Jeżeli komuś mówię, że nie jem mięsa bardzo często jakby w odpowiedzi słyszę pytanie: „To co ty właściwie jesz?”. Po czym zaraz pada następne: „A czy nie boisz się że dostarczasz organizmowi zbyt mało białka?”. No więc „Nie – nie boję się”.

Już w dialogach Platona Sokrates broni prostej roślinnej diety jako najlepszej dla naszego zdrowia przeciwstawiając ją diecie cywilizowanej „luksusowej” złożonej w dużej części z mięsa. Łączy też spożywanie diety mięsnej z problemem braku ziemi pod hodowlę oraz konieczności nauczania większej liczby lekarzy, którym ta dieta dostarczy nowych klientów.

Traktat który powstał ponad dwa tysiące lat temu jest wciąż tak samo aktualny…

Mit białka trwa nieprzerwanie od odkrycia jego istnienia w roku 1839. Jego druga nazwa „proteina” czerpiąc z greki znaczy „pierwszy”.

Obecny stan rzeczy w dużej mierze zawdzięczamy jednak dziewiętnastowiecznej dietetyce, która stworzyła nierozerwalne połączenie myślowe skutkujące do dziś a mianowicie białko = mięso. Mięso (czyli białko) w początkach dwudziestego wieku było synonimem bogactwa i cywilizacji. Synonimem prestiżu. No bo przecież nie każdego w tamtych czasach było stać na kotlet… Zalecenia żywieniowe powstawały w czasach toczących się w Europie wojen i amerykańskiego kryzysu. Z tego punktu widzenia kotlet był marzeniem. Hasła typu „duże spożycie białka to prawo cywilizowanego człowieka” były bardzo powszechne. ówcześni naukowcy europejscy i amerykańscy ustanowili dawkę białka konieczną do prawidłowego rozwoju na 118-125 g czyli ponad dwa razy większą niż obecnie (która i tak jest zbyt duża!). Sytuacje podkręcały doniesienia z ówczesnych kolonii np. w Indiach lub w Afryce. Wyciągano pochopne i błędne wnioski jakoby „brak rozwoju cywilizacyjnego w owych krajach był ściśle powiązany z niewielkim spożyciem białka”. Autochtonów uważano za ludzi mniej rozwiniętych intelektualnie, mentalnie, społecznie a nawet fizycznie. Kotlet stał się więc nie tylko synonimem bogactwa i cywilizacji ale też synonimem inteligencji.

Tak przygotowany grunt zrodził w Europie i Ameryce silny przemysł mięsny i nabiałowy nakręcający gospodarkę. Miliardowe wpływy z tego przemysłu rzutują na wszystko: na rządy, inne gałęzie przemysłu, badania, naukowców, uczelnię, marketing aż po zaopatrzenie sklepów. To one kreują nasze potrzeby.

Świat od początku XX wieku bardzo się zmienił – niestety wiele poglądów zakorzeniło się w naszej świadomości na stałe. „No bo nasza babcia jadła kotlety, mama jadła kotlety i my jemy kotlety po czym dajemy je naszym dzieciom. To powszechne, znajome więc bezpieczne.” A psińco! Powszechne – tak, znajome – owszem, ale na pewno nie jest to bezpieczne.

Poszliśmy jeszcze o krok dalej twierdząc że kto nie je mięsa nie ma siły i energii (zupełnie tak samo jak dziewiętnastowieczni podróżnicy opisując lud w Indiach?!). Wiem dokładnie bo jako wegetarianka mieszkająca na śląsku od kilkudziesięciu lat spotykam się z ludzkim niedowierzaniem, a często i politowaniem co do mojej osoby – wszystkie ciocie zawsze z ubolewaniem kiwały nade mną głowami 🙂 Według ich zasad nie powinnam żyć. Lepiej – istnieją na ziemi całe grupy społeczne, całe ludy, które według nich nie powinny istnieć – ponieważ nie jedzą mięsa. Rozwinęły się na ziemi wspaniałe cywilizacje i wielkie kultury oraz piękne filozofie oparte w większości na diecie wegetariańskiej, które są dla cioć niemożliwe!

Od kilkudziesięciu lat zostało przeprowadzonych wiele badań, które dowodzą iż nadmierne spożycie białka odzwierzęcego jest szkodliwe dla naszego zdrowia. Badania te są nie na rękę wielkim tego świata więc są notorycznie ośmieszane, podważane lub przeinaczane.

Ostatnio gdzieś czytałam artykuł, że aby być wegetarianinem trzeba mieć dużą wiedzę aby odpowiednio łączyć składniki ponieważ tylko bardzo szczegółowo skomponowana dieta wegetariańska zapewnia odpowiednią ilość białka. Oczywiście autor proponował w zamian mięsa spożycie dużych ilości nabiału i jajek. Wszystko to opiera się na stwierdzeniu że białko pochodzenia roślinnego nie zapewnia odpowiedniej ilości aminokwasów – więc jest niekompletne i nie zaspokaja naszego na nie zapotrzebowania. Autor twierdził, że należy mieć ogromną wiedzę aby łączyć w ściśle określonych proporcjach i konfiguracjach np. rośliny strączkowe i zboża co ewentualnie zapewni odpowiedni komplet aminokwasów. To zadziwiające jak niesprawdzone i pochopne wnioski ewoluują przekształcając się w ogólnie obowiązujące prawa.

Te teorie zrodziły się w podobnym czasie jak reszta im podobnych czyli w początku minionego wieku. Był to znany wówczas eksperyment, w którym udowadniano, że osobniki karmione białkiem o wzorcach aminokwasów podobnych jak w białku zwierzęcym rozwijały się wspaniale i dużo szybciej niż wszystkie inne. Wszyscy jednak pomijają fakt, że badanie dotyczyło szczurów i nigdy nie zostało przeprowadzone na ludziach. Z góry przyjęto założenie że podobny wzorzec będzie obowiązywał człowieka. Profil białek niezbędnych i zalecanych dla naszego zdrowia przez medyczne organizacje rządowe opierał  się jeszcze do niedawna tylko na tych badaniach… To żenujące i totalnie niekompetentne a jednak zagościło w naszym świecie na dobre, wyznaczając nam co jest dla nas dobre a co nie.

Od tamtego czasu wiele razy udowadniano, że spożycie nieprzetworzonych i pełnych zbóż, orzechów, roślin strączkowych i innych warzyw oraz owoców zapewnia nie tylko nasze zapotrzebowanie energetyczne ale także niezbędne aminokwasy.

Jednak te badania nie wszystkim były na rękę więc zostały przemilczane.

Zastanówcie się kto finansuje badania i uczelnie, kto lobbuje w rządzie, kto ustala prawa i wymogi żywieniowe. Zauważcie, że nikt nie reklamuje w telewizji surowej marchewki, brokułów czy kapusty bo to się nie opłaca. Reklamujemy różne gatunki mięsa, nabiału oraz słodycze i konieczne w tej sytuacji leki. Taka jest nasza rzeczywistość – opłacalna.

Cały czas pokutuje w naszym społeczeństwie wizja platońskiego „luksusowego społeczeństwa” którego synonimem jest białko.

Widzę jednak ostatnio zmianę. Maleńkie światełko w tunelu. Powoli, powolutku jesteśmy coraz mądrzejsi i zaczynamy więcej rozumieć. Bo inteligencja to zdolność rozpoznawania powiązań, relacji i zależności oraz umiejętność wyciągania wniosków. Niekoniecznie zależna od kotleta.