kapha

nadmiar smaku słodkiego i pikantna sałatka z tofu :)

zdrowe odżywianie

 

Ajurweda rozpoznaje sześć rasa czyli smaków : słodki, słony, ostry, kwaśmy, gorzki i cierpki.

Z punktu widzenia ajurwedy smaki oddziaływują na nasz organizm poprzez pary/ przeciwności cech, które je charakteryzują:

  1. rozgrzewający – wychładzający;
  2. ciężki – lekki;
  3. wilgotny – suchy;

 

Smak słodki madhura jest: wychładzający, ciężki, wilgotny;

Działanie właściwości wychładzania polega na zmniejszaniu gorąca w organizmie. W określonej, zrównoważonej ilości to smak podstawowy i niezwykle potrzebny – odżywiający i konieczny na przykład w naszej codzienności do zmniejszania nadaktywności dosha pitta albo dostosowywania organizmu do cieplejszych pór roku.

Niemniej w nadmiarze prowadzi do szeregu zaburzeń.

Smak ten bowiem jest mocno związany z naszym ogniem trawiennym agni i ma na niego znaczny wpływ. Jeśli występuje w nadmiarze zawsze prowadzi do pogorszenia jakości agni ognia trawiennego czyli do upośledzenia trawienia pokarmów oraz wchłaniania składników odżywczych.

Działanie właściwości ciężkości polega na zwiększeniu tkanek naszego ciała. Takie działanie jest korzystne na przykład dla wszystkich dzieci w ograniczonej ilości albo rekonwalescentów oraz osób niedoborowych  z nadmiarem dosha vata.

Najbardziej ciężkim smakiem jest smak słodki oczywiście, potem kwaśny i słony.

Łatwo więc zrozumieć, że pokarmy o tych smakach spożywane w nadmiarze szybciej niż inne spowodują zwiększenie/przyrost masy ciała.

Działanie właściwości wilgoci polega na nawilżaniu tkanek ciała. Jest ono konieczne do dostosowania nas do pór roku oraz do równoważenia nadmiaru dosha vata. W nadmiarze jednak powoduje opuchnięcia i zatrzymania wody oraz zaziębienia.

Ajurweda nie zaleca nadużywania smaku słodkiego. Jest tu także traktowany smak ten jako smak uzależnień wszelakich. Czyli wszelkie używki i nawykowe zachowania z nimi związane to także potrzeba tego smaku. I tak chęć na kolejny kieliszek wina, kolejną kawę, papierosa czy tabletkę nasenną – to chęć zaspokojenia nadmiernie rozbudzonej potrzeby smaku słodkiego właśnie.

Występuje tu także szereg mocnych powiązań i zależności pomiędzy spożyciem smaku słodkiego, a potrzebom spożycia białka, bowiem szlaki metaboliczne obu są od siebie zależne.

Zacznę od tego, że smak słodki możemy podzielić na pełny i pusty.Pełny to smak niektórych węglowodanów na przykład jak kasz, zbóż, nasion, roślin skrobiowych. Pusty to smak na przykład  słodyczy.

Według ajurwedy każdy nadmiar jest tu zły – czyli zarówno smak pełny jak i pusty w nadmiarze zwiększy właściwości, o których pisałam wyżej.

Pierwsza zależność jest jasna i łatwo widoczna – wystarczy spojrzeć na styl życia bogatych społeczeństw zachodu. Pusty smak słodki jedzony w nadmiarze (szybciej niż pełny) spowoduje wzrost zapotrzebowania na białko (którego zresztą wiele rodzajów przez ajurwedę jest postrzegane także jako odmiany smaku słodkiego). I odwrotnie – nadmiar białka odzwierzęcego spowoduje, że będziemy mieli ochotę na słodycze.

Im smak słodki bardziej pusty tym większe zapotrzebowanie na bardziej skoncentrowane białko czyli na białko odzwierzęce w szczególności.

Czyli mamy typowy sposób odżywiania się rodem z baru fast food – hamburger i słodki shake na przykład.

Żeby nie było…  Domowy schabowy z ziemniaczkami zapity kompotem i okraszony deserem w postaci pysznego maminego serniczka wpisuję się w powyższy zależnościowy schemat także prawie idealnie.

Takie powiązania rujnują zdrowie lawinowo – nakręcająca się nawzajem zależność spożycia cukru i mięsa lub sera leży u podstaw większości wyniszczających nas powolutku chorób cywilizacyjnych (zespół metabolizmu x).

Co ciekawe druga zależność była zaobserwowana początkowo u biedniejszych społeczeństw Ameryki Południowej. Tu ludzie żywili się prawie wyłącznie węglowodanami  – najczęściej o smaku słodkim pełnym właśnie przy bardzo ograniczonym spożyciu białka każdego.  Taki sposób odżywiania powodował lawinowe zwiększenie zapotrzebowania na pokarmy o dużej zawartości cukrów.

Tą zależność można zaobserwować także i u nas. Co ciekawe ulegają jej najczęściej osoby będące weganami lub wegetarianami.

Wydawało by się zdrowo… Nic podobnego.

To, że ktoś jest na diecie wege wcale ale to wcale nie oznacza, że żyje zdrowo. Oznacza tylko, że nie je mięsa i tyle. Znam całe stada osób będących wege i odżywiających się masakrycznie.

Niezrównoważona dieta wegańska lub wegetariańska zawierająca zbyt mało białka (roślinnego także) powoduje podświadome nakręcenie zapotrzebowania na jeszcze więcej smaku słodkiego (najczęściej pustego). Szukamy go bardzo – ile się da. Jesteśmy inteligentni więc pięknie potrafimy  to sobie odtłumaczyć. Bo my jemy przecież zdrowe brownie z buraka, ekologiczne ciasteczka z dyni z melasą, wegańskie tarty czekoladowe, słodkie ciasta pomidorowe czy lody z batata tylko.

To nie ważne jak wymyślne i zakamuflowane zrobimy swoje słodycze – nadal będą tylko słodyczami i w procesach metabolizmu spełniać będą dokładnie tą samą funkcje co najtańsze landrynki z supermarketu…

Tiiiia…

No nie da się tu być szczerym i miłym równocześnie.

 

Dziś sałatka z tofu. Zrównoważona smakowo 😉

 

Składniki:

2 garście lisków sałat, rukoli ibotwinki;

1/2 ogórka pokrojonego w słupki;

1 marchewka pokrojona obieraczką do warzyw we wstęgi;

3-4 rzodkiewki pokrojone w słupki;

1/2 pokrojonej czerwonej cebulki;

1 czerwona papryka pokrojona na paseczki;

1 tofu wędzonego pokrojonego na kawałeczki;

2 ząbki czosnku;

1 pokrojona papryczka chilli;

1/2 łyżeczki zmielonego kuminu;

1/2 cytryny;

1 łyżkę sosu sojowego;

2 łyżki oleju kokosowego;

3 łyżki orzechów ziemnych prażonych;

1 łyżka curry;

1/2 łyżeczki syropu z agawy

 

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Na blaszce wyłożonej papierem układamy kawałeczki papryki czerwonej, paprykę ostrą i czosnek. Polewamy to łyżką oleju kokosowego i lekko solimy. Pieczemy około 20 minut. W tym czasie pozostałe warzywa  i orzeszki ziemne mieszamy w misce. Tofu kładziemy na patelnię na rozgrzaną pozostałą łyżkę oleju kokosowego, wlewamy sos sojowy, dodajemy curry i dusimy do przyrumienienia obracając. Wrzucamy do miski z sałatką.  Przygotowujemy dressing: upieczone warzywa, kumin, syrop z agawy, szczyptę soli i sok z cytryny blendujemy na gładką masę. Sałatkę polewamy dressingiem.

 

 

 

widzieć rzeczy jakimi są i moja indyjska pomidorowa :)

ajurweda, zdrowe odżywianie

 

Dlaczego wybieramy dania, pokarm jakie wybieramy? Na ile nasze wybory rzeczywiście są nasze? Gdzie podziewa się nasza świadomość kiedy sięgamy po kolejne świństwo? Dlaczego nie przeszkadza nam w tym wiedza, którą posiadamy?

Obserwując ludzi i słuchając ich historii właśnie takie pytania przychodzą mi do głowy.

Tu, dla wyjaśnienia przyda się nie tylko wiedza zakresu ajurwedy czy psychologii ale także na niektóre z tych pytań odpowiedziała mi filozofia jogi.

Otóż z punktu widzenia ajurwedy jak wiadomo dieta jest jednym z kluczowych elementów zapewniających zrównoważenie naszych typów konstytucyjnych dosha. Aby więc zdrowo żyć konieczna jest z tego punktu widzenia określona, świadoma dieta (rozumiana jako długoterminowy sposób na życie, a nie jako dwutygodniowy event).

Niestety jest tu też masa pułapek. Ponieważ ajurweda twierdzi, bardzo zasadnie zresztą, że – podobne przyciąga podobne. Niestety – to co nam podobne – zazwyczaj nas zaburza, a to co jest dla nas przeciwne – zazwyczaj nas łagodzi.

Podam przykład dla lepszego zrozumienia.

Tak więc osoby typu vata na przykład uwielbiają chipsy, słone paluszki, zimne napoje gazowane i wszelkie chrupiące, suche przekąski, które je masakrycznie zaburzają.

Osoby typu pitta uwielbiają ostre wykwintne dania, fast food, kawę lub alkohol, które to je zaburzają.

Osoby typu kapha kochają słodycze wszelakie, ciężkie i tłuste potrawy, nabiał w każdej postaci – zaburzające je bardzo.

Oczywiście działa to też w drugą stronę. To znaczy u wszystkich dosha jedzenie, potrawy o cechach przeciwnych do dosha wpływają na nie łagodząco.

Więc vata powinna jeść ciepłe, mokre zupy kremy, pitta łagodne i chłodne posiłki kuchni roślinnej najlepiej, a kapha powinna być królową sałatek.

Nasze urodzeniowe prakriti jest jednoznaczne i niezmienne. Jest z nami od zawsze.

Problem zaczyna się wtedy kiedy przestajemy być świadomi i uważni. Kiedy włączamy autopilota. Kiedy w grę wchodzi rutyna dnia codziennego. Kiedy płynąc z nurtem kompulsywnych myśli jesteśmy tak zaprzątnięci „naszą rzeczywistością”, że nie mamy choćby chwili czasu na zwrócenie uwagi na samego siebie ? obiektywnie. Podobnie też dzieje się kiedy jesteśmy zmęczeni, przepracowani, znudzeni, zmartwieni lub zestresowani.

Wtedy zaczynamy iść na skróty.

W takich stanach wracamy zupełnie podświadomie do działań, które są nam dobrze znane i które uznajemy za bezpieczne. Niestety za bezpieczne uznajemy zazwyczaj nasze nawyki czyli to co nas zaburza – ewentualnie ukraszone o zwyczaje wpojone nam we wczesnym dzieciństwie.

Kiedy wiec wrzucamy na luz czyli (chwilowo tylko oczywiście :)) przestajemy korzystać z naszej wiedzy żywieniowej (lub każdej innej) czy to z powodu zmęczenia czy dlatego, że mamy „ważniejsze sprawy na głowie” wracamy do wrodzonych przyzwyczajeń i zgubnych skłonności, do których skłania nas nasza dosha – prawdziwa natura. Natychmiast, szybciutko i prawie bezwiednie.

Do tego nasz zbyt zajęty mózg aby nas ratować – z klucza sobie od tłumacza sytuację.

Wtedy właśnie tabliczka czekolady jest… zdrowa, gorzka przecież, paczka chipsów XXL tylko tych solonych, ziemniaczanych bez glutaminianu, big mac nie jest big (oszuści!) i ma w środku sałatkę… , trzecie zdrowe piwo z niszowego browaru jest przecież małe, a kawałek tortu cioci Krysi – należy nam się… i już.

 

Filozofia jogi mówi tak: nasze chcenia, pożądania, przywiązania i codzienna bezmyślna rutyna są jednymi z tych rzeczy, które najmocniej zaciemniają, przysłaniają nam obraz rzeczywistości. Poddając się im – nie widzimy, nie rozróżniamy, nie wiemy.

Ulegając im – jesteśmy nieświadomi.

Ulegając im – nie widzimy rzeczy takimi jakie są.

I to jest prawda.

A dziś prosta i pyszna aromatyczna i rozgrzewająca pomidorowa – rodem z Indii. Łagodzi vata i kapha, zaburza pitta – głównie ze względu na kwaśny smak i efekt rozgrzania. Pomidory nie są wskazana dla żadnej dosha w zbyt dużej ilości – ale podane w powyższej formie są ok.

Składniki:

1 litr passaty ekologicznej lub 3-4 duże pomidory;

2-3 kopiaste łyżki wiórków kokosowych lub miąższu z kokosa;

1/2 szklanki gęstego mleka kokosowego lub śmietanki kokosowej;

3 cm kłącza imbiru;

1 pęczek kolendry;

1 papryczka chilli;

1 ząbek czosnku;

2 łyżki ghee lub oleju kokosowego;

1 łyżeczka kuminu;

1 łyżeczka czarnej gorczycy;

1 łyżeczka curry;

1/2 łyżeczki cynamonu;

1 łyżeczka cukru trzcinowego lub jaggary;

Jeśli używamy pomidorów, a nie passaty trzeba je zalać 3 szklankami wody i gotować 15-20 minut po czym zdjąć skórkę, a resztę zmiksować na papkę. Jeśli używamy ekologicznej pasaty papka jest gotowa.

Blendujemy na gładką masę wiórki kokosa, mleko kokosowe, kolendrę, imbir, czosnek i chilli (z pestkami lub bez). Oczywiście ilość chilli dobierz do siebie – pamiętaj jednak, że ta zupa powinna być ostra.

W garnku do zupy rozgrzewamy ghee. Dodajemy kumin i gorczycę – prażymy mieszając aż nasionka zaczną strzelać. Dodajemy curry i cynamon. Chwilkę prażymy mieszając i dolewamy passatę (lub zmielone pomidory) oraz zblendowane mleko kokosowe z kolendrą i przyprawami. Dodajemy sól i cukier. Doprowadzamy do wrzenia. I… gotowe 🙂 Podajemy z kleksem gęstej śmietany kokosowej. Smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

 

czym jest wiedza i aromatyczna kawa na zimne wieczory :)

Dziś ciut inaczej będzie. Mniej o jedzeniu i jego konkretnym działaniu więcej o… No właśnie. O wiedzy będzie.

Tak się zrodziło jakoś w odpowiedzi. Obserwuje od lat ludzi, rozmawiam, konsultuje systematycznie i poznaje mnóstwo jedzeniowych przypadków.

Z perspektywy widać wyraźniej. Jest przestrzeń na wnioski.

Żyjemy w czasach niesamowicie łatwego dostępu do informacji wszelakiej. Wystarczy abyśmy zechcieli tylko coś wiedzieć – nie ma prawie żadnych przeszkód – papa google poinformuje nas o wszystkim szybciutko i w wielości stron wszelakich. Są książki. Są ogólnie dostępne opracowania badań.

Oczywistym aspektem powyższego (mimo różnej jakości informacji) jest to, że jako społeczeństwo jesteśmy coraz lepiej poinformowani. Wiemy rzeczy, które chcemy wiedzieć i przy okazji niestety dowiadujemy się całej masy informacji, których nie potrzebujemy… Ale nie o tym dzisiaj. Dzisiaj o naszej wiedzy 🙂

Tak więc jeśli tylko chcemy i włożymy minimum zaangażowania w postaci otwarcia strony www, znalezienia wiarygodnego źródła – możemy zyskać stado informacji. Co też czasem robimy.

Wiemy dokładnie jakie składniki odżywcze są nam potrzebne i wiemy czego stanowczo nie potrzebujemy, co stanowi nadmiar. Wiemy co jest gęste odżywczo, a co bezwartościowe – aczkolwiek zazwyczaj bardzo smaczne. Mamy wiedzę gdzie najwięcej jest witamin, mikro i makroelementów. Wiemy co nas zakwasza, co powoduje toksemie i co nas najlepiej oczyszcza. Zdajemy sobie sprawę ze złych i dobrych połączeń pokarmowych i ich wpływu na nas. Znamy powody swojej nadwagi, otyłości czy złego samopoczucia. Rozumiemy zależności pomiędzy przyczyną i skutkiem – logiczność prawa karmy jest dla nas jasna i zrozumiała.

Mimo to żyjemy i jemy zbyt często po prostu… niezdrowo.

Schizofrenicznie myślimy, że prawa rządzące światem akurat nas nie dotyczy… Że cichutko boczkiem się im wymkniemy? Że akurat w naszym szczególnym i jedynym wypadku popełnianie błędów „ujdzie płazem”? Że robiąc dokładnie tak jak wszyscy – osiągniemy zupełnie inny rezultat?

Wiedza nie przeszkadza nam tu nic a nic.

Fenomenalne.

 

Kiedy chodzimy do szkoły – najpierw powoli i systematycznie zyskujemy wiedzę, która z czasem poddana jest egzaminom i ocenom.

W życiu jest inaczej – najpierw sprawdzian, a potem lekcja.

 

Życie rozliczy nas bezwzględnie. Każdego.

Sprawdzian z martwej, niewykorzystanej wiedzy nie wypadnie najlepiej. Obyśmy mieli możliwość wszyscy dotrwać do lekcji.

Wiedza stanowi dla mnie wartość jeśli jest drogą do mądrych wyborów, a świadomości upatruję tam gdzie następuje zmiana. Czego i Wam w Nowym roku życzę 🙂

A propo wyborów następny wpis o naszych wyborach żywieniowych – zarówno z punktu widzenia ajurwedy jak i… psychologii. Razem ze stadem rad – jak je zmienić 🙂

 

Dziś kawa rozgrzewająca i aromatyczna na zimę. Wspaniała w zestawie z kocykiem i dobrą książką 🙂 Kawa zawsze mniej lub bardziej zaburzy dosha vata i pitta. Będzie dobra dla kapha. Niemniej kardamon i gałka muszkatołowa są ajurwedyjskimi odtrutkami na kofeinę. Kardamon w przepisie jest obecny – dla vata i pitta polecam dodać jeszcze trzy szczypty gałki muszkatołowej. Wszystko jest dla ludzi – kawa też. Trzeba tylko pamiętać, że lekarstwo od trucizny rozróżnia dawka 🙂

Składniki:

1 1/2 szklanki wody;

3 kopiaste łyżeczki kawy;

1/3 łyżeczki cynamonu;

1/4 łyżeczki startego imbiru;

3 szczypty zmielonego kardamonu;

1/4 łyżeczki zmielonych goździków;

1 łyżka miodu;

1 łyżka mleka sojowego w proszku;

1 szczypta soli;

Wodę zagotowujemy w garnuszku. Dodajemy cynamon, imbir, kardamon, goździki i szczyptę soli dla zrównoważenia smaku. Gotujemy 5 minut. Dodajemy kawę i gotujemy kolejne 5 minut na bardzo małym ogniu. Odstawiamy na 3 minuty pod przykrywka. Przecedzamy kawę przez filtr lub siteczko. Dodajemy mleko w proszku i miód.

 

 

 

 

ajurwedyjska wiosna i zupa tom kha z warzyw i grzybów :)

Wiosna. Zakwitła i pozieleniała że hej! Poranki i noce jeszcze zimne, ale dnie ciepłe się zdarzają i słoneczne czasem. Cudnie.

No właśnie… ale nie dla wszystkich. W czasie takich – bądź co bądź – drastycznych zmian pogodowych, zmian pór roku z zimnej na ciepłą bardzo często czujemy się zmęczeni i zniechęceni. Mamy wrażenie, że nie nadążamy – mimo chęci najlepszych.

Teraz następuje czas kiedy nasz organizm pokazuje nam, z pewnym opóźnieniem, dokładnie to w jaki sposób w zimniejszych porach go traktowaliśmy. Teraz wychodzą wszystkie nasze grzeszki dietetyczne i skutki nawykowych zachowań. Teraz też najdotkliwiej czujemy niedobory i toksemię, które sobie fundowaliśmy w ostatnim roku. Tak karma. Dosłownie 🙂

Zaczyna się bardziej dynamiczna i intensywna pora roku, kończy statyczna i spokojna. Zmiany te wymagają zmiany diety, zmiany smaków i nawyków.

Pisałam już o tym tutaj:

wiosenna dieta czyli moje ślimaczki 🙂

I tutaj:

wiosenne menu czyli… lubimy sałatki!

Z punktu widzenia ajurwedy cechy wiosny to wilgoć, ciepło, łagodność i oleistość. Nadmiar dosha kapha rozpuszcza się i musi znaleźć ujście. Jeśli zaburzaliśmy tą dosha wcześniej – poczujemy to właśnie teraz. Wszystkie więc osoby z nadmiarem dosha kapha będą się teraz zaziębiać i pociągać nosem. Nadmiar tej dosha może też o tej porze roku powodować alergie i katary sienne. Nadmiar dosha kapha bowiem leży u podstaw alergii – także tych sezonowych.

Osoby typu pitta i vata znosić będą wiosnę znacznie lepiej jeśli nie są także zaburzone kapha.

Niezależnie od przejawiającej się w nas konstytucji wiosna to bardzo dobry czas na oczyszczanie lub posty. Powodują bowiem one oczyszczenie organizmu z nadmiaru kapha poprzez co zawsze zapobiegać alergią, zaziębieniom wszelakim oraz nadwadze. Tygodniowa dieta oczyszczająca w tym okresie spowoduje, że łatwiej nam będzie się przestawić. Polecam teraz wszelkie diety warzywne – z dużą podażą mikroelementów, witamin i antyoksydantów. Im bardziej gęsta odżywczo – tym lepiej.

To także świetny czas na picie świeżych soków warzywnych przed posiłkami. Soki warzywne pozbawione błonnika są łatwo wchłaniane i mogą w relatywnie krótkim okresie pokryć sporo niedoborów, które zafundowaliśmy sobie zimą. Koktajle warzywne dobre są również, niemniej obecność błonnika spowoduje pewne upośledzenie wchłaniania. Nie znaczy to, że błonnik jest zbędny – wręcz przeciwnie. Jednak w okresie kiedy chcemy szybko nadrobić niedobory, powinniśmy sięgać po sok, a błonnik spożywać w pewnym odstępie – najlepiej w warzywach liściastych z całym bogactwem chlorofilu.

Soki owocowe też są dobre choć stanowczo w mniejszych ilościach – ze względu choćby na ich wychładzające działanie. Z owoców najlepszy o tej porze roku jest sok jabłkowy.

Jeśli mamy łagodzić dosha powodującą alergie, zaziębienia i katary, w tym okresie trzeba by było szczególną uwagę zwrócić na smaki oraz potrawy pobudzające kapha. Niewskazane jest używać teraz smaków cierpkich, słodkich (pustych) i słonych. Niewskazane jest jeść na wiosnę potraw ciężkich i tłustych oraz smażonych. Niewskazane jest jeść i pić zimne (z lodówki) potrawy oraz napoje. Niewskazane jest jedzenie produktów mlecznych (wszelkich rodzajów) – szczególnie na śniadania.

Do picia polecam ciepłą (nie wrzącą) wodę z łyżką dobrej jakości, nieprzegotowanego miodu.

Jeśli mamy jednak za sobą oczyszczanie lub krótki post, a nasze samopoczucie nadal kuleje można sięgnąć po rasajana. W tym wypadku polecam najprostszą i wszystkim znaną – vatatapika. Ajurweda jako jedną z najbardziej podstawowych rasajana uznaje działanie powietrza i słońca właśnie. Kojarzycie sanatoryjne leżaczki, kocyki i słoneczko? To właśnie to 🙂

Nie trzeba od razu jechać do Ciechocinka – wystarczy wyjść na dwór kiedy świeci słońce, położyć się na leżaczku, okryć ciepłym kocykiem po szyję – jeśli dzionek jeszcze niezbyt letni jest i wystawić twarz do słońca. Do tego książka na przykład. Nie powinniśmy jednak spać na leżaczku owym ponieważ spanie w dzień aktywuje dosha kapha, a tego staramy się unikać. Spokój, słońce i powietrze zrobią swoje – zatrzymają, uspokoją, a jednocześnie w rezultacie – dostarczą energii.

Dziś zupa – świetna dla łagodzenia kapha. Zupa ta – tom kha – występuje w setkach odmian w Azji. Najbardziej lubię jej połączenie z grzybami lub pomidorami. Dziś te pierwsze 🙂

Składniki:

10 liści kafiru;

2 łodygi trawy cytrynowej lub 2 łyżki pasty z trawy cytrynowej;

2 cm kłącza imbiru (lub galangi);

1 limonka;

1 cebula;

1/2 pęczka kolendry (opcjonalnie);

1 ząbek czosnku;

1 papryczka chilli (ilość wg uznania);

2-3 grzyby shitake (suszone);

4-5 boczniaków (świeże);

1 łyżeczka przecieru pomidorowego;

garść liści szpinaku (lub kapusty chińskiej lub pak choi);

1/2 marchewki;

1/2 pietruszki;

1/2 szklanki gęstego mleka kokosowego;

2 łyżki shiro miso (lub sosu sojowego);

2 łyżki oleju sezamowego;

1 łyżeczka cukru trzcinowego;

Boczniaki kroimy w paski, cebulę w piórka. Marchew i pietruszkę kroimy w słupki. W plasterki kroimy papryczkę chilli, kolendrę, czosnek i imbir. Jeśli mamy łodygi trawy cytrynowej trzeba je zmiękczyć kilkoma uderzeniami i rozkroić wzdłuż aby puściły smak. Liście szpinaku kroimy w duże kawałki. W garnku rozgrzewamy olej sezamowy. Dorzucamy liście kafiru, cebulkę, grzyby, marchew, pietruszkę, imbir, chilli, czosnek, trawę cytrynową i smażymy mieszając 5 minut. Wszystko zalewamy 1 litrem wody i gotujemy 10 minut. Dodajemy liście szpinaku, mleko kokosowe, przecier pomidorowy i cukier trzcinowy. Gotujemy jeszcze 5-8 minut. Po zdjęciu z ognia dodajemy sok z limonki i miso. Jeśli użyliśmy trawy cytrynowej i liści kafiru wyławiamy je przed podaniem zupy. Posypujemy kolendrą.

Bardzo aromatyczna, a prosta zupa. Życzę smacznego 🙂

 

lekarstwo dla umysłu i duszy oraz złote mleko :)

FullSizeRender

Ajurweda od kilku tysięcy lat wiedziała to co dopiero dziś potwierdzają najnowsze badania – wszystko ma wpływ na wszystko. Ten starożytny system leczniczy definiuje wpływ różnego rodzaju pożywienia oraz środowiska na nasze zdrowie fizyczne oraz psychiczne.

W ajurwedzie definicją zdrowia jest naturalna równowaga.

Równowagę na poziomie fizycznym można osiągnąć korzystając z podstaw ajurwedy czyli z teorii stworzenia srstyutpatti, która opisuje tu jak powstał świat. Według ajurwedy wszystko co istnieje przejawia się w organicznych i nieorganicznych formach materii prakrti.

Istnieje tu pięć elementów: ziemia prthivi, woda jala, apas, ogień tedżas, agni, powietrze vayu i przestrzeń akaśa. Poprzez te elementy można poznać swoistą budowę, strukturę każdego stworzenia i rzeczy – ponieważ łącząc się one tworzą wszystko co nas otacza i nas samych.

W przypadku ludzi łączą się one w różnych proporcjach tworząc tridosha – typy konstytucyjne vata, pitta, kapha.

Upraszczając – ich równowaga zapewnia nasze zdrowie, a zaburzenia – chorobę.

Pisałam o tym nie raz. Poniżej link do najbardziej ogólnego opisu:

Taka karma – czyli dieta jogina.

Prakriti czyli materia, z której także my jesteśmy stworzeni ma trzy właściwości triguna, jakości guny:

  1. Dobroć, wiedza, czystość – równowaga sattva;
  2. Pasja, działanie, dzianie się – agresja radżas;
  3. Ignorancja, bezwład, stagnacja – degeneracja tamas;

Mogą one przejawiać się jako pozytywne lub negatywne w różnych kontekstach. W przypadku ludzi definiują one charakter, stan umysłu, tendencję, skłonności i predyspozycje psychologiczne oraz (szeroko pojętą) duchowość.

Nie kształtują się one przed naszym urodzeniem jak typy konstytucyjne dosha, lecz w czasie naszego życia. Wpływa na nie i może je zmienić nasze środowisko, otoczenie w którym żyjemy, ludzie, z którymi się stykamy, nasz wiek, faza życia, praca, styl życia oraz dieta.

Z tego punktu widzenia jak najbardziej możliwa jest więc modyfikacja. Czyli po prostu mamy wpływ nie tylko na stan naszego umysłu, nasz charakter oraz sposób reakcji na otoczenie, ale także na nasz rozwój i duchowość.

Nasze guny czyli uwarunkowania psychiczne i umysłowe mają także wpływ na materię, z której jesteśmy stworzeni czyli na doshavata, pitta, kapha – powodując zdrowie lub chorobę, która ujawnia się nie tylko poprzez umysł ale i fizycznie -poprzez nasze ciało.

Medycyna współczesna zaczyna dopiero o tym wspominać nieśmiało od jakiś niecałych 100 lat, ale psychosomatyka w ajurwedzie to nic nowego.

Z drugiej strony patrząc- według ajurwedy bycie zdrowym rozumiane jest nie tylko jako bycie wolnym od bólu czy wolnym od choroby. To nie takie proste.

Wielu z nas mimo, że nie doświadcza klasycznych, fizycznych objawów chorobowych, nie czuje się przecież dobrze.

Bywamy często zmęczeni, przygnębieni, rozbici, zniechęceni lub odwrotnie -rozedrgani, chaotyczni, nerwowi i niespokojni. Doświadczamy stresu i bezsenności. Pomimo pozorów normalności i stabilizacji – chwiejemy się. Tracimy poczucie sensu. Jesteśmy niezadowoleni. Jesteśmy nieszczęśliwi.

Według medycyny akademickiej jesteśmy jednak najczęściej zupełnie zdrowi.

Według ajurwedy osoby doświadczające powyższych stanów – definitywnie nie są zdrowe. Ponieważ ajurweda utożsamia zdrowie także ze spokojem, bezpieczeństwem, świadomością i zadowoleniem…

W naszych czasach nie tylko odeszliśmy kompletnie od natury, ale i całkowicie przewartościowaliśmy nasze postrzeganie świata. Zarówno jedno jak i drugie miało wpływ na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne.

Nasz świat jest teraz bardzo materialny i racjonalny. Tak też żyjemy. Z uporem maniaka dbamy o nasze dobra materialne: dom, samochód, karierę, zarobki. Dbamy o rzeczy. W ich gromadzeniu doszukujemy się wszelkiej przyjemności i bezpieczeństwa. Społeczeństwo konsumpcyjne pięknie nam to umożliwia. Bardzo powierzchownie zajmujemy się sobą i naszymi bliskimi – dbając jedynie o dobry wygląd, idealne ciała, sprawność fizyczną, ubrania, biżuterię, wykształcenie i dobre szkoły. Uważamy, że jeśli zatroszczymy się o sprawy namacalne i materialne – reszta sama się rozwiąże. To nieprawda.

Brak nam równowagi.

Skupiając się na powierzchownych, sztucznie wykreowanych potrzebach – pomijamy te prawdziwe i ważne…

Dążąc do naszych namacalnych priorytetów rzadko zwracamy uwagę na spokój umysł, a prawie nigdy na coś tak ezoterycznego jak… dusza. Ba! Samo nadmienienie o nich w towarzystwie inicjuje zmieszane spojrzenia, powodując nasz dyskomfort i poczucie niedostosowania.

Jednak bez nich nie może być mowy o zdrowiu.

Nic nie dzieje się bez przyczyny.

To czym karmimy nasze ciała i zmysły jest tu kluczowe.

Istnieje ścisła zależność między naszym sposobem życia, żywienia, a tym kim jesteśmy. Kim się stajemy. Kim siebie sami tworzymy.

Nasze sposób myślenia, nasze zachowania, pragnienia, to jak traktujemy innych oraz siebie, a także jaki pokarm wybieramy warunkuje to co w życiu otrzymujemy – w sferze zdrowia i świadomości także.

Oczywiście nie śmiem zaprzeczyć istnieniu człowieka rzeczywiście szczęśliwego, idealnie zdrowego, w pełni świadomego, zrównoważonego i uduchowionego karmiącego się hamburgerami znad kubełka XXL skrzydełek kurczaka w chrupiącej panierce, popijającego to piwem lub colą i oglądającego reklamy – w oczekiwaniu na program „Mam talent”.

Jednak to zdarza się rzadko… Niezmiernie.

Zazwyczaj pracujemy latami na nasz dobrostan lub jego brak. Jak mróweczki. Otrzymując to na co dokładnie sobie zasłużyliśmy.

Ajurweda widzi człowieka jako zintegrowana triadę ciała, umysłu i duszy. Wszelkie jej działania nakierowane są na opiekę nad każdą z tych sfer, aby zapewnić naturalną równowagę.

Leczenie ajurwedyjskie daje nam więc szereg praktycznych i prostych wskazówek oraz przepisów jak wpłynąć na guny aby uzyskać harmonię ciała, umysłu i serca, a poprzez to wyleczyć się z wielu trapiących nas dolegliwości i chorób.

To bardzo szeroki i ważny temat, więc podzielę go na kilka wpisów.

Dziś leczniczy napój. Mój ulubiony. Pije go prawie codziennie – na noc. To „złote mleko”. Czyli mleko z kurkumą. Pokarm satwiczny że hej 🙂

 

Składniki:

1 kopiasta łyżeczka kurkumy;

1/4 łyżeczki ghee lub oleju kokosowego;

1 szklanka mleka;

2 łyżki wody;

1 łyżeczka syropu klonowego (opcjonalnie);

Z punktu widzenia ajurwedy mleko, aby było satwiczne nie może pochodzić od krowy z hodowli masowej, ponieważ wszystko co powoduje himse (krzywdzenie) burzy satve (dobro, prawdę). Zło nie buduje dobra. Nigdy.

Krowa, która została sztucznie zapłodniona, która jest karmiona sztuczną paszą, która nie doświadcza słońca oraz której dziecko zostało zabite i zjedzone abyśmy mogli pić mleko przeznaczone dla niego ? nie spełnia prawa ahimsy (niekrzywdzenia). Zupełnie.

Niektórych rzeczy nie chcemy wiedzieć. Rozumiem i popełniam. Niestety „niewiedza” jak i „nierobienie” – to też decyzje, więc nie zwalniają one z odpowiedzialności…

Może to być natomiast mleko ekologiczne od zaprzyjaźnionego rolnika, który dobrze traktuje zwierzęta lub po prostu mleko roślinne.

Spełnia wszelkie wymogi mleko migdałowe oraz sojowe.

W garczku roztapiamy odrobine ghee lub oleju z kokosa. Dorzucamy kurkumę i dolewamy wodę. Mieszamy energicznie dopóki papka nie zgęstnieje – zazwyczaj 2-3 minuty. Dodajemy mleko i syrop klonowy. Dokładnie mieszamy. Pijemy małymi łyczkami uśmiechając się 🙂