnianego;

1-2  jajka (opcjonalnie);

1 łyżeczka kurkumy;

1 łyżeczka sody oczyszczanej;

sól i pieprz;

olej do smażenia;

Kaszę zalewamy 2 szklankami wody i lekko solimy. Gotujemy od czasu do czasu mieszając aż do wyparowania wody. Gotujemy pod przykryciem. Do ugotowanej kaszy wlewamy mleko, ghee oraz dodajemy siemię lniane, sodę oczyszczaną, sol i pieprz. Jeżeli jemy jajka można je też dodać do placuszków – wtedy będą bardziej zwarte i gładkie 🙂 Bardzo dokładnie wszystko blendujemy aż do uzyskania jednolitej kremowej konsystencji. Dodajemy kukurydzę.  Wszystko dokładnie mieszamy. Na dobrze rozgrzanej patelni formujemy placuszki i smażymy z obu stron. Ja lubię te placuszki z sosem pesto i z sałatką z pomidorów ale dzieciaki uwielbiają je same 🙂 Najlepiej smakują na zimno -jeśli pozwolimy im zostać 🙂

 

 

kolorowa sałatka z tofu czyli rozświetlamy mrok :)

IMGP8308

Kończy się listopad zaczyna się grudzień – dni są krótki, pochmurne i ciemne. Potrzebujemy słońca. Potrzebujemy światła bardziej niż zwykle. Potrzebujemy energii.

Nasze organizmy nie mają bezpośredniej zdolności wiązania energii pochodzącej ze słońca. Taką zdolność mają rośliny poprzez proces fotosyntezy. Zielone części roślin uczestniczą w tych procesach a sama energia jest częściowo odkładana w pozostałych częściach roślin w: liściach, owocach, korzeniach, kłączach i bulwach oraz w nasionach.

Zagadnieniami energii słonecznej i jej wpływu na nasze zdrowie zajmował się dr. Bircher-Benner, zwolennik diety roślinnej, szanowany szwajcarski dziewiętnastowieczny lekarz wyprzedzający swoją epokę. Badał on rośliny pod kątem zawartości energii słonecznej i jej wpływu na zdrowie pacjentów. Z powodzeniem też leczył w swojej klinice ludzi dietą roślinną. Dowodził on, że do zachowania dobrego stanu zdrowia konieczna jest dieta złożona  minimum w połowie z całkowicie surowych i mało przetworzonych roślin.

Zagadnienie to zostało zbadane niedawno – kiedy technika na to pozwoliła. Inżynier  Simoneton badając te zjawisko udowodnił, że żywe komórki wytwarzają rzeczywiście pewien swoisty rodzaj promieniowania. Surowe i świeże produkty wytwarzają stanowczo dłuższe rodzaje fal niż te przetworzone. Długości fal są różne ale dla świeżych roślin mieszczą się w przedziale od 3000 do 9000 angsztremów. Owoce dojrzewając zwiększają długość fali. U warzyw długie przechowywanie skraca długość fali. Mięso w postaci surowej zawiera maksymalnie 3000 ale tylko parę godzin po śmierci zwierzęcia. Następnie długość jego fal jest równa 0 angsztremów.

Białe pieczywo, większość słodkich wypieków, cukier, słodycze, obrobione termicznie produkty odzwierzęce, wędliny, sery, używki, wszelkie produkty długo przechowywane i wszystkie mocno przetworzone produkty nie wytwarzają promieniowania. Są martwe.

Leczenie dietą powinno opierać się na spożywaniu produktów żywych ? niosących pewien ładunek energii. Do najlepiej rozświetlonych należą surowe warzywa  i owoce o intensywnych kolorach zielonym, czerwonym, fioletowym, pomarańczowym i żółtym, wszelkie nasiona i kiełki, orzechy i zboża, nieprzetworzone mleko oraz zioła.

To zadziwiające, że w ajurwedzie oraz w jodze powyższe produkty były od wieków uznawane za podstawowy składniki diety sattwicznej czyli diety koniecznej do rozwoju duchowego. Diety dla duszy. Samo słowo sattwa jest łączone z cechami wyższymi, z miłością świadomością, czystością oraz ze światłem właśnie.

Różne drogi  wiodące przez różny czas doszły do tych samych wniosków. To co my poznajemy za pomocą skomplikowanych maszyn i komputerów dla starożytnych ascetów i joginów było oczywiste 🙂

Nawet jeśli rozwój duchowy jest dla nas nieistotny należy zdawać sobie sprawę,  że dieta złożona z powyższych produktów zapewnia nam zdrowsze i dłuższe życie chroniąc przed wszelkimi chorobami cywilizacyjnymi.

 

No więc ładujemy bateryjki 🙂 Dziś kolorowa słoneczna sałatka z warzyw i duszonego tofu – koniecznie z rozświetloną kurkumą.

Sałatka w tej formie będzie łagodziła nadmiar energii kapha oraz w ciele. Dla dosha pitta polecam nie dodawać gorczycy. Dla dosha vata polecam dodać ciut więcej oleju.

Składniki:

1 podwójna garść liści szpinaku;

1 podwójna garść liści zielonej sałaty (nie lodowej!);

1 garść kiełków lucerny;

0,5 czerwonej papryki;

0,5 żółtej papryki;

1 pomidor;

1 garść pestek dyni;

6 łyżek oliwy z oliwek;

4 łyżki sosu sojowego;

1 kostka tofu;

1 łyżeczka kurkumy;

1 łyżeczka curry;

1 łyżeczka czarnej gorczycy;

sól i pieprz;

Pomidorka i paprykę kroimy na niezbyt duże części. Sałatę rwiemy na kawałeczki. Rozdrobnione szpinak, sałatę, papryki oraz pomidorek wrzucamy do miski. Dorzucamy kiełki lucerny. Na suchej rozgrzanej patelni prażymy pesteczki dyni i dorzucamy do sałatki. Rozgrzewamy na patelni oliwę i dorzucamy gorczycę. Wrzucamy na rozgrzaną oliwę pokrojone w kosteczkę tofu. Smażymy mieszając aż się zarumieni ze wszystkich stron 5 minut. Potem posypujemy tofu kurkumą i curry oraz polewamy sosem sojowym. Smażymy jeszcze 5 minut mieszając. Tofu dokładamy do miski z sałatką. wszystko polewamy masalą stworzoną z przypraw i oleju, w którym dusiło się tofu. Smacznego i dużo światełka dla Was 🙂