nasze godziny posiłków czyli pasta z suszonych pomidorów :)

IMGP8950

Jemy zazwyczaj wtedy kiedy mamy czas. Tak nie powinno być. Powinniśmy choć trochę, troszeczkę zwrócić uwagę na potrzeby naszego organizmu i naszą fizjologię.

Te aspekty ważne są dla medycyny chińskiej, która bardzo skrupulatnie wyznacza czas kiedy dane narządy mogą być bardziej, a kiedy mniej aktywne.

Tak więc śniadanie powinno być zjedzone pomiędzy godziną 7 a 9 rano. Jest to czas kiedy nasz żołądek jest bardzo aktywny i nastawiony na trawienie. Dobrze aby był to posiłek mocno nawilżający ponieważ po przespanej nocy przede wszystkim mamy niedobory płynów. Większość prozdrowotnych i mocno oczyszczających diet zaleca zjadać surowe owoce, które są odpowiednio wilgotne, a także posiadają cały składzik koniecznych dla rozbudzenia cukrów prostych. Te produkty wpisują się w element drzewa charakteryzującą tę porę dnia. Wasz żołądek o tej porze wydziela też na tyle dużo soków żołądkowych, że jest sobie w stanie poradzić nawet ze sporą dawką surowizny. Jeśli jednak jesteśmy szczególnymi zmarzluchami, gdy mamy niedowagę lub po prostu gdy za oknem jest zimno powinniśmy zjeść coś jednocześnie nawilżającego i ciepłego np. zupy z gotowanej kaszy i owoców, gotowane zboża z owocami lub kleiki.

Lekkie drugie śniadanie w postaci przekąski warzywnej, owocowej lub koktajlu powinniśmy zjeść koło godziny 10 -11. To czas przypadający na największą aktywność śledziony i trzustki. Dzięki szczytowi ich aktywności skutkującemu dobrym wydzielaniem insuliny oraz enzymów trawiennych będziemy mogli poradzić sobie nawet z cukrem i białą mąką. Tak więc  jeżeli już mamy popełniać słodkie grzeszki to właśnie o tej porze 🙂 Jedzenie słodyczy później na przykład po południu lub jeszcze gorzej wieczorem kiedy trzustka odpoczywa jest bardzo obciążające i powtarzane często jest prostą drogą do rozwoju otyłości, insulino-odporności, a w konsekwencji i cukrzycy.

Obiad najlepiej spożywać pomiędzy godziną 12 a 15. Od godziny 11 do 12 następuje czas  kiedy mamy ciut lepsze wyczucie co do wyboru posiłków ponieważ to czas największej aktywności umysłu. Przed godzina 12 największą wydolność ma cały nasz organizm, co jest zasługą największej aktywności serca. Krew żywiej w nas krąży i dostarcza do tkanek konieczny tlen. Jesteśmy żywotniejsi i mamy więcej energii. W tym czasie nawet osoby szybko marznące np. z nadmiarem energii vata mogą pozwolić sobie na sałatkę. Czas pomiędzy godziną 13 a 15 to czas największej wydolności jelita cienkiego. Pokarm ulegający w tym czasie trawieniu będzie bardzo wydolnie przyswojony. W tym czasie możemy pozwolić sobie nawet na spory posiłek. Najlepsze będą warzywa i kasze np. lekko duszone w lecie zaś w zimniejszych porach roku potrawy jednogarnkowe oraz pieczone. Jeżeli dołączymy do nich także surowe warzywa powinniśmy je zjeść jako pierwsze. Pamiętajmy jednak aby w tym okresie pamiętać o prawidłowym komponowaniu posiłków. Toksyny wywołane błędnym łączeniem pokarmów także w tym czasie wchłaniają się lepiej. Proces przyswajania i wchłaniania maleje wraz z nastaniem wieczoru.

Czas kolacji to godzina 17-18 najpóźniej. To czas największej aktywności nerek. Jako że odpowiadają one za usuwanie przemian pochodzących z trawienia białka to dobra pora aby zjeść białkowy posiłek. Nerki dadzą sobie radę z oczyszczaniem organizmu, a wyższa temperatura ciała będzie dobrym katalizatorem tych zmian. Senność spowodowana przekierowaniem energii na trawienie nie zaburzy nam już pracy i łagodnie wprowadzi w czas zasłużonego wieczornego relaksu. Nie powinniśmy jednak o tej porze za bardzo się objadać ponieważ około godziny 19 prawie zupełnie wycisza się praca żołądka polegająca na trawieniu, a także minimalizuje się praca jelit polegająca na wchłanianiu. Duża kolacja będzie więc będzie czekać do rana w naszym układzie pokarmowym powodując, że wstaniemy zmęczeni i bez energii za to z uczuciem pełnego brzucha. Na kolacje nie powinniśmy jeść słodkich potraw bo wpłynie to znacznie na osłabienie naszych nerek.

Ważne jest aby dać organizmowi odpocząć i zregenerować siły. O godzinie 1 w nocy zaczyna się największa wydajność naszej wątroby. To czas kiedy oczyszcza ona organizm. Aby to było możliwe powinniśmy zjeść ostatni posiłek około 6 godzin wcześniej. Jedzenie późnym wieczorem i w nocy bardzo mocno obciąża cały organizm oraz zaburza naszą równowagę energetyczną.

 

Dziś pasta z pomidorów. Prawie magiczna. Używam jej do naprawdę wielu potraw i wszędzie ładnie pasuje J Jest dobra do makaronu (na fotce z makaronem kukurydzianym), do sałatek wszelakich w postaci dresingu (wtedy robimy ciut rzadszą więc dodajemy wody), do wysmarowania wrapa z tortilli, do awokado ale najlepsza jest rozsmarowana na chlebie.

Pasta będzie łagodnie zaburzała dosha pitta i kapha. Dla dosha vata będzie neutralna.

Składniki:

1 słoiczek suszonych pomidorów w zalewie (około 10-12 pomidorków);

1 surowy pomidor średniej wielkości;

1 pełna garść pestek słonecznika;

2-3 ząbki czosnku;

3-4 łyżki oliwy z oliwek;

sól i pieprz;

Pestki słonecznika prażymy na suchej patelni. Pomidorki odsączamy z oleju ale nie za dokładnie. Czosnek obieramy. Surowego pomidora kroimy na parę części. Wszystko wrzucamy do miseczki. Dolewamy oliwę. Miksujemy dokładnie blenderem na gładką masę. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Jeśli robimy pastę do kanapek dodajemy mniej oliwy. Jeśli robimy pastę do makaronu – dodajemy oprócz oliwy 2 łyżki wody. Smacznego 🙂

 

 

 

kupujemy mity czyli smażone warzywka :)

 IMGP8938

Zacznę prosto z mostu – magiczna tabletka nie istnieje.

Nie ma jedynego łatwego sposobu zachowania zdrowia. Nie ma żadnej tajemnicy. Żadnego pojedynczego wyizolowanego elementu, który nam to umożliwi. Bycie zdrowym człowiekiem pod względem i fizycznym i psychicznym to nawet dużo więcej niż wypadkowa sumy szczegółów. To skutek, który może zaistnieć tylko dzięki systematycznemu działaniu na wielu frontach. Przez wiele lat.

Nasz związek ze środowiskiem i z odżywianiem jest nieskończenie złożony. Sposób w jaki reagujemy na pokarm jest wynikiem ogromnej liczby powiązań i zmiennych. To interaktywny związek biochemii, chemii i fizyki pomnożony przez fizjologię oraz wiele innych zmiennych i oddziaływujący z setek różnorakich kierunków na nasz organizm.

Zauważam jednak  zadziwiającą skłonność. Upatrywanie sposobu na swoje zdrowie w jednej pigułce, w suplemencie, w magicznym ziółku czy soku. W czymś co możemy kupić w sklepie zielarskim czy w necie. Im bardziej egzotyczne, im mniej znane – tym lepiej! Oczywiście zawsze poprzedzone gruntownym opisem wielu lat magicznych tradycji, obudowane większym lub mniejszym mitem lub choćby świetnym stanem zdrowia plemienia, które je było użytkowało etc.

Jesteśmy społeczeństwem, które bardzo płynnie idzie na łatwiznę – na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest zdrowe odżywianie. Jemy byle co, byle gdzie i w byle jakiej formie. Jemy za dużo. Jemy nieświadomie. Jedzenie najczęściej jest mało istotne lub ewentualnie istotne jako forma zaspokajania przyjemności. To tyle. Takie myślenie jest niezależne od wykształcenia czy statusu majątkowego. Bezmyślnie pozwalamy aby kręgi kulturowe w których nam przyszło żyć kształtowały nasze zwyczaje żywieniowe. Kompletnie. Wszyscy jednak chcemy świadomie długo, szczęśliwie i zdrowo żyć. A niby dlaczego?! Jak?!

Aby śnić sen o długim i zdrowym  życiu wymyśliliśmy pigułki – suplementy diety. Uwielbiamy mity! Nasz prywatny autorski sposób na wyrzuty sumienia. Łatwy i prosty „zaspokajacz” potrzeby „dbania o siebie”. Wystarczy więc łyknąć taką tabletkę, soczek czy ziółko i wszystko będzie ok.

No way! To tak nie działa. To ściema.

Nie da się zastąpić wielorakich, złożonych i skomplikowanych układów i zależności tak łatwo. Nic cennego nie ma za darmo.

Zresztą mamy masę przykładów. Kilka milionów…

Wystarczy popatrzeć na stan zdrowia społeczeństwa amerykańskiego. Stan ten jest wypadkową konsumpcji wielkich ilości niezdrowego jedzenia oraz konsumpcji ogromnej ilości wszelakich suplementów diety. Jednocześnie przeciętny Amerykanin spożywa rocznie 100 kg mięsa, 66 kg cukru i 274 kg mleka i jego przetworów. Miliardowy rynek suplementów w Stanach bije rekordy sprzedaży. Podobnie jak tamtejszy przemysł farmaceutyczny. I co? 47% mężczyzn i 38% kobiet w Ameryce zachoruje na raka (badania wg American Cancer Society). Współczynnik umieralności na raka wciąż tam rośnie. To jedni z najcięższych ludzi na ziemi – liczba osób z nadwagą jest tam większa niż osób o normalnej masie ciała. Przez ostatnie trzy dekady liczba otyłych się podwoiła, a liczba chorych na cukrzyce trzydziestolatków wzrosła o 70%. Co trzeci osoba w Ameryce zachoruje na serce (badanie wg AHA – Amerykańskiego Stowarzyszenia Kardiologicznego). To wszystko pomimo ogromnej konsumpcji wymyślnych suplementów.

Popatrzcie na sposób odżywiania polecany przez króla diety – dr. Atkinsa. Był on wielkim propagatorem wysokobiałkowej i wysokotłuszczowej diety ketonowej. Jednocześnie zalecał zminimalizowanie w diecie wszelkich węglowodanów. Oczywiście kazał codziennie badać mocz pacjentów na zawartość ciał ketonowych, które uznawał za pozytywne ponieważ ich duża liczba świadczyła o spalaniu tłuszczu. Nie patrzył na dalsze konsekwencje takiego stanu, jakimi są: makabryczne obciążenie nerek i wątroby, permanentne osłabienie mięśni, problemy ze stawami, dna moczanowa, wieczne zaparcia, osteoporoza, odwodnienie i hiperwitaminoza, a także na dodatek wzrost ciśnienia tętniczego oraz wzrost odporności na insulinę. Aby zapobiec mega niedoborom nieuniknionym w tej sytuacji proponował pacjentom suplementy witaminowe wszelkiej maści i błonnik w pigułkach –  tłumacząc to wymogami diety nowoczesnego człowieka… Za cenę paru zrzuconych kilogramów wiele osób straciło zdrowie na zawsze – w większości nieświadomie…

Dziś tego typu białkowe diety (Atkinsa, Kwaśniewskiego i optymalna etc) poparte suplementacją zostały już bardzo dobrze zbadane Polska Akademia Nauk uważa je za „wybitnie szkodliwe dla zdrowia”.

Muszę tu napisać, że spora część z nas żyje podobnie jak pacjenci dr Dieta na co dzień, prawda?

Nie chce tu się zarzekać, że suplementy diety są do niczego. Wiem jednak na pewno, że nie są w stanie zastąpić zdrowego odżywiania.

Osobiście uważam, że nasze zdrowie zależy od paru różnych czynników. Jednym z nich na pewno są niedobory spowodowane złą dietą. Te niedobory leżą u podstawy wielu naszych chorób oraz permanentnego złego samopoczucia i zmęczenia. Niemniej rozwiązaniem na tę sytuację nie są tabletki ale zrównoważona wieloletnia dieta roślinna. Ewentualnie tylko wspierana suplementami.

Dziś proste smażone warzywka a do podkręcenia smaczku zielony sos. Świetne danie na taką mroźność za oknem 🙂

Warzywka można mieszać dowolnie w zależności od stanu posiadania lub potrzeb. Dla dosha vata polecam warzywa korzeniowe i ziemniaki, dla kapha liściaste i kapustne, dla pitta kapustne i ziemniaki. Dla dosha pitta polecam zmniejszyć ilość czarnej gorczycy.

Składniki:

2-3 ziemniaki;

2 marchewki;

1-2 pietruszki;

0,5 czerwonej papryki;

5-6 różyczek brokułu;

kawałek pora;

2 ząbki czosnku;

2 łyżeczki czarnej gorczycy;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

2 łyżeczki przyprawy do ziemniaków;

sól i pieprz;

Sos:

1 pęczek natki pietruszki;

5 łyżek oliwy z oliwek;

3-4 łyżki pestek słonecznika;

2 szczypty soli;

Warzywka myjemy i drobno kroimy  na kosteczki o boku około 1 cm. Brokułu mogą być ciut większe. Por i czosnek kroimy na plasterki. Na rozgrzaną oliwę wrzucamy nasionka gorczycy kiedy zaczną strzelać dorzucamy plasterki pora. Smażymy 3-4 minuty mieszając. Potem dorzucamy ziemniaczki, marchewkę i pietruszkę i smażymy mieszając koło 8-10 minut. Dorzucamy czosnek i brokuł podsmażamy jeszcze 2 minutki. Do patelni wlewamy około 60-70 ml wody i przykrywamy pokrywkę oraz zmniejszamy gaz. Po 5-6 minutach warzywka są gotowe. Doprawiamy solą i pieprzem. W miseczce blendujemy natkę pietruszki, sól, oliwę i podprażone na suchej patelni nasionka słonecznika. Jeśli sos wyjdzie za gęsty dolewamy ciut oliwy, jeśli za rzadki dodajemy słonecznika. Sosem polewamy smażone warzywka. Smaczego 🙂

 

 

 

 

jak i kiedy jemy białko czyli zapiekana cukinia :)

IMGP6136

Uważam, że żyjemy w świecie, który mitologizuje białko. Dlaczego się tak dzieje pisałam szerzej tu http://www.izaraczkowska.pl/musialam-kiedys-napisac/

Dziś dwa słowa o tym kiedy i jak najlepiej jeść białko. Ale zacznę od tego po co nam białko.

Białko buduje nasze ciało – 15-20% masy tkanek to właśnie białka. Nasze tkanki budowane są i odnawiane właśnie dzięki proteinom. Dzięki aminokwasom – częściom składowym białka zachodzą prawie wszystkie procesy oraz funkcje naszego organizmu.

Jest nam ono niezbędne.

Problem jednak polega nie na tym, że jemy go za mało ale stanowczo za dużo. Norma na dzienne spożycie białka do niedawna wynosiła zależnie od kraju od 80-120 g. Ostatnio dietetycy zmniejszyli dawkę do 55-60 g dziennie. To też za dużo. A przecież nikt tego nie przestrzega…

Zjadając 50-60 g białka dziennie według zaleceń dietetyków dostarczamy organizmowi ilość kalorii jaka odpowiada 10% naszego dziennego spożycia kalorycznego – oczywiście zależnie od masy ciała oraz całkowitego spożycia kalorii. Faktycznie jednak średnio 15-16% spożytych kalorii dziennie pochodzi z białka co daje 70-110 g. Z czego aż 80% tej liczby stanowią produkty odzwierzęce: mięso, wędliny, mleko, masło, śmietana, jogurty, jajka, czekolada etc.

Nadmiar białka w diecie powoduje spadki poziomu glukozy we krwi, które z kolei zaspokajamy słodyczami. Spożycie zaś słodkości powoduje gwałtowny wzrost poziomu glukozy w naszej krwi, który organizm musi szybko zredukować. Efektem tego są kolejne smaki, kolejne zapotrzebowania i kolejne zjedzone porcje – zupełnie niepotrzebnie. Dodatkowo nadmiar białka odbiera nam energię i kieruje ją do wysokoenergetycznych procesów trawienia. Tyjemy, chorujemy i jesteśmy permanentnie zmęczeni

Dla porównania Chińczycy spożywają 9-10% dziennej dawki kalorii z białka ale tylko 10% tej ilości to produkty odzwierzęce czyli około 0,9 g.

Campbell udowodnił, że spożycie białka odzwierzęcego przekraczające 5% wszystkich kalorii spożywanych dziennie rozpoczyna proces promocji (rozwoju istniejących) komórek rakowych. Udowodnił on ponad wszelką wątpliwość, że spożycie białka steruje rozwojem raka oraz ma wpływ na inne choroby cywilizacyjne. Nie dotyczy to jednak białka roślinnego, które pozostaje bez związku z rozwojem komórek rakowych.

Jeśli więc chcemy zdrowo się odżywiać powinniśmy stanowczo ograniczyć spożycie białka zwierzęcego, a zwiększyć białka roślinnego.

Ile więc należy spożywać białka?

Powinniśmy jeść podobnie jak Chińczycy (chodzi mi tu o tradycyjną kuchnie chińską, a nie zachodnie naleciałości).

Ja osobiście spożywam około 5-10% kalorii dziennie z białka ale średnio tylko 1 do max 3% to białko odzwierzęce (masło, 2-3 łyżki mleka do kawy, średnio 1 jajko w tygodniu, okazjonalnie odrobina sera użytego jako przyprawy). Reszta to białko roślinne (warzywa, algi, rośliny strączkowe, pestki i orzechy, przetwory soi). Moje dzieci są wychowywane od urodzenia na podobnej diecie zwiększonej jedynie o dodatkowe 1-2 jajka w tygodniu. Nie jemy innych produktów odzwierzęcych. Nasza dieta przypomina tą Chińską zbadaną przez Campbella. Spożywamy mało tłuszczu i białka, a dużo błonnika w postaci nieprzetworzonych termicznie roślin.

Jak jeść białko?

Prawidłowe połączenia żywieniowe są kluczowe dla zdrowia. Niestety spotykam je bardzo rzadko. Typowe danie np. kanapka z szynka lub schabowy z ziemniakami czy też ryba z frytkami to stanowczo złe połączenia żywieniowe. To połączenie białka i skrobi. Na przykład przy zjadaniu chleba (który sam w sobie jest już pokarmem złożonym) nasz sok żołądkowy ma neutralne ph. Dopiero gdy skrobie z chleba zostanie przetrawione zaczyna wydzielać się intensywnie kwas solny by strawić białko pochodzące z pieczywa. To dwa kolejne procesy. Nasz organizm jest w stanie jednak je rozłożyć w czasie dla bardziej optymalnych efektów. Jeżeli jednak dodamy jeszcze szynkę wszystko się zmieni. Sok żołądkowy będzie dużo kwaśniejszy więc trawienie skrobi wymagających bardziej zasadowego środowiska nie będzie miało miejsca. Kiedy białko będzie trawione reszta pożywienia będzie leżeć i gnić wytwarzając zatruwające nas toksyny.

W dobie przetworzonego jedzenia warto wiedzieć jeszcze jedno – aby zapewnić prawidłowy przebieg procesów trawienia zarówno białka jak i skrobi należy dostarczyć organizmowi sporą ilość substancji bioaktywnych tzn witamin, minerałów oraz fermentów, których brak w przetworzonym pokarmie. Bez obecności witamin z grupy B oraz witaminy C skrobia fermentują częstując nas masą niefajnych toksyn. Skutkiem tego jest powszechnie obecny u wielu osób nadmiar śluzu, częste zaziębienia i katary.

Co do białka sytuacja ma się podobnie. Aminokwasy są zawsze gorzej przyswajane jeżeli zostały obrobione termicznie już w temperaturze 42-43 stopni. A przecież rzadko jemy surowe mięso, prawda?  Dodatkowo aby strawić białko potrzebujemy witaminy C – na każdy 1 g białka -1mg witaminy C.

Tak więc aby lepiej trawić białko powinniśmy jeść je zawsze z zielonymi, nie skrobiowymi warzywami np. wszelkie zielone warzywa liściaste, zielone zioła, wszelkie kapustne, seler naciowy, świeża kukurydza, świeża zielona fasolka, świeży zielony groszek, cebula, cukinia, ogórki, algi, wodorosty, czosnek. Do tego także powinniśmy dołączyć warzywa zawierające witaminę C np. paprykę, natkę pietruszki, pomidory, warzywa kapustne.

Nie polecam łączyć białka z ziemniakami, burakami, dynią, rzepą.

Ważne jest aby część z warzyw spożywać w formie nieprzetworzonej termicznie – max 54 stopnie. Wtedy fermenty zawarte w tkankach roślinnych wspomogą trawienie i przyswajanie białka nawet tego mocno przetworzonego termicznie.

Nie powinniśmy łączyć też w jednym posiłku dwóch rodzajów białka np. kotleta w śmietanowym sosie. Zarówno bowiem białko śmietany jak i białko z kotleta wymagają różnych środowisk. Najmocniejszy sok żołądkowy wydziela się od razu po zjedzeniu mięsa ale przy jedzeniu produktów mlecznych następuje to dopiero pod koniec trawienia, dlatego ani mięso ani śmietana jedzone razem nie zostaną prawidłowo strawione.

Podobnie nie powinniśmy łączyć białka zwierzęcego z roślinnym.

Kiedy jeść białko?

Trawienie białka wymaga czasu i spokoju ponieważ jest procesem bardzo energochłonnym. Nie polecam jeść białka na śniadanie bo będzie nam baaardzo ciężko ruszyć do pracy. Zjedzenie białkowego obiadu spowoduje, że będziemy mieli już tylko ochotę na drzemkę. Najlepsza dla trawienia białek jest wczesna kolacja – około godziny 17. O tej porze mamy odpowiednio wyższą temperaturę, która jest katalizatorem w procesach trawienia i przyswajania. O tej też porze – nie później- zjedzone białko nie spowoduje obciążenia wątroby. Cykl oczyszczania się wątroby zaczyna się około 1 w nocy i dobrze by było zjeść ostatni ciężko strawny posiłek minimum 6 godzin wcześniej. Jedząc białko o tej porze nie obudzimy się zmęczeni i niewyspani. A potrzebny nam białkowy budulec spokojnie zasili ciało.

Jeżeli nawet po zjedzeniu białkowej wczesnej kolacji poczujemy się senni to w naturalny sposób przygotuje nas to do nocnego, zasłużonego odpoczynku nie rozbijając całego dnia.

Dziś zapiekana cukinia.

Potrawa ta będzie łagodzić nadmiar energii vata. Będzie neutralna dla pitta. Może zaburzyć jednak energię kapha.

To dobre połączenie żywieniowe 🙂

Składniki:

2-3 młode cukinie;

1/2 trójkącika niebieskiego sera pleśniowego czyli około 50 g;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

1 łyżeczka suszonego cząbru;

1 łyżeczka pieprzu ziołowego;

1/2  łyżeczki przyprawy do ziemniaków;

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. Cukinie kroimy wzdłuż na cieniutkie plasterki ? mniej niż 5 mm grubości. Układamy na blaszce do pieczenia na płaska jeden koło drugiego. Ser niebieski pleśniowy rozdrabniamy nożem na drobniutkie okruszki i posypujemy nimi cukinie. W kubeczku mieszamy oliwę z przyprawami i ziołami. Polewamy oliwą z ziołami cukinie. Wszystko zapiekamy w piekarniku przez około 30 minut. Podajemy z chlebkiem ryżowym  i zieloną sałatką 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

co jeść na śniadanie czyli bezglutenowa gronola :)

IMGP8531

Bardzo często zdarza się tak że wkraczając na drogę zdrowego odżywiania radzimy sobie jakoś z obiadami i kolacjami. Najgorzej jest ze śniadaniem. No bo jeśli ograniczamy spożycie pieczywa to co mamy jeść? Serki? Jajka? Sałatki?

Zacznę może od grama wiedzy 🙂

W celu strawienia, przyswojenia i wydalenia każdego pokarmu potrzebujemy energii. Pod względem ilościowym procesy z trawieniem związane stanowią drugi zaraz po immunologii najbardziej energochłonny proces zachodzący codziennie w naszym organizmie.

Podstawowym paliwem człowieka są węglowodany. Niezależnie od naszych upodobań, smaków lub sporów wszelakich o tym czy jesteśmy roślino czy mięsożercami prawdą jest, że naszym najbardziej elementarnym pokarmem są właśnie węglowodany. Wszelkie inne pokarmy także jadamy ale żeby je przyswoić nasz organizm musi je rozłożyć na czynniki pierwsze i doprowadzić do najbardziej optymalnego składnika jakim jest węglowodan.

Tak więc jeśli na śniadanie zjemy białko ano niech będzie jajecznica na boczku – nasz organizm musi się napracować.

Jedna molekuła białka składa się z azotu i węglowodanu więc aby wykorzystać węglowodan musimy odszczepić azot. Nie może on być magazynowany w naszym ciele i musi być jak najszybciej z niego wydalony ponieważ w dużych ilościach zaburza naszą homeostazę. Ubocznym skutkiem tego jest duże obciążenie nerek oraz pośrednio wątroby, które zużywają się dużo szybciej. Potem dopiero organizm zaczyna wykorzystywać materiał energetyczny czyli węglowodany.

Procesy odszczepienia i wydalenia azotu pochłaniają dużo energii około 30-40%  zawartych w białkowym śniadaniu. Nie, nie schudniesz od tego – będziesz natomiast bardziej zmęczony i senny. Zwróćcie uwagę jak długo zwierzęta żywiące się białkiem śpią. Ich organizm potrzebuje czasu na oczyszczenie. Po białkowym śniadaniu będzie Ci trudno zacząć dzień…

Dodatkowo zjedzenie białkowego śniadania poskutkuje jeszcze inaczej. Spożycie białka powodując intensyfikacje wymiany energetycznej koniecznej do rozpadu aminokwasów wpływa na poziom stężenia glukozy w naszej krwi. Stąd tak często po sutym białkowym posiłku mamy ochotę na deser. Po białkowym śniadaniu stanowczo wzrasta prawdopodobieństwo, że na drugie śniadanie zjecie drożdżówkę, batonika lub pączka. Takie schematy prowadzą do nadwagi. Tak żywią się mieszkańcy Ameryki północnej…

Stosując śniadania ubogie w białko zapewniasz sobie lepszy codzienny start. Jedząc na śniadania nieprzetworzone węglowodany zaoszczędzisz energię, która będzie przekazana na wzmocnienie i leczenie Twojego organizmu.

Ja w przeważającej większości jem na śniadania owoce. Trawienie ich nie odbiera mi energii, lecz jej dostarcza. Dodatkowo naturalny cukier w nich zawarty wpływa na usprawnienie pracy zaspanego mózgu i dynamizuje, a enzymy wspomagają nie tylko procesy autolizy ale także poranne oczyszczanie i wydalanie.

Dziś bezglutenowa gronola. Używam jej właśnie rano do posypania michy pokrojonych owoców. Wystarczy 2-3 łyżki dla ozdoby 🙂

Składniki:

3/4 szklanki płatków gryczanych;

3/4 szklanki płatków jaglanych;

10 łyżek siemienia lnianego;

10 łyżek sezamu;

10 łyżek pestek dyni;

10 łyżek pestek słonecznika;

1/3 szklanki orzechów;

1 jabłko;

5-6 łyżek miodu;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

100 ml wody;

1/3 łyżeczki cynamonu;

Jabłko razem ze skórką kroje na kawałki i wrzucam do miseczki. Dodaje miód, oliwę, wodę i cynamon. Wszystko dokładnie blenduje na gładką masę. Do dużej miscki wsypuje wszystkie suche składniki i zalewam sosem wykonanym przed chwilą. Bardzo dokładnie mieszam. Rozkładam na dużej blaszce i piekę w piekarniku nagrzanym do 170 stopni ( może być z termo-obiegiem) około pół godziny. Co 7-10 minut trzeba przemieszać dokładnie całą gronolę bo inaczej się przypali! Chrupiącego smacznego 🙂

 

wcale nie musisz czyli wegańskie pesto :)

IMGP8519

Żyjemy w czasach natłoku informacji. Zewsząd. Poddając się tej wszechogarniającej wielości bodźców całkowicie tracimy perspektywę. Bardzo trudno jest nam wyodrębnić to co ważne z medialnego hałasu. Dodatkowo nasz nadaktywny, rozproszony umysł jakby dotrzymując kroku czasom wykonuje wciąż i wciąż pracę myślową często zupełnie zbędną.

To wszystko powoduje wieczne poczucie dziania się zmuszając nas do ciągłego pośpiechu i wykonywania setek zbędnych zadań dziennie.

Wielość tych zadań zastępuje ich jakość. Nie umiemy być już efektywni, skoncentrowani i skupieni. Wszystko robimy na pół gwizdka. Tak też żyjemy.

Nie wiemy już jak odzyskać spokój.

Można to zmienić.

Najważniejszą rzeczą jest zrozumienie co jest ważne. Najważniejsze.

Potem trzeba się oduczyć wielozadaniowości…

Kiedy tracę perspektywę i gubię się pomiędzy pisaniem, prowadzeniem następnych zajęć, odpowiadaniem na kolejne maile, gotowaniem, odbieraniem, zawożeniem, przywożeniem, sprzątaniem, kupowaniem czy pomaganiem dzieciakom robię plan. Plan na dziś.

Siadam i piszę co dziś jest najważniejsze – tak po prostu i bez ściemy. Wybieram tylko jedno najistotniejsze dla mnie zadanie i programuje dzień tak aby wszystko inne było tylko ułatwieniem. Jeśli dochodzę do wniosku, że jest to na przykład artykuł to układam dzień tak by było możliwe jego napisanie i poświęcam się mu bez reszty. Jakby był najważniejszą rzeczą na ziemi. Wszystkie inne zadania i powinności odsuwam na dalszy plan lub całkowicie odwołuje. Wyłączam wszystko i piszę dopóki nie skończę. Jednorodnie i całkowicie. Po prostu.

To idiotycznie proste i bardzo skuteczne.

Najtrudniejsza w tym jednak jest nasza zgoda. Zgoda na to, że nie musimy.

Zgoda na to, że nie musimy być doskonali, że nie musimy być wszechstronni. Zgoda na to, że nie musimy robić wszystkiego. Zgoda na to, że nie musimy być ze wszystkim na bieżąco. Nie musimy być matkami polkami i zarobionymi supermenami. Zgoda na to, że nie wszystko jest nam konieczne. Zgoda na to, że za wiele chcemy. Zgoda na to, że można mniej.

To kwestia tylko naszego wyboru. Zawsze.

Takie postępowanie skoryguje z czasem nasze codzienne plany do rzeczy naprawdę istotnych. Ba, lepiej. Będziemy zadowoleni z siebie bo będziemy doprowadzać dane rzeczy kolejno do końca, a to co robimy stanie się ważne. Odzyskamy spokój i opanujemy czas.

 

W uspokojeniu umysłu może nam pomóc odpowiednia dieta.

Przede wszystkim należy zrezygnować z obfitych posiłków. Dania powinny być proste i jak najmniej przetworzone, a posiłki jednodaniowe.

Istnieje parę produktów, które wspomagają wyciszenie umysłu:

  1. Pełne zboża a szczególnie owies i jęczmień. Nieoczyszczony ryż. Zarodki pszenne i otręby. Oczywiście spożywane w jak najmniej przetworzonej wersji czyli na przykład owsianka, a nie drożdżówka.
  2. Grzyby.
  3. Pożywienie zawierające krzem: ogórek, seler naciowy, sałata. Herbatki ze skrzypu polnego, z owsa i jęczmienia.
  4. Zioła i przyprawy jak bazylia, koper, natka pietruszki, kozłek lekarski, kocimiętka.
  5. Owoce lub warzywa zawierające dużo witaminy C na przykład cytryny, truskawki, porzeczki, owoce dzikiej róży, papryka.
  6. Klarowane masło (ghee) i dobrej jakości mleko krowie oraz kozie.

Polecam też używać ciut częściej ograniczonych ilości smaku gorzkiego, który wnika głębiej i kieruje naszą energie w dół, wychładzając niepokoje, uspokajając nas i wyciszając.

 

Dziś wegańskie pesto z bazylii, migdałów oraz płatków drożdżowych z gryczanym makaronem.

Potrawa będzie świetnie łagodzić nadmiar energii vata. Delikatnie złagodzi energię kapha. Zaburzy dosha pitta.

Składniki:

1 paczka makaronu gryczanego (bezglutenowego);
1 pęczek bazylii;

3 szczypty soli;

8-10 łyżek oliwy z oliwek;

3 łyżki migdałów;

3 łyżki płatków drożdżowych;

3-4 łyżki pestek słonecznika;

2 ząbki czosnku (opcjonalnie);

Makaron gotujemy – najlepiej nie za długo – ma być leciutko twardy. Czosnek obieramy. Pestki słonecznika i migdały prażymy mieszając na suchej patelni aż pestki lekko nabiorą kolorku. Wszystkie składniki wrzucamy do naczynia i dokładnie blendujemy. Jeżeli nie mamy dobrego blendera o dużej mocy migdały lepiej zmielić w młynku (do kawy) bo zwykły blender może nie dać rady. Sos ma być konsystencji gęstej śmietany. Jeśli jest za gęsty można dolać ciut oliwy, a jeśli za rzadki dodać łyżkę więcej płatków drożdżowych i migdałów. Sos mieszamy z ugotowanym makaronem. Jemy na ciepło.

Smacznego 🙂