IMGP6996

Suplementy są wszędzie. Od aptek, zielarni, sklepów ze zdrową żywnością aż po supermarkety, kioski i stacje benzynowe. W radio od rana słyszę reklamy tabletek na wszystko: od łysienia po chęć do życia. Masakra. Mam czasem wrażenie, że to jakieś zbiorowe szaleństwo rodem z prozy Kafki.

Jemy starty śmieciowego, sztucznego jedzenia i w ramach rekompensaty, wyciszania wyrzutów sumienia wcinamy suplementy. Nie chcemy zmienić naszych nawyków ale chcemy być zdrowi, szczupli i sprawni do późnej starości więc wymyśliliśmy sobie drogę na skróty. To nie zadziała. No way!

Nie można zrekompensować suplementacją zbilansowanej wartościowej diety. To oszustwo.

Odżywianie to ogromnie złożony system biochemiczny, na który ma wpływ nieskończona ilość zmiennych. System ten oddziałuje na nasz organizm na tysiące sposobów. Jesteśmy głupcami sądząc, że wiemy wszystko. Wiara, że pojedynczy, wyizolowany i najczęściej sztucznie stworzony składnik może zastąpić jego naturalny pierwowzór jest błędna.

Przez tysiące lat ewolucji nasz organizm przystosowywał się do otoczenia. Uczył się trawić dostępne pożywienie, znajdował sposoby reagowania na środowisko i wypracowywał sobie odporność na nie. To musiało trwać.

Przez miliony lat nasi przodkowie trudnili się zbieractwem, jedząc to co oferowała stołówka natury: korzonki, owoce, ziarna, orzechy. Dodatkowo polowaliśmy na niewielkie zwierzęta, jedliśmy owady i padlinę. Dopiero wynalezienie ognia zbiegło się z naszą nauką polowania na większe zwierzęta – wtedy już bardzo szybko wkroczyliśmy na szczyt łańcucha pokarmowego. Zaowocowało to skróceniem układu pokarmowego i rozrostem naszego mózgu. Nie zawsze jednak umieliśmy go użyć…

W czasie krótszym niż oka mgnienie, z punktu widzenia ewolucji, nasz gatunek zrobił następny skok – zaczął uprawiać rolę. Zubożyło to bardzo naszą dietę ponieważ setki roślin, które do tej pory stanowiło nasze pożywienie zamieniliśmy na dosłownie kilka – takich, które umieliśmy uprawiać. Ta zmiana skutkowała ogromnym przyrostem naturalnym i… permanentnym niedożywieniem jednostek. Parę roślin jakie hodowaliśmy nie dostarczało nam tego wszystkiego czego potrzebowaliśmy. Dzieci rolników rodziły się co roku i równie szybko umierały ponieważ karmienie piersią zastąpiono zbożem i mlekiem zwierząt hodowlanych.

Kolejny skok jaki dokonał nasz gatunek to rewolucja przemysłowa, która wprowadziła kolejną zmianę – nie koniecznie na lepsze. Rozrost miast i specjalizacja pracy wpłynęły na to, że bardzo niewielu z nas jadało to co wyhodowało. Przestaliśmy sami wytwarzać jedzenie. Ten skok w dziejach ludzkości zrobił z nas konsumentów. Ten skok też zmienił całą naszą planetę podporządkowując ją owej konsumpcji. Uwierzyliśmy w kapitalizm. Teraz już nikt z nas nie wytwarza jedzenia na własny li tylko użytek. Specjalizujemy się w czym innym. Jedzenie wytwarzają za nas inni. Niestety zapominamy, iż w gospodarce kapitalistycznej jedynym i słusznym wyznacznikiem prawdy jest wzrost, wynik finansowy i rozwój… ale nie nasz. Jedzenie trzeba wytworzyć szybko i tanio aby wykorzystać korzyści skali oferujące jak najmniejszy koszt jednostkowy. Jedzenie trzeba wytwarzać smaczne – badania marketingowe rynku potwierdzają niezbicie, że powinno sprawiać przyjemność abyśmy zechcieli je kupić. Jedzenie ma zawierać dużo cukru i tłuszczu – bo ewolucyjnie do poszukiwania takiego mamy skłonności więc łatwiej się wstrzeli w nasze gusta. Musi się nie psuć, bo zepsuty towar to strata ewentualnie koszt uzyskania przychodu – więc trzeba je tak przetworzyć aby leżało na sklepowej półce miesiącami. Trzeba je wyprodukować tanio i szybko – wszelkie inne koszty, inne drobnostki jak cierpienie miliardów zwierząt, śmierć i głód dla połowy planety nie są brane pod uwagę w rachunku zysku i strat, a więc nie są częścią sprawozdania finansowego. Wszystko jest super.

Nikt nie patrzy na nasze dobro. Indoktrynowani reklamami i stymulowani wciąż nowymi potrzebami zagubiliśmy się całkowicie. Staliśmy się swoistym produktem. Od najmłodszych lat urabianym, szlifowanym i stymulowanym konsumentem doskonałym, który kupi wszystko to co zostanie wyprodukowane.

Teraz w czasie mody na zdrowie mamy kupować suplementy. Będziemy!

Setki reklam każdego dnia pięknie nam tłumaczą dlaczego jest to jedyna słuszna, mądra i konieczna droga.

Myślicie, że Wasze przekonania i wybory są rzeczywiście Wasze?

Mamy jeść wszystko to co zostało wyprodukowane, oczywiście w dużej ilości i dokładać do tego sztuczne witaminy, dodatkową składkę na ubezpieczenie zdrowotne „Pogodna jesień”, pakiet polis rodzinnych na wypadek raka „Zrób rakowi wspak”, dofinansowanie na wózek inwalidzki „Mobil” i ubezpieczenie od kosztów pogrzebu „Moi bliscy”. Cudo.

Nie chcę nawet wiedzieć jaki będzie następny skok w dziejach ewolucji naszego gatunku…

Nie mam wpływu na innych ludzi. Nie mam takiej mocy. Ludzie zmieniają się pod wpływem traumy lub bardzo bardzo rzadko – dzięki pogłębianiu świadomości.

Mogę tylko zmienić siebie. Zmienić życie mojej małej rodzinki i kilku bliskich znajomych.

Jeżeli będziemy się starać odżywiać konsekwentnie latami naturalnie, nieprzetworzonymi produktami nie trzeba będzie setek suplementów. Nie trzeba będzie ani tabletki na zgagę ani tej na depresję.

Naprawdę.

Sprawdziłam.

 

Dziś mój ulubiony wegański bezglutenowy gryczany placek z cukinią i suszonymi pomidorami. Potrawa będzie łagodziła nadmiar dosha vata, będzie lekko wzmagała dosha pitta i kapha.

 

Składniki:

 

1/2 małego kalafiora (około 150-170g);

1/2 szklanki mąki gryczanej;

1 niewielka cukinia;

5 łyżek siemienia lnianego;

2 łyżki łuski babki płesznik;

5-6 łyżek gorącej wody;

7-8 suszonych pomidorów w zalewie olejowej;

1 pęczek natki pietruszki;

1 ząbek czosnku;

3 łyżki pestek słonecznika;

olej z zalewy;

1 łyżeczka sody oczyszczonej;

sól i pieprz;

Kalafior trzemy na tarce o dużych oczkach. Do miski wsypujemy utarty kalafior, mąkę gryczaną, siemię lniane, sodę oczyszczaną i około pół łyżeczki soli. Łuskę babki płesznik zalewamy 5-6 łyżkami gorącej wody, szybko mieszamy i wlewamy do miski z pozostałymi składnikami. Rękami wyrabiamy ciasto dokładnie je zgniatając aż do uzyskania jednorodnej masy. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni. Na blaszce rozkładamy papier do pieczenia. Na papierze formujemy z ciasta dość cienki placek ? powinien mieć około 30 cm średnicy. Placek wkładamy do nagrzanego piekarnika na 15 minut. Cukinie skrajamy na cieniutkie plasterki obieraczką do warzyw. Suszone pomidory kroimy drobniutko. Natkę pietruszki, pestki słonecznika, ząbek czosnku, dwie szczypty soli i 5 łyżek oleju pozostałego z zalewy pomidorów miksujemy na gładką masę. Jeśli wyjdzie za gęsta dodajemy 2 łyżki wody. Po 15 minutach wyjmujemy z piekarnika placek. Smarujemy go sosem z natki pietruszki. Na wierzchu układamy cieniutko pociętą cukinie i pokrojone suszone pomidory. Skrapiamy wszystko oliwą z zalewy pomidorów. Posypujemy solą i pieprzem. Wstawiamy ponownie do piekarnika na 15 -20 minut. Podajemy na ciepło. Super smakuje z sałatką ze świeżych pomidorów. Smacznego 🙂