dosha

chleb nasz powszedni czyli o uzależnieniach, smakach i chlebie ryżowym :)

IMGP8248

Uwielbiam chleb. Szczególnie ten świeżutki, chrupiący, prosto z piekarnika. Jem go z samym masłem żeby nic nie zmąciło cudnego smaku…

Mięsa nie lubiłam nigdy. Brzydziłam się go. Odrzucenie go przyszło samo, bezboleśnie i zupełnie naturalnie już kiedy byłam dzieckiem.  Bez jakichkolwiek wyrzeczeń.

Podobnie było z mlekiem.

Ale już śmietany i jogurty stanowiły dla mnie zawsze niemałą pokusę. Uwielbiałam szczególnie te tłuste. Dosładzałam je miodem, słodkimi owocami lub po prostu cukrem.

Kochałam ciepłe waniliowe budynie, kremy śmietanowe i wszystko co się z nimi wiązało.

Z serem było jeszcze gorzej. Lubiłam jego intensywny, miękki i kremowy smak. Lubiłam wszystko co da się nim polać i pod nim zapiec. Całe dzieciństwo i młodość był dla mnie ser pokarmem podstawowym jedzonym codzienne – no bo przecież co można położyć na kanapkę jeśli dziecko nie je mięsa?

Z chlebem jest jednak najtrudniej. Tu oprócz preferencji smakowych do głosu dochodzą  głęboko zakorzenione, wieloletnie przyzwyczajenia, skojarzenia i wspomnienia.

Chleb był zawsze. Miał piętki. Jego zapach wypełniał cudnie cały dom.  Był rumiany i chrupiący.  Był synonimem spokoju, ciepła i dobroci. Był poniekąd świętością…

Babcia, która mnie wychowywała przeżywszy wojnę, powstanie, ucieczkę z transportu do obozu, tułaczkę i wieczny głód traktowała chleb z ogromnym szacunkiem. Nigdy nic się nie marnowało. A najlepszymi chipsami mojego dzieciństwa (w latach 70 w PRL-u nie było niczego takiego) były przygotowane przez nią podpiekane w piekarniku rumiane skórki chleba właśnie. Jeszcze jako nastolatka je jadałam.

Kiedy już jako całkiem dorosła osoba analizowałam smaki mojego dzieciństwa stało się dla mnie jasne, że są takie które lubimy bardziej niż inne. Wszyscy. Dlaczego tak bardzo lubimy smak chleba czy sera? To nie tylko przyzwyczajenie, tradycja czy zwyczaje. To nie tylko smaki. To uzależnienie.

W cząsteczkach białek nabiału i zboża – kazeinie i glutenie znajdują się egzorfiny – podobnie działające jak morfina – alkaloid należący do opiatów.

Polipeptydy, które podczas procesu trawienia uwalniają się z glutenu są oporne na działanie enzymów jelitowych i nie ulegają strawieniu. Niszczą delikatną śluzówkę przewodu pokarmowego i poprzez jej nieszczelności przedostają się do krwi. W mózgu łączą się z receptorami opioidowymi wywołując działanie, które naukowcy przyrównują do działania morfiny.

Jednym z najgorszych jednak skutków spożywania glutenu  i kazeiny jest systematyczne wyłączanie naszej bezpośredniej obrony – limfocytów – komórek układu odpornościowego. Udowodnione, że osoby uzależnione od glutenu i kazeiny mają liczne narządowe uszkodzenia, uszkodzenia DNA oraz znacznie spowolnione wszelkie procesy naprawcze. To jest źródłem ogromnej ilości chorób.

Nasze ciała zawierają receptory peptydów opioidowych aby nas chronić. Pomagać uśmierzyć ból, uciec od zagrożenia mimo wyczerpania czy zmęczenia. Jednak to co przez wieki pomagało nam przeżyć teraz – w dobie nadmiaru i dobrobytu, w dobie chrupiących białych bułeczek – może przyczynić się do naszej zagłady.

Uzależniamy się szybciutko, już we wczesnym dzieciństwie od tego smaku i bardzo ale to bardzo ciężko jest nam go odstawić.

Dziś próbujemy! Pieczemy chleb ryżowy.

Chlebek w takiej formie będzie łagodnie równoważył dosha vata oraz pitta. Może jednak zaburzać dosha kapha.

Składniki:

500 g mąki ryżowej;

150-200 g mąki kukurydzianej;

0,5 szklanki siemienia lnianego;

6-7 łyżek łusek babki płesznik;

2 łyżeczki soli;

2-3 łyżki ghee;

około 700-800 ml ciepłej wody;

zakwas

Mieszamy wszystkie suche składniki w dużej misce. Dodajemy ghee oraz zakwas i bardzo dokładnie mieszamy. O tym jak się robi zakwas pisałam przy okazji chlebka orkiszowego: http://www.izaraczkowska.pl/orkiszowy-chlebek-na-zakwasie-koniecznie-na-wiosne/ . Do miski dolewamy wodę i wyrabiamy dokładnie ciasto. Konsystencja tego ciasta może zaskoczyć bo nie jest one zupełnie lepkie. Nic dziwnego ? nie ma w nim glutenu. Odkładamy 3-5 łyżek ciasta na następny zakwas. Resztę wkładamy do foremki wysmarowanej ghee, przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy w spokojne, ciepłe miejsce. Po około 8 godzinach wstawiamy chlebek do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Pieczemy chlebek godzinę. Najlepiej smakuje jeszcze lekko ciepły – ma wtedy cudnie chrupiącą skórkę. No i ma piętki 🙂

 

 

 

 

.

 

o kosteczce czekolady czyli wegańskie ciasto bananowe z orzechami :)

IMGP8236

Miało być dziś o orzechach włoskich ale jesień nastawiła mnie bardziej refleksyjnie jakoś 🙂

Jedno z ważniejszych praw wszechświata brzmi: ” To, do czego kierujesz uwagę – wzmacniasz. To, do czego kierujesz uwagę – rośnie”. To bardzo proste. To co uważasz za ważne, to o czym często myślisz, to o co się starasz codziennie, to co codziennie robisz – to masz. Najprostsza zasada przyczyny i skutku.

Z moich obserwacji wynika, że prawda ta nie jest dla wszystkich taka oczywista…

Bardzo często żyjemy tak jakbyśmy brali udział tylko w globalnej próbie, we wstępie, w zagrywce tylko do jakiegoś późniejszego, mądrzejszego i wartościowszego istnienia. To się tyczy wszelkich sfer naszego życia ale dziś dwa słowa o zdrowiu.

Wszyscy oglądamy programy, czytamy książki, artykuły i publikacje wszelakie o zdrowiu, o zdrowym odżywianiu, o prewencji. Dokładnie wiemy do czego może zaprowadzić złe odżywianie, czym jest i co powoduje. Wiemy czym są choroby cywilizacyjne i skąd się biorą. Mamy świadomość do czego prowadzą. Zdajemy sobie sprawę, że nie są to tylko puste słowa. Każdy z nas ma w rodzinie kogoś kto ciężko choruje, chorował lub zmarł na chorobę, której można było wcześniej zaradzić.

Tak wiem, że połączenie na przykład raka jelit  wujka Roberta z jego codzienną, od lat tak samo niezdrową dietą, wymaga patrzenia na życie z pewnej perspektywy ale często nie chcemy widzieć nawet tego co najprostsze… Czubka własnego nosa.

Kiedy zjemy późno w nocy sutą kolację na drugi dzień czujemy się zmęczeni i ociężali. Kiedy zjemy duży białkowy i wielodaniowy obiad zakończony deserem zamiast wracać do pracy z nowym zasobem energii  chce nam się tylko spać. Kiedy wypijemy za dużo drinków na drugi dzień mamy kaca. Kiedy jemy więcej słodyczy – tyjemy. Kiedy przestajemy się ruszać – spada nam forma, bolą kości i plecy. Kiedy za dużo pracujemy nie mamy siły aby żyć. Takich doświadczeń mamy setki.

Te proste zasady dotykają wszystkich.  Często podziwiam u ludków skrupulatność i cierpliwość w ich lekceważeniu i notorycznym pomijaniu… Żyjemy tak jakby to właśnie nas miały ominąć skutki naszych działań. Jakby prawa rządzące światem nas nie dotykały. Jakby to właśnie nam nic złego nie mogło się przytrafić. Jakby to właśnie nasze działanie nie prowadziło do tego samego do czego doprowadziło działanie tysięcy innych podobnie postępujących osób.

„Definicją schizofrenii jest robić to samo co wszyscy inni spodziewając się różnych rezultatów…”

Prawdziwa świadomość powinna być początkiem zmian. Nie będzie drugiej próby, drugiego życia. Spotka nas dokładnie to na co sobie zapracujemy. Mamy tylko jedno życie i jedno ciało niezależnie od tego jak dużo mamy pieniędzy czy rozumu. Jeśli nie zadbamy o nie teraz możemy nie mieć drugiej szansy…To co jemy, to co robimy wpływa na nasze ciała i nasze umysły – czy tego chcemy czy nie.

Wystarczy tylko uważność. Wyłączenie wszechobecnej rutyny. Zwracanie uwagi na szczegóły codzienności. Zwrócenie uwagi na swoje ciało, swoje odczucia i swoje wnętrze. Traktowanie jedzenia oraz naszych codziennych aktywności z uwagą i pietyzmem. Ze zrozumieniem.

Wystarczy mniej.

Dobrze zbilansowany prosty posiłek  zastąpi całą ucztę jeśli przygotujesz go i zjesz  z pełną świadomością.

Kosteczka czekolady zjedzona w pełni świadomie i uważnie stanie się ważna. Przyniesie Ci tyle samo zadowolenia co zjedzenie całej tabliczki. A może więcej.

Te zasady można przełożyć na wszelkie aspekty życie…

 

Dziś wegańskie ciasto bananowe z orzechami.

Ciasto  może  wpływać zaburzająco na energie kapha.

Składniki:

1,5 szklanki mąki orkiszowej;

0,5 szklanki zmielonych orzechów włoskich;

0,5 szklanki mleka sojowego;

6-7 łyżek oliwy z oliwek;

6-7 łyżek brązowego cukru;

2 -3 niewielkie bardzo dojrzałe banany;

1 garść posiekanych orzechów włoskich;

1 łyżeczka świeżo zmielonego kardamonu;

1 łyżeczka cynamonu;

2 łyżeczki proszku do pieczenia;

Banany rozgniatamy widelcem. Wszystkie składniki mieszamy dokładnie ze sobą. Zaczynam zawsze od suchych a potem dodaje mokre mieszając. Ciasto wykładamy do foremki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni przez 55-60 minut. Cudnie wypełnia zapachem jesienne popołudnie.

Wystarczy kawałeczek 🙂

 

 

 

 

 

o jesiennej diecie raz jeszcze czyli pasztet z fasolki adzuki z masłem orzechowym :)

IMGP8230

Czas jesieni jest specyficzny. To czas zmiany. Czas pożegnania nadaktywności lata i przygotowania się do bezruchu zimy. Cała przyroda kurczy się i zamiera. Wszystko wkoło kieruje energię do środka. My też.

Zmieniamy sposób przygotowania pożywienia. Zapotrzebowanie na ciepło wzrasta. Zaczynamy częściej piec i smażyć. Używamy bardziej esencjonalnych smaków oraz bardziej skoncentrowanych pokarmów.

Jemy jedzenie dzięki któremu nasza krew zgęstnieje co przygotuje nasze ciało do zimniejszej pogody. Należy włączyć do menu smak kwaśny.

Częściej powinniśmy teraz jadać: kiszonki wszelakie, chleb pieczony na zakwasie, fasolkę adzuki, oliwki, pory, kwaśne odmiany owoców, grajpfruty, limonki i cytryny oraz sery i jogurty.

Do gotowania używamy mniejszej ilości wody. Gotujemy na mniejszym ogniu za to dużo dłużej niż w cieplejszych miesiącach.

Kiedy patrzymy bardziej subtelnie postrzegamy jesień jako czas sprzyjający wyciszeniu i skupieniu. Czas wglądu w siebie – tak bardzo potrzebny J Czas porządkowania kończący chaos lata.

Z wyżej wymienionych pokarmów polecam teraz szczególnie fasolkę adzuki. To nasionko ma smak kwaśny i słodki jednocześnie. Jego zastosowanie w medycynie naturalnej jest bardzo szeroki i na pewno jeszcze nie raz o napiszę. Dziś chciałabym wspomnieć o mocno odtruwającym i jednocześnie osuszającym działaniu fasolki adzuki.

Uważa się w medycynę chińskiej że fasolka ta ma mocne działanie osuszające. Zmniejsza śluz w ciele, zastoje, obrzęki oraz wszelkie zatrzymania wody w organizmie. Ma silne działanie moczopędne i stosowana jest bardzo często w leczeniu infekcji pęcherza moczowego. Stosuje się ją jako pełnowartościowy pokarm w stanach nadmiaru.

Jest jednym z zalecanych pokarmów białkowych dla osób pragnących zmniejszyć ciężar ciała. Posiada dużo białka, magnezu i witamin oraz błonnika przy jednoczesnej minimalnej zawartości tłuszczu.

Fasolka adzuki będzie zaburzać dosha vata choć w poniższym przepisie jej suchość na pewno złagodziło ghee i masło orzechowe. Natomiast jej działanie wychładzające zostało zneutralizowane przez długie piecznie. Danie będzie umiarkowanie łagodzić dosha kapha i pitta.

Składniki:

300 g fasolki adzuki;

2 cebule;

3 ząbki czosnku;

5-6 łyżeki płatków owsianych;

3-4 łyżki ghee;

5-6 łyżek masła orzechowego;

1-2 łyżki majeranku;

1 łyżeczka przyprawy 5 smaków;

sól i pieprz;

Fasolkę namaczamy na noc i gotujemy. Polecam gotować w garnku bez przykrycia ponieważ wtedy łagodzimy jej właściwości wzdymające 🙂 Kiedy fasolka będzie ugotowana odsączamy ją. Zamiast fasolki adzuki można użyć każdej innej. Pasztecik będzie miał wtedy inny kolor i inne właściwości ale smak będzie podobny 🙂

Płatki zalewamy gorącą wodą 1 cm powyżej ich powierzchni.

Cebulę kroimy i smażymy na ghee. Kiedy cebulka będzie już przyrumieniowa dorzucamy do niej pokrojone ząbki czosnku i smażymy jeszcze chwilę.

Do dużej miski wsypujemy fasolkę, namoczone płatki, usmażoną cebulkę z czosnkiem, masło orzechowe, majeranek i przyprawę 5 smaków. Wszystko dokładnie blendujemy. Sporo solimy do smaku. Dodajemy też pieprzu. Pieczemy w foremce w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni przez 40 minut.

Pasztet smakuje najlepiej na drugi dzień. My często go jemy w plasterkach podsmażonego na ghee z dużą ilością sałatek i surówek. Podsmażony pięknie pachnie czosnkiem i orzechami 🙂

 

 

 

 

 

przeganiamy jesienne przeziębienie czyli burgery z cebuli i kalafiora :)

IMGP8080

Kiedy przychodzą jesienne weekendowe wieczory można się pokusić o małe kuchenne szaleństwo… Ciepła  kuchnia i rodzinne gotowanie rozgrzewają i uspokajają odcinając nas od zimnego deszczowego zmroku 🙂

Cebula ma smak ostry czasami z domieszką gorzkiego. Jest świetnym lekarstwem zabezpieczającym nas przed przeziębieniem. Ma działanie przeciwgrzybicze i przeciwbakteryjne oraz mocne działanie przeciw pasożytnicze.

Medycyna chińska zaleca cebulę w chorobach zewnętrznych czyli na przykład w zaziębieniach, grypach i katarach czyli chorobach, które zwykle przydarzają nam się jesienią. Dodatkowo jedzona w połączeniu z warzywami kapustnymi wzmaga ich właściwości „konserwujące” wobec zimniejszych pór roku.

Ma cebula szczególnie w pierwszych etapach zaziębienia mocne działanie napotne co pomaga w zdrowieniu. Używana jest jako lekarstwo w chorobach, w których występuje gorączka i dreszcze.

Zmniejsza obrzęki i przeciwdziała gromadzeniu wody czyli zmniejsza objawy wilgoci w ciele.

Rzadko się o tym pisze ale jest cebula cennym źródłem witaminy A w postaci beta-karotenu. Najwięcej mają go zielone części cebulki – aż 5000 jednostek w 100 gramach- to więcej niż w dyni czy jarmużu.

Jest także źródłem  silnego bioflawonoidu (antyutleniacza) – kwercetyny. Spożywanie nawet jednej cebuli dziennie ma działanie hamujące na rozrost złośliwych komórek rakowych.

Mówi się że cebula- szczególnie gotowana i duszona wpływa pobudzająco oraz stabilizująco jeśli chodzi o nasz poziom energetyczny.

Z punktu widzenia ajurwedy jest pokarmem stanowczo radżasowym nie zalecanym w diecie osób rozwijających praktyki duchowe.

W starych przekazach podawano, że cebula była używana w celu poprawienia strawności mleka krowiego u malutkich dzieci. W mleku, które miano podać niemowlęciu była wcześniej gotowana dłuższy czas cebula.

Cebula w postaci surowej zalecana jest wyłącznie dla osób z nadmiarem dosha kapha w celu jej złagodzenia. Natomiast w postaci gotowanej lub duszonej łagodzi cebula nadmiar każdej dosha- vata, pitta, kapha.

Dziś krokiety z cebuli i kalafiora z natką pietruszki. Wspaniała potrawa na jesienne słoty.

Składniki:

3-4 cebule;

1 mały kalafior;

1 pęczek natki pietruszki;

6-7 łyżek płatków owsianych;

2 jajka;

2-3 łyżki ghee;

bułka tarta;

olej sojowy do smażenia;

sól i pieprz;

Cebulki kroimy drobno i dusimy na ghee dopóki nie nabiorą złotej barwy. Kalafior obgotowujemy w posolonej wodzie 10 minut. Potem odsączamy i kromy drobniutko. Płatki owsiane zalewamy ciepłą wodą tak woda sięgnęła 1 cm ponad płatki i czekamy chwile dopóki jej nie wchłoną. Natkę drobno siekamy. Łączymy wszystkie składniki: duszoną cebulkę, pokrojony kalafiorek, namoczone płatki, posiekaną natkę i roztrzepane jajka. Doprawiamy solą i pieprzem. Formujemy kotleciki i obtaczamy je w bułce tartej. Smażymy na rozgrzanym oleju z każdej strony. Podajemy z surówkami. Jeśli dotrwają świetnie smakują na drugi dzień.

 

 

 

o kaloriach jeszcze wspomnę czyli nie schudniesz bez tłuszczu ;)

IMGP8037

Teoria kaloryczna kupy się nie trzyma. Pisałam już o tym wcześniej. Dziś muszę wspomnieć o jednym z aspektów, który wymyka się bardzo spod jej reżimu. Chodzi o tłuszcz. Według teorii kaloryczności stworzonej zresztą przez inżyniera maszyn parowych a nie dietetyka ani lekarza ? kaloria to po prostu ilość ciepła jaką trzeba użyć do podgrzania pod ciśnieniem 1 atmosfery 1 g wody o 1 C. Nie ma znaczenia według tej teorii z czego energia ta pochodzi. Każdy rodzaj pożywienia ma własna wartość energetyczną ? w przybliżeniu: 1g białka i 1 g węglowodanów zawierają podobnie- 4 kcal, 1g tłuszczu zaś zawiera dużo więcej bo aż około 9 kcal. Z punktu widzenia matematyki i fizyki sprawa wydawała się prosta – aby schudnąć należy zredukować najbardziej kaloryczne pożywienie czyli tłuszcz. Tak powstają dogmaty.

Teoria wydawała się oczywista i na jej podstawie dietetycy zbudowali dziesiątki diet niskotłuszczowych. Przemysł spożywczy wykreował na tę melodię całe ogromne imperium diet i produktów odtłuszczonych oraz produktów light. Jak owe imperium działa widzicie sami. Od kiedy powstała teoria kalorii winiąca wysokokaloryczny tłuszcz jako sprawcę wszelkich nieszczęść osób otyłych tylko nam przybywa? W Polsce według Instytutu Żywności i Żywienia z problemem otyłości zmaga się 50% Polaków. Dlaczego jedząc tak dużo produktów odtłuszczonych ciągle tyjemy?

Czas pokazuje, że teoria kaloryczności nie jest kompletna. Nie chodzi tylko o ilość kalorii dostarczanych do organizmu ale także o to z czego one pochodzą. To z czego one pochodzą gra ważną rolę w całościowym naszym dobrostanie lub jego braku…

W 2003 roku dietetyczka dr Greene przeprowadziła badanie na sporej próbie. Grupę badawczą podzielono na części. Wszyscy badani dostawali tę sama ilość kalorii w pożywieniu ale kalorie te pochodziły z różnych źródeł. Okazało się że po 12 tygodniach osoby będące na diecie niskotłuszczowej schudły przeciętnie o 2 kg mniej niż na przykład te którym podawano dietę z przemyślaną zawartością węglowodanów. Wyniki podważały teorie kalorii i poniekąd prawa fizyki…

Inny naukowiec starając się dojść do tego jakie są przyczyny takich wyników badań odkrył, że ważny jest tu też czas. Prof. Jenkins z Kanady specjalizujący się w leczeniu cukrzycy dietą odkrył, że istotne jest jak szybko pokarm przechodzi przez nasz przewód pokarmowy. Im droga trwa dłużej tym mniej przybieramy na wadze i odwrotnie im szybciej pokarm pokonuje swoją drogę tym przyrost ciała po jego spożyciu większy. Tu też wyjaśnia się dlaczego tak szybko tyjemy od prostych, mocno przetworzonych węglowodanów ? ponieważ natychmiast po ich spożyciu uwalniana jest z nich energia. Organizm nie jest w stanie zużyć tak dużego rzutu glukozy i musi ja zmagazynować. Dlatego też na przykład ciastka, białe pieczywo, potrawy z białej mąki i wszelkie słodycze tak szybko powodują tycie. Z węglowodanami złożonymi jest odwrotnie ? droga tych przez przewód pokarmowy jest dłuższa i dlatego po nich nie tyjemy.

Okazało się, odpowiednio dobrane dawki zdrowego tłuszczu w diecie spowolniają trawienie ? wydłużając czas przejścia pożywienia przez żołądek i przewód pokarmowy. Dlatego też osoby będące na zwykłej, dobrze skomponowanej diecie zawierającej tłuszcz chudną szybciej niż te na dietach beztłuszczowych. Oczywiście trzeba tu pamiętać o odpowiednich ilości tłuszczu i odpowiednich połączeniach. Nie powinniśmy przesadzać w żadną ze stron.

Dziś zapiekanka z ryżu. Nawiązując do powyższego artykułu: jeżeli chcemy aby nie przysporzyła nam ona niechcianych kilogramów powinniśmy użyć nieoczyszczonego, ciemnego ryżu i dodać do niego odpowiednią ilość tłuszczu 🙂

Zapiekanka ta będzie działała stabilizująco na osoby z nadmiarem energii vata. Może ona lekko zaburzać dosha pitta i kapha.

Składniki:

3-4 szklanki ugotowanego ryżu;

2 banany;

2-3 jabłka;

garść orzechów (ja używam nerkowców);

5-6 łyżek ghee;

1-1,5 szklanki mleka sojowego;

2-3 łyżeczki zmielonego cynamonu;

0,5 łyżeczki zmielonego kardamonu;

0,5 łyżeczki zmielonego anyżu;

1-2 śmietany sojowe;

5-6 łyżek miodu;

Ja robię tą zapiekankę używając mleka i śmietany sojowej ale jeśli wolicie można użyć zwykłych ? natomiast trzeba pamiętać, że połączenie ryżu z soją jest lepsze niż ryżu z białkiem zwierzęcym 🙂

Ugotowany ryżi orzechy wrzucamy do garnka i zalewamy mlekiem sojowym. Dodajemy 2 łyżki ghee, część cynamonu, cały kardamon i anyż oraz szczyptę soli i gotujemy mieszając z 10 minut. Jabłka ze skórką kroimy w cząsteczki a banany w plastry. Na patelni rozpuszczamy pozostałą część gheei wrzucamy owoce. Dodajemy resztę cynamonu i mieszamy. Smażymy na sporym ogniu10 minut a potem zostawiamy jeszcze na 5 minut na małym ogniu pod przykryciem. W żaroodpornym pojemniku układamy warstwę ryżu, owoców i ponownie ryżu. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na około 25-30 minut. Podajemy na gorąco polane śmietaną zmiksowaną z miodem. Pyszne danie na zimne jesienne wieczory. Smacznego 🙂