błonnik

gęstość odżywcza czyli glazurowana brukselka z orzeszkami :)

IMGP4494

To co jemy często jest bardzo osobiste. Jedzenie to coś co łączy nas ze światem. Nie zawsze jednak uświadamiamy sobie wagę tego połączenia.

Nie zawsze też zdajemy sobie sprawę ze skutków naszych wyborów… Ja uważam, że wszystko jest ze sobą połączone i wszystko ma wpływ na wszystko. Z tego punktu widzenia to co jemy jest ważne.

Dziś dwa słowa czym ja kieruję się w moich codziennych wyborach – w mojej codziennej diecie.

Dla mnie nie są istotne kalorie. Rzadko zwracam uwagę na wartości kaloryczne poszczególnych produktów. I to bynajmniej nie dlatego, że nie dbam o zdrowie czy o figurę. Po prostu uważam, że kalorie nie są tak istotne. Istotne jest to z czego pochodzą i to warunkuję całą resztę. Pisałam o tym tutaj:

http://www.izaraczkowska.pl/po-ci-te-liczenie-kalorii/

Dla mnie podstawowym kryterium wyboru jest jakość jedzenia. Nie chodzi tu o cenę czy ekskluzywność, a o zawartość składników odżywczych.

Uważam iż wszelkie choroby i przyśpieszone starzenie są skutkiem niedoborów albo toksemii. Te właśnie ochrona przed nimi leży u podstaw moich wyborów.

Co do toksemii. Uważam że najwięcej toksyn wprowadzamy do organizmu z nieodpowiednim jedzeniem oraz kosmetykami, a także chemią domową lub chemią związaną z miejscami gdzie najczęściej przebywamy.

Używam w przeważającej większości ekologicznych kosmetyków oraz środków do prania i sprzątania. Jeśli chodzi o jedzenie naprawdę bardzo rzadko jadam rzeczy mocno przetworzone czy w jakiś sposób rafinowane. Nie kupuje prawie wcale żadnych kolorowych opakowań. Wszystkie posiłki przygotowuję sama bezpośrednio przed spożyciem. Nic gotowego nie leży „na jutro” w mojej lodówce. Kupuję większą część warzyw, owoców oraz zbóż i przypraw z upraw ekologicznych. Bardzo przemyślanie łącze pokarmy ponieważ ogrom toksemii w naszych organizmach bierze się ze złych połączeń pokarmowych.

Najważniejsze jednak, że codziennie dbam o odpowiednią gęstość odżywczą tego co jem. Termin ten stworzył dr Fuhrman i nazwał nim wartość odżywczą danego pokarmu przypadającą na daną jego ilość kaloryczną.

Nie chodzi tu o rodzaj substancji będących nośnikiem kalorii tzn. chwilowo zapominamy o węglowodanach, białkach czy tłuszczach. Chodzi o witaminy, minerały, mikro i makroelementy, enzymy, błonnik, antyoksydanty i inne temu podobne związki czynne występujące w wartościowym pożywieniu.

Na przykład na 1300 kalorie pochodzących z 0,5 kg steku ilość błonnika jest równa 0,8 grama. Na 100 kalorie pochodzących z 0,5 kg warzyw liściastych ilość błonnika jest równa 5 gram.

W 220 kaloriach pochodzących z 0,5 kilograma algi morskiej wakame ilość wapnia wynosi 6500 mg. W 600 kaloriach pochodzących z 0,5 kilograma piersi kurczaka ilość wapnia wynosi 55 mg.

W 135 kaloriach pochodzących z 0,5 kilograma marchwi ilość karotenu wynosi 140 000 jednostek (I.U.). W 230 kaloriach pochodzących z 0,5 kilograma brzoskwiń ilość karotenu wynosi 2000 jednostek (I.U.).

Zauważcie, że prawie nikt nie uwzględnia ich zawartości na swoich opakowaniach. Dlaczego tak się dzieje skoro są one nam niezbędne dla zdrowia?

Ano dlatego ponieważ wszelka przetworzona żywność oraz spora większość pokarmów odzwierzęcych nie zawiera ich prawie wcale. Jakby więc wyglądały te tabelki z samymi zerami? 😉

Z drugiej strony zauważcie jak wiele bardzo otyłych osób boryka się z niedoborami i spowodowanymi przez nie chorobami właśnie. Bo to nie kalorie są najważniejsze. To nie dokładnie wyliczona ilość białek w diecie daje zdrowie.

To dzięki antyoksydantom, mikroelementom i witaminom nie mamy niedoborów, a nie dzięki nadmiarowi kalorii. Jedząc w przeważającej ilości produkty gęste odżywczo nie mamy poczucia wiecznego głodu i wiecznych smaków. Możemy zaspokoić apetyt z łatwością i nie potrzeba nam do tego bomby kalorycznej w postaci posiłku złożonego z trzech dań z obowiązkowym deserem.

Mimo, że Fuhrman jako pierwszy opisał ten aspekt odżywiania (2003) nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że on jest jedynym autorem tego typu diety. Jako, że od kilkudziesięciu lat już interesuję się zdrowym odżywianiem oraz medycyną naturalną i praktykuje jogę – wiele lat temu wyczytałam podobne wnioski w książkach o medycynie wschodu. Okazuje się bowiem, że dieta polecana przez ajurwedę i jogę, dieta konieczna do rozwoju duchowego – tak zwana dieta sattwiczna jest o wiele starszym (oczywiście ciut uproszczonym) odpowiednikiem diety kierującej się najwyższą gęstością odżywczą. Według ajurwedy to dieta bardzo mocno odmładzająca i przedłużająca życie, a także pozwalająca dożyć późnej starości w pełni władz umysłowych i sił witalnych.

Pisałam o tym tutaj:

http://joga-gliwice.eu/2012/12/taka-karma-czyli-dieta-jogina/

Dziś lista produktów o największej gęstości odżywczej wg Fuhrmana. Ułożona od produktów najbardziej do mniej wartościowych. Produktów bez wartości nie zawiera. Produkty pokrewne mają zbliżoną skalę wartości. Czyli na przykład papryka pomarańczowa jest wprawdzie ciut niżej niż czerwona ale jednak blisko, kapusta zwykła jest niżej niż pekińska ale blisko etc.

 

  1. Warzywa zielone: nać gorczycy, nać rzepy, kapusta ozdobna, jarmuż, rukiew wodna,wodorosty, kapusta chińska (bok choy), szpinak, nać rzepy, kapusta pekińska, brukselka, boćwina, rukola, brokuł, sałata rzymska.
  2. Pozostałe warzywa: rzodkiewka, buraki, kiełki fasoli, czerwona papryka, , cykoria czerwona, rzepa, marchewka, kalafior, karczoch, pomidor, dynia.
  3. Owoce: truskawki, jeżyny, śliwki, maliny, czarne jagody, borówki, papaja, pomarańcze, mandarynki, melon, kiwi, arbuz.
  4. Rośliny strączkowe: soczewica fasola czerwona, fasola Jaś, fasola adzuki, fasola czarna, soja, groch, ciecierzyca.
  5. Orzechy i nasiona: pestki słonecznika, nasiona sezamu, siemię lniane, pestki dyni, pistacje, orzechy pecan, migdały, orzechy włoskie, orzechy laskowe, orzechy nerkowca.
  6. Ziarna pełne: owies, jęczmień, dziki ryż, brązowy ryż, pszenica, kukurydza, komosa ryżowa, proso.
  7. Nabiał: tofu, mleko bio, mleko sojowe, jogurt naturalny bio, mleko migdałowe, tempeh.

 

Różnica między produktami z punktu pierwszego, a produktami punktu siódmego jest ogromna – to kilkaset jednostek. Należy więc jeść jak najwięcej produktów z góry listy.

Jeśli chodzi o gęstość odżywczą mięsa to zawiera ono znikome ilości punktów i w skali od 1 do 1000 nie przekracza 40. Do tego należałoby spożywać mięso w postaci jak najmniej przetworzonej.

W następnym poście opiszę moją prywatną piramidę żywieniową.

Dziś danie o fajnej gęstości odżywczej – glazurowana brukselka.

Potrawa będzie wzmagać dosha vata i łagodzić pitta. Dla kapha proponuje dodać mniej syropu wtedy także będzie łagodząca.

 

Składniki:

 

1/2 kg brukselki;

1 cebula,

1 papryka czerwona,

1/2 szklanki orzeszków nerkowca;

3 łyżki oleju kokosowego;

3 łyżki syropu klonowego lub miodu;

2 łyżki mąki ryżowej;

1 łyżka sosu sojowego;

1 łyżka czarnej gorczycy;

1 łyżka musztardy Dijon;

woda;

Cebulkę i paprykę kroimy w kosteczkę. Brukselki jeśli są duże kroimy na pół a jeśli małe zostawiamy w całości. Olej kokosowy rozgrzewamy na patelni i wrzucamy cebulkę i gorczycę. Podsmażamy 5 minut do czasu aż cebulka nabierze złotego kolorku. Dorzucamy paprykę, orzeszki i brukselki. Mieszamy i podsmażamy około 5 minut. Dolewamy 1/3 szklankę wody i zakrywamy patelnie pokrywką. Dusimy warzywka około 8-10 minut. W miseczce mieszamy syrop, sos sojowy, musztardę i mąkę ryżową z 1/2 szklanki wody. Zalewamy uduszone warzywka powstałym sosem. Dusimy jeszcze 2-3 minutki mieszając aż sos zgęstnieje. Można jeść z ryżem lub chlebkiem ryżowym 🙂

 

 

 

 

 

ta zupa ma moc czyli moja minimalistyczna zupa miso :)

IMGP9207

Miso towarzyszy mi od dawna. To jedna z oczywistości w mojej kuchni jak sól, mąka czy kasza.

Miso to pasta tradycyjnie wyrabiana z fermentowanej w wodzie morskiej soi z udziałem bakterii koji. Samo ziarno soi zawiera dużo białka, skrobi oraz tłuszczu więc jest bardzo ciężko strawne. Poddane jednak procesowi fermentacji staje się źródłem łatwo przyswajalnych aminokwasów oraz innych niezbędnych składników odżywczych. Często jest fermentowane miso z dodatkiem różnego rodzaju glonów lub domieszek innych zbóż jak ryż, jęczmień czy pszenica. W zależności od długości fermentacji i dodatków pozyskuje się wielką różnorodność past miso zarówno pod względem smakowym jak i pod względem konsystencji oraz wyglądu. Walory zdrowotne pasy także zależą od jej rodzaju i zastosowanych w nim składników.

Miso to potrawa będąca ścisłym przedstawicielem smaku słonego. Kieruje więc energię w dół co zalecane jest głównie w zimniejsze pory roku. Jednak różne rodzaje miso w zależności od procesów fermentacyjnych zalecane są do spożycia w różnych porach roku. Generalnie ciemniejsze więc zwykle i dłużej fermentowane miso polecane jest do spożycia w chłodniejszych porach roku. Jaśniejsze więc krócej fermentowane zalecane jest w cieplejszych porach roku.

Miso składa się w około z 10-20 % z białka – średnio na 100 g produktu – 15 g stanowi białko.  Zestaw aminokwasów zawarty w paście jest bardzo podobny do tych występujących w mięsie. To jeden z niewielu pokarmów zawierających niewielkie ilości witaminy B12. To pokarm żywy – zawierający żywe kultury bakterii. Wspomaga nasze trawienia oraz poprawia przyswajanie pokarmów.

Według medycyny chińskiej to pokarm poprawiający zdrowie i wydłużający życie. Wspomaga leczenie chorób serca oraz normalizację ciśnienia krwi. Przeciwdziała powstawaniu nowotworów. Wspomaga oczyszczanie organizmu z toksyn i produktów przemiany materii powstałych w wyniku nieprawidłowej diety i zanieczyszczonego środowiska. Wspomaga także odtruwanie organizmu z pozostałości po alkoholu oraz nikotynie.

Miso oprócz białko to bogactwo błonnika, a także wapnia i żelaza.

Z punktu widzenia prawidłowego łączenia pokarmów powinno być miso uznawane jako białko, a więc łączone w przeważającej ilości z zielonymi nie skrobiowymi warzywami.

Moje ulubione miso to shiro miso. To tak zwane białe miso, choć jego kolor faktycznie jest bardziej żółty lub żółto-beżowy niż biały. Do jego fermentacji używa się także dodatku w postaci ryżu.

Stosuje moje miso do zagęszczania wszelkich past, przecierów i dipów oraz zup. Trzeba pamiętać jednak, że aby miso zachowało swoje właściwości nie wolno go gotować. Zawsze dodaje je do gorących zup ale dopiero po nalaniu ich do miseczek.

Zupa miso ma wiele wersji. Teraz kiedy robi się już ciut cieplej zwracam się do bardziej tradycyjnej jest postaci. No ale oczywiście w wersji wege. Najbardziej tradycyjne przepisy na zupę miso zawierają – zamiast bulionu warzywnego bulion dashi czyli wywar z gotowanej ryby i wodorostów.

Zupa misa to moja zupa mocy. Minimalistyczna zupa. Dodaje energii ale nie obciąża. Karmi ale nie pozostawia poczucia przejedzenia. Jedzona jest u nas w domu często kiedy jesteśmy zmęczeni lub podziębieni oraz koniecznie w czasie przesilenia zimowo-wiosennego. Zwykle służy nam jako potrawa na kolację choć w lecie często pojawia się na stole w ramach obiadu.

Dziś wersja z glonami kombu i tofu.

Tradycyjnie do tej zupy powinno się dodawać algi wakame ale to wersja dla bardziej zaawansowanych algowiczów. Wakame mają intensywniejszy algowy smak i zapach więc polecam zaczynać przygodę z algami w kuchni od mniej intensywnego smaku kombu. To jedne z alg najbardziej kompletnych pod względem składu mineralnego.

Wykorzystywane jest kombu w leczeniu wielu chorób i dolegliwości. Bardzo je polecam na wiosnę szczególnie z powodu wspomagania utraty nazbieranych zimą kilogramów, przyśpieszania trawienia, oczyszczania z nagromadzonych złogów, oczyszczania z grzybów i drożdżaków (którym sprzyja zimowe pożywienie) oraz wspierania procesów regeneracji zmęczonych mięśni. Według medycyny wschodu pomaga kombu w procesach oddechowych ? oczyszczając i usprawniając nasze płuca. Mówi się, że dzięki jedzeniu tych alg można głębiej oddychać. Lubimy 🙂

 

Składniki:

1-1 1/2 pałeczek zasuszonych glonów kombu;

1 garść suszonych grzybów mung;

1 marchewka;

1 pietruszka;

1/4 kapusty pekińskiej;

1 cebulka ze szczypiorkiem;

1 kostka naturalnego tofu;

2 ząbki czosnku;

1 kosteczka ekologicznego bulionu warzywnego;

4 duże łyżki miso;

Do garnka wlewamy około półtora litra wody. Pałeczki kombu tniemy (najlepiej nożyczkami) na cieniutki paseczki. Grzybki mung kruszymy na drobne kawałki. Kombu i grzybki wrzucamy do wody. Czosnek i cebulkę ze szczypiorkiem kroimy w plasterki i wrzucamy do garnka. Wszystko stawiamy na gazie i gotujemy. Do zupy dorzucamy kostkę bulionu warzywnego. Tofu kroimy w drobną kosteczkę, marchewkę i pietruszkę w cieniutkie patyczki, a kapustę grubo szatkujemy. Wszystko dorzucamy do garnka z zupą. Gotujemy około 10 -15 minut. Po zdjęciu z gazu wrzucamy do garnka miso i mieszamy aby się dobrze rozpuściło. Smacznego 🙂

 

 

 

 

 

jesienna dieta dla zdrowia jelit czyli gulasz z dyni :)

IMGP8070

Czas jesieni według medycyny chińskiej to czas przemiany metalu czyli czas wzmożonej aktywności płuc oraz jelita grubego. Ze wszystkich organów podlegającym wszelkim elementom dwa powyższe wydają się najsłabsze.

Dziś dwa słowa o zdrowiu jelita grubego.

W medycynie naturalnej często mówi się, że nasze zdrowie jest wprost proporcjonalne do zdrowia naszej okrężnicy i jest w tym wiele prawdy. Pisałam już o tym wiele razy przy okazji tematów związanych z oczyszczaniem organizmu.

Dziś napiszę o pokarmach, które mogą nam pomóc w zachowaniu w dobrym zdrowiu naszych jelit.

Według medycyny chińskiej dla większości osób z objawami osłabionego jelita grubego zaleca się post, a potem dietę złożoną tylko z warzyw i owoców.

Następnie zaleca się przejść na pełnowartościową dietę roślinną.

Najlepsze pokarmy dla zdrowia naszej okrężnicy to pokarmy ostre- które wspomogą jej oczyszczenie, pokarmy śluzowate- które wspomogą odnowić błony śluzowe oraz oczyszczający błonnik.

Do pokarmów ostrych zaliczamy na przykład: cebulę , czosnek, imbir, chrzan, rzodkiew.

Do pokarmów śluzowatych zaliczamy na przykład: marchew, dynie, kabaczki, brokuły, pietruszka, kapusta, natka pietruszki, trawa pszeniczna i jęczmienna, mikroalgi oraz pokrzywa.

Do pokarmów zawierających błonnik zaliczamy większość owoców oraz warzyw a także otręby zbóż i nasion.

Dziś gulasz z dyni i suszonych pomidorów, który z pewnościom świetnie wspomoże dobrostan naszych jelit 🙂

Składniki:

3 marchewki;

1-2 pietruszki;

2-3 cebule;

2-3 złożone garście pokrojonych cząstek dyni;

1 słoiczek suszonych pomidorów;

3-4 ząbki czosnku;

2-3 gałązki rozmarynu;

1-2 łyżki majeranku;

1 łyżka tymianku;

sól i pieprz;

Odsączamy suszone pomidory z oleju i kroimy drobniutko. Olej wykorzystujemy do duszenia pozostałych warzyw. Marchew i pietruszkę myjemy i kroimy w talarki. Cebulę obieramy i kroimy w paseczki. Rozmaryn siekamy drobniutko. Pokrojoną cebule smażymy w garnku na paru łyżkach oleju z suszonych pomidorów. Kiedy zacznie brązowieć dodajemy pokrojony czosnek i rozmaryn. Smażymy jeszcze z 5 minut i dodajemy marchew, pietruszkę, suszone pomidory oraz majeranek i tymianek. Przykrywamy garnek pokrywką i od czasu do czasu mieszamy. Można dolać więcej oleju z suszonych pomidorów oraz parę łyżek wody aby warzywka się nie przypaliły. Kiedy marchewka będzie na wpół miękka czyli po jakiś 10 minutach wrzucamy do garnka pokrojoną dynie, mieszamy i przykrywamy pokrywką. Potrawy nie wolno gotować za długo bo dynia nie powinna być całkowicie rozgotowana. W zależności od rodzaju dyni i stopnia jej dojrzałości to będzie jakieś 15-20 minut. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy gulasz z kaszą, ryżem lub orkiszowym chlebkiem. To zdrowe jesienne jedzonko 🙂

 

 

 

 

po co Ci te kanapki?…

IMGP7967

Od paru lat układam ludkom różnym diety. Gro z nich stanowią diety odchudzające. Nim ja im coś napiszę proszę zawsze aby napisali mi co jedzą przez ostatnie dwa tygodnie. Muszę przyznać, że z czasem dostrzegam w tych listach odżywiania pewne schematy. Na pierwszy ogień zwykle wyłaniają się… kanapki.

Tak, właśnie. Te małe co nieco. Dwie kromki chleba z czymś. Podstawowe pożywienie zapracowanego człowieka dwudziestego pierwszego wieku. Najbardziej wytłumaczalne pożywienie na świecie.

Bardzo często ich obecność w diecie wiąże się nie tylko z nadwagą ale i z szeregiem chorób określanych wiele mówiącym mianem- cywilizacyjnych.

Szczerze mówiąc mam gdzieś taką cywilizację!

Pieczywo dostępne w sprzedaży to głównie pieczywo drożdżowe, sporządzone z mocno wybielonej mąki z całą masą utleniaczy i konserwantów koniecznych do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i koloru. Proces produkcji pieczywa drożdżowego jest szybki więc pięknie wpisuje się w nasze czasy.

Niestety jedzenie go jak wszystko ma swoje konsekwencje.

Na pewnym etapie nie jestem zwolenniczką liczenia kalorii ale muszę tu wspomnieć, że przeciętna kanapka ma ich około 200-300 a zazwyczaj nie poprzestajemy na jednej, prawda?

Pieczywo, które tak chętnie jemy zawiera oprócz kalorii także drożdże ciepłolubne których spożycie nie jest obojętne dla naszego organizmu. To jednokomórkowe grzyby, których formy są odporne zarówno na działanie naszych kwasów żołądkowych jak i wysokiej temperatury. Jeśli spożywamy sporo pieczywa drożdżowego możemy być pewni że stan naszej mikroflory jelitowej nie jest najlepszy. Drożdże powoli powolutku wypierają pozytywną florę jelitową rozmnażając się w postępie geometrycznym. Sprawiają że zawartość naszych jelit zaczyna fermentować i gnić. Jeżeli trwa to latami (a przecież kanapki jemy od dziecka) to w naszych jelitach źle się dzieje. Do tego jeśli nie jemy zbyt dużo błonnika oraz surowych warzyw zapewniających enzymy pozytywna flora jelitowa zanika prawie zupełnie. Konsekwencją tego jest nieprawidłowa praca jelit, wzdęcia, gazy, nieprawidłowa perystaltyka. Mamy niedobory witamin i mikro oraz makroelementów ponieważ do ich prawidłowego wchłaniania konieczna jest prawidłowa flora w naszym przewodzie pokarmowym. Organizm zaczynają także zatruwać efekty przemian materii nieprawidłowej flory. Jesteśmy zmęczeni, brak nam energii. Nie wysypiamy się. Mimo tego, że dużo jemy cały czas jesteśmy głodni ponieważ nasz organizm domaga się minerałów i witamin. Zaczynamy tyć. Zaczynamy chorować a nasz układ immunologiczny nie daje rady…

Jeszcze jednym niefajnym od kanapkowym skutkiem jest powolne acz ciągłe zakwaszanie organizmu. Ma ono daleko idące konsekwencje i leży u podstaw wielu chorób oraz powiązanej z nimi otyłości brzusznej.

Ja osobiście bardzo rzadko jem pieczywo drożdżowe – może raz, dwa razy w miesiącu. Chleb piekę sama, na zakwasie ale i jego nie jadam często – dwa-trzy razy w tygodniu. Zastępuję pieczywo zależnie od pory roku albo sałatkami różnymi, kremowymi zupami, kaszkami i płatkami gotowanymi z dodatkami, pieczonymi, gotowanymi lub blanszowanymi warzywami z dodatkami.

Dziś pieczone pomidory z kaszą kukurydzianą – świetnie zastąpią kanapki w kolacyjnym wydaniu 🙂

Danie świetnie nadaje się na okres późnego lata, jest aromatyczne i syte.

Danie to łagodzi energię kapha ale polecam dodać mniej ghee. Zaburza dosha pitta. Może także lekko zaburzać dosha vata.

Składniki:

5-6 dojrzałych pomidorów;

? szklanki drobnej kaszki kukurydzianej;

4 łyżki ghee;

1 łyżeczka tymianku;

1 łyżeczka cząbru;

1 łyżeczka świeżo zmielonych nasion kolendry;

2-3 ząbki czosnku;

3 łyżki oleju;

1 łyżka miodu;

2 łyżki soku z cytryny;

sól i pieprz;

Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni. Kroimy pomidory na plastry i układamy w żaroodpornym naczyniu. Naczynko powinno być spore aby z pomidorów nie utworzyła się gruba warstwa. Mieszamy widelcem olej, sok z cytryny, miód, rozgniecione ząbki czosnku oraz z pół łyżeczki soli. Polewamy tym plasterki pomidorów. W miseczce mieszamy widelcem kaszkę (koniecznie drobnoziarnistą), tymianek, cząber i świeżo zmieloną kolendrę. Tak nasączoną kaszką posypujemy plastry pomidorów i mocno przyklepujemy aby nasiąknęła od ich soku. Wstawiamy do piekarnika na około 40 minut. Solimy i pieprzymy do smaku. Kaszka powinna ugotować się w soku wypuszczonym z pieczonych pomidorów. Danie podajemy w miseczkach. Gotowe w 10 minut + pieczenie. Naprawdę proste i smaczne danie na jesienną kolację 🙂

 

 

 

chcesz zapanować nad wagą i promieniować optymizmem – jedz amarantus!

IMGP6228

To jedno z zapomnianych zbóż, które przeżywa teraz swój wielki powrót. Było ono niegdyś podstawowym pożywieniem ludności Ameryki łacińskiej i Afryki.

Amarantus polecam szczerze wszystkim osobom wątpiącym w to, że dieta roślinna może dostarczyć odpowiedniej ilości i jakości białka 🙂 To drobniutki kuleczki mają w sobie moc! Zawierają na 100 gram ziarna aż 16-18 gram białka – to tyle co mięso z kurczaka. Zawierają białka pięć razy więcej niż mleko i jaja. Do tego zawierają jeszcze świetnie przyswajalny wapń w ilości 222 mg- dwa razy tyle co w mleku i cztery razy tyle co w jajach i twarożku. Wapń zawarty w amarantusie może być dobrze przyswajany ponieważ zawiera on także pierwiastki wspierające ten proces – krzem i magnez.

Zestaw aminokwasów zawartych w amarantusie jest wystarczający nawet dla osób mających zwiększone zapotrzebowanie na białko w związku z ciężką fizyczna pracą, dla dzieci, matek karmiących etc. Zawiera amarantus lizynę – enzym konieczny do wytworzenia naszych hormonów, przeciwciał i enzymów. Zwiększa koncentrację umysłową i łagodzi stany rozdrażnienia(!). Bierze udział w budowie kolagenu. Jej brak powoduje permanentne zmęczenie, brak energii, wypadanie  włosów oraz anemię.

Innym ważnym aminokwasem zawartym w amarantusie jest metionina. Jest to tak zwany aminokwas piękna ponieważ wpływa na stan naszych paznokci i włosów oraz skóry. Jej brak w organizmie skutkuje rozdwajaniem się włosów i łamaniem paznokci oraz bardzo suchą łuszczącą się skórą. Oczyszcza metionina też nasze naczynia krwionośne ze złogów tłuszczowych oraz przeciwdziała stłuszczeniu wątroby.

Zboże to to także bogactwo tryptofanu- aminokwasu będącego jednym z prekursorów serotoniny i melatoniny- hormonów zawiadujących naszym dobrym nastrojem lub jego brakiem. To także mocy przeciwutleniacz pozwalający dłużej cieszyć się zdrowiem i młodym wyglądem.

Amarantus to jednocześnie bogate źródło skwalenu, który spowoduje że nasza skóra będzie promienna i nawilżona.

Świetny jest amarantus dla osób, które zamierzają przejść na dietę wegetariańską lub wegańską. Zawiera także spore ilości wtaminy C.

Natura termiczna amarantusa jest ochładzająca. Smak amarantusa to połączenie smaku gorzkiego i słodkiego. Ma on mocne właściwości osuszające – likwiduje nadmiar śluzu w organizmie. Polecany jest amarantus osobom pragnącym zapanować nad skokami wagi i osobom, które planują na stałe zmniejszyć ciężar ciała. Z punktu medycyny akademickiej za wspomaganie odchudzania odpowiada w amarantusie ogrom niefermentującego błonnika – dwa razy więcej niż w otrębach owsianych, trzy razy więcej niż w otrębach pszennych. Po zjedzeniu już niewielkiej ilości tego zboża bardzo długo jesteśmy syci 🙂

Amarantus wpływa łagodząco na dosha vata, pitta oraz kapha.

Dziś chlebek na zakwasie z amarantusem.

Składniki:

3/4  kg ekologicznej mąki orkiszowej z pełnego przemiału;

1 szklanka nasion amarantusa;

1/2  szklanki siemienia lnianego;

1/2  szklanki pestek słonecznika;

2 łyżeczki soli,

zakwas;

3/4  litra ciepłej wody;

Mąkę mieszamy razem z amartantusem, siemieniem lnianym i pestkami słonecznika. Dodajemy sól, wodę i zakwas. Jak zrobić zakwas pisałam przy okazji chlebka orkiszowego. Bardzo dokładnie mieszamy. Odkładamy partę łyżek zakwasu na następny chlebek a resztę przekładamy do foremki. Posypujemy odrobiną słonecznika i przykrywamy ściereczką. Odstawiamy na 8-9 godzin w spokojne miejsce. Jeżeli jest bardzo ciepło to już po 6 godzinach chlebek będzie duży 🙂 Pieczemy około 60 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Sam chlebek robi się maksymalnie 10 minut. Zdrowy i pyszny – polecam 🙂