kapha

bogata bida czyli sałatka ziemniaczana :)

IMGP8974

 

 

Bardzo często słyszy się, że będąc wegetarianinem czy weganinem nie dostarczamy organizmowi witaminy B12. To nie do końca jest prawda.

Uważam, że wiele naszych chorób lub poprzedzających je stanów jest skutkiem permanentnych niedoborów. Dotyczy to również niedoborów witamin z grupy B.

Pisząc o niedoborach nie mam tu na myśli stanu ludzi wygłodniałych, wychudzonych i żyjących na skraju ubóstwa. Tacy mają zupełnie inne choroby. Chodzi mi o niedobory będące skutkiem szelkich nadmiarów. Chodzi mi o osoby średnio i dobrze sytuowane. Ba! Często bogate, odżywiające się jedzeniem oferowanym przez supermarkety z towarami z całego globu i restauracje. Jedzeniem często drogim i zawsze wymyślnym. Długo przechowywanym, tygodniami przeworzonym i przetworzonym na sto kosmicznych sposobów. Jedzeniem nienaturalnym.

Nasz organizm nie jest w stanie czerpać z takiego jedzenie minerałów, mikro i makroelementów oraz witamin czy pierwiastków śladowych. Z takiego jedzenia czerpiemy tylko kalorie- niechybnie przekształcające się w tłuszczyk.  Żeby zaspokoić głód będący skutkiem zapotrzebowania organizmu na składniki odżywcze – jemy, jemy,jemy i rzadko mamy dość.

Niedoborów nie ubywa, a tłuszczyku z roku na rok przybywa.

Na swoje niedobory, na swoje choroby pracujemy latami. Nasz mądry organizm dążąc do równowagi jakoś to wszystko łapie i do kupy scala. Ale tylko do czasu. Po 35-45 roku życia zaczynają się drobne dolegliwości, niedogodności i wieczne zmęczenie. Organizm zaczyna zwalniać i ciężko już mu łatać dziury cierpliwie przez nas pogłębiane z każdym dniem.

Wtedy zaczynamy chorować.

Aby być zdrowym wystarczy zapewnić organizmowi to co konieczne w odpowiedniej ilości. Bez nadmiernego objadania się. Bez objadania się „na bogato”. Tu raczej umiar jest zaletą.

Niedobory często mają swoje źródła nie tylko w zbyt sytym i mocno przetworzonym jedzeniu ale także w źle rozumianym rozwoju rolnictwa czy warunków produkcji poszczególnych artykułów spożywczych.

Podobnie jest z niedoborem witaminy B12.

Nasze babki hodowały warzywa w glebie bogatej w naturalne składniki odżywcze, w glebie ekologicznej. Bogatej między innymi w witaminę B12. Większość dzisiejszych pól ma martwą glebę. Zabitą przez nieodpowiedni płodozmian, osłabioną przez sztuczne nawozy, pestycydy i herbicydy. Taka ziemia nie zapewni roślinom optymalnych warunków do zrównoważonego i pełnego wzrostu oraz nie pozwoli na wykształcenie się w nich wszystkich koniecznych składników odżywczych.

Nasze babki kisiły ogórki, jabłka czy kapustę domowym sposobem, nie tak idealnie sterylnym jak nowe procesy produkcyjne w zwyczaju mają. Przewrotnie, dzięki temu kiszonki te były bogate w kultury bakterii i innych drobnoustrojów, które namnażają się w fermentowanym pożywieniu. Zawierały dużo witaminy B12.

Nie koniecznie więc bogato to super dobrze.

Nie do końca jednak jest prawdą że będąc wegetarianami czy weganami jesteśmy bezradni i musimy suplementować się witaminą B12.

Możemy przecież kupować produkty ekologiczne. Sami kisić ogórki i kapustę na zimę. Możemy dodatkowo jeść algi: spirulinę i chlorellę bogate w wiele witamin. Zamiast zaś mąki czy śmietany do zagęszczania zup, sosów czy pasztetów możemy używać płatków drożdżowych także bogatych w witaminę B12. Do zup, past i sosów możemy dodawać pastę miso, która jest bogata w tę witaminę. Możemy jeść świeże kiełki warzyw.

Do tego możemy przecież spożywać niezwykle niewiele bogatej, rafinowanej i przetworzonej żywności. Taki umiar w odżywianiu pozwala organizmowi lepiej przyswajać wszelkie związki odżywcze.

Odżywiając się w ten sposób nie potrzebna jest suplementacja.

Dziś prosta sałatka ziemniaczana z kiszonym ogórkiem – własnej roboty 🙂

Sałatka ta będzie dobra dla dosha vata. Będzie jednak zaburzać energię kapha i pitta.

Składniki:

5 sporych ziemniaków;

1 słoik półlitrowy kiszonych ogórków;

1 cebula;

2-3 łodygi szczypiorku;

1-2 ząbki czosnku;

1 pęczek natki pietruszki;

3 łyżki musztardy (najlepsza jest Dijon);

7-8 łyżek oliwy z oliwek;

7-8 łyżek wody z ogórków;

sól i pieprz;

Ziemniaki gotujemy w mundurkach. Aby ziemniaki były smaczniejsze zawsze je wkładam do już gotującej się wody. Wtedy skrobia nie wypływa na zewnątrz i ziemniak jest bardziej soczysty. Cebulkę, szczypiorek i czosnek obieram i kroje bardzo drobniutko. Sole i odstawiam w misce aby puściły sok. Odsączone górki drobno kroje w kwadraciki. Ugotowane ziemniaki (w skórkach) drobno kroje na kostkę około 1 cm.

Ogórki i ziemniaczki już pokrojone wrzucam do miski z cebulką i czosnkiem. Drobno siekam natkę Pietruchy i dorzucam do pozostałych. Wszystko polewam wodą z ogórków. Do kubeczka wkładam musztardę i powoli dolewam oliwę cały czas mieszając aż do uzyskania kremowego i puszystego winegret.

Polewam sosem warzywka i dokładnie mieszam. Sałatka jest najlepsza lekko schłodzona w lodówce. Smacznego 🙂

 

moje kochane ziemniaczki czyli królowa babka :)

IMGP8969

Czasem lubię się rozpieścić. Wtedy jem coś ciut mniej przemyślanego ale za to bardzo smacznego. Jem królową babkę mojej mamy.

Nim jednak napiszę jak ją popełnić wspomnę dwa słowa o ziemniakach, a raczej o tym kiedy najlepiej je jeść.

Ziemniaki należą do roślin psiankowatych. To duża rodzina roślin zawierająca wiele popularnych i lubianych odmian np. ziemniaki, wszystkie gatunki papryki i pomidorów, wszelkie psianki ( np. bakłażan), miechunki i tytoń. Jednym z charakterystycznych cech tych roślin jest duża zawartość alkaloidów. Wiele gatunków jest silnie trujących i wiele z nich jest bardzo cenionych w lecznictwie. W ziemniakach także występuje glikoalkaloidy  np. toksyczny glikozyd o nazwie solanina lub saponiny.

To substancje silnie trująca. Nawet w niewielkich ilościach drażnią ścianki układu pokarmowego. W większych powoduje poważne zatrucia pokarmowe. Mogą być powodem nadżerek w naszych jelitach a w rezultacie chorób będących ich skutkiem np. zespołu drażliwego jelita, alergie pokarmowe etc. Solanina dodatkowo stymuluje nadmiernie układ odpornościowy ponieważ jest rodzajem naturalnego pestycydu, którego zadaniem jest odstraszanie wszelkich zwierząt chcących zjeść nasycone przez nią rośliny. Glikoalkaloidy mają także wpływ na pracę naszego mózgu. Jest to związane z zaburzeniami przemian acetylocholiny mającej wpływ na nasze ciśnienie krwi, częstość skurczów serca, skurczów mięśni gładkich, rozszerzanie i zwężanie naczyń krwionośnych czy pracę wydzielniczą gruczołów.

Nie zawsze jednak ziemniak jest taki groźny, ponieważ ilość np. solaniny zwiększa się wraz z czasem przechowywania. Ma na nią wpływ także niewłaściwe przechowywanie ziemniaków.

Najwięcej alkaloidów jest w zazielenieniach na powierzchni bulwy ziemniaka, w naci, w pędach oraz w przerośniętych bulwach. Źle przechowywane ziemniaki ( za długo, za ciepło i za jasno), które zaczynają kiełkować nie nadają się już do spożycia ponieważ ilość alkaloidów w nich stanowczo wzrasta.

Najlepsze są młode ziemniaki (bez zazielenień na skórce bulwy) zbierane do 1 września.

Od  września do stycznia stanowczo zmniejsza się w ziemniakach zawartość węglowodanów, a zwiększa ilość solaniny. Od stycznia zawartość solaniny jeszcze się zwiększa – szczególnie pod skórką i wkoło zarodków korzonków. Powinniśmy je zacząć grubo obierać i wykrawać. Niestety wraz ze skórką tracimy też wiele dobroczynnych witamin i minerałów.

Od marca nie powinniśmy w ogóle jeść starych ziemniaków.

Istnieją teorię łączące objawy osłabienia, przesilenia wiosennego ze sporą ilością spożywanych w czasie zimy i przednówka źle przechowywanych kiełkujących, przerośniętych i zzieleniałych ziemniaków.

Teraz jednak mamy na tyle duży wybór w sklepach, że na pewno znajdziemy ładne ziemniaczki nawet w lutym 🙂

Zróbmy więc babkę!

W zimowe dni rozgrzeje nas i nasyci wypełniając cały dom pięknym zapachem 🙂

W tej formie pieczone ziemniaki będą łagodzić dosha vata szczególnie podane z jogurtem. Dla dosha pitta powinniśmy dodać mniej cebuli. Potrawa w tej formie będzie zaburzać dosha kapha.

Skład:

1 kg ładnych ziemniaków;

2-3 cebulę;

1 cukinia (opcjonalnie);

2-3 jajka;

0,5 szklanki mleka (opcjonalnie);

mąka orkiszowa;

2-3 ząbki czosnku;

1 łyżka majeranku;

1 łyżka ziół prowansalskich;

2 łyżki przyprawy do ziemniaków;

1 łyżka soli;

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia;

oliwa z oliwek,

bułka tarta;

sól i pieprz;

Ziemniaki i obraną cebulę trzemy na drobnej tarce (lub w maszynce). Wrzucamy do miski. Dorzucamy rozgnieciony czosnek i wszystkie zioła oraz sól. Jeśli używamy cukinii także ją trzemy, wyciskamy z niej sok aby ciasto nie było za wilgotne i dorzucamy miąższ do miski z ziemniaczkami. Wsypujemy proszek do pieczenia. W drugiej misce łączymy jajka (białko i żółtko) z mlekiem i 2-3 szczyptami soli – roztrzepujemy wszystko dokładnie mikserem. Łączymy ziemniaki i roztrzepane jajka. Bardzo dokładnie mieszamy. To czy i ile dodajemy mąki zależy od tego jak mokre były ziemniaki. Zazwyczaj trzeba dodać 5-7 kopiastych łyżek. Kiedy ziemniaki są starsze – mniej, kiedy młodsze – więcej. Dokładnie mieszamy.

Foremkę smarujemy tłuszczem i wysypujemy bułką tartą (lub wykładamy papierem do pieczenia). Wkładamy ciasto. Skrapiamy je po wierzchu 3-4 łyżkami oliwy.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 170-180 stopni około  60-70 minut. Jeśli ziemniaki były bardziej wilgotne babkę trzeba będzie piec dłużej nawet o 20-25 minut. Kiedy babka jest dobrze wypieczona jej boki ładnie odchodzą (jeszcze w piekarniku) od ścianek foremki. Dobrym sposobem na sprawdzenie czy babka jest gotowa bywa sprawdzenie za pomocą drewnianego patyczka ? jak w przypadku ciasta. Kiedy nie jest upieczona wystarczająco dobrze patyczek po wyciągnięciu z ciasta pozostaje mokry. Rozbieżność w długości pieczenia spowodowana jest wielością rodzajów ziemniaków oraz ich stopniem dojrzałości, a także różnym czasem przechowywania. Ale naprawdę warto spróbować 🙂

Świetnie smakuje na drugi dzień lekko podsmażona. Można ją polać po podaniu sosem zrobionym z gęstego jogurtu i posolonego rozgniecionego czosnku. To nie jest potrawa na co dzień  – to potrawa do rozpieszczania – świąteczna królowa baba. Pachnącego smacznego 🙂

nasze godziny posiłków czyli pasta z suszonych pomidorów :)

IMGP8950

Jemy zazwyczaj wtedy kiedy mamy czas. Tak nie powinno być. Powinniśmy choć trochę, troszeczkę zwrócić uwagę na potrzeby naszego organizmu i naszą fizjologię.

Te aspekty ważne są dla medycyny chińskiej, która bardzo skrupulatnie wyznacza czas kiedy dane narządy mogą być bardziej, a kiedy mniej aktywne.

Tak więc śniadanie powinno być zjedzone pomiędzy godziną 7 a 9 rano. Jest to czas kiedy nasz żołądek jest bardzo aktywny i nastawiony na trawienie. Dobrze aby był to posiłek mocno nawilżający ponieważ po przespanej nocy przede wszystkim mamy niedobory płynów. Większość prozdrowotnych i mocno oczyszczających diet zaleca zjadać surowe owoce, które są odpowiednio wilgotne, a także posiadają cały składzik koniecznych dla rozbudzenia cukrów prostych. Te produkty wpisują się w element drzewa charakteryzującą tę porę dnia. Wasz żołądek o tej porze wydziela też na tyle dużo soków żołądkowych, że jest sobie w stanie poradzić nawet ze sporą dawką surowizny. Jeśli jednak jesteśmy szczególnymi zmarzluchami, gdy mamy niedowagę lub po prostu gdy za oknem jest zimno powinniśmy zjeść coś jednocześnie nawilżającego i ciepłego np. zupy z gotowanej kaszy i owoców, gotowane zboża z owocami lub kleiki.

Lekkie drugie śniadanie w postaci przekąski warzywnej, owocowej lub koktajlu powinniśmy zjeść koło godziny 10 -11. To czas przypadający na największą aktywność śledziony i trzustki. Dzięki szczytowi ich aktywności skutkującemu dobrym wydzielaniem insuliny oraz enzymów trawiennych będziemy mogli poradzić sobie nawet z cukrem i białą mąką. Tak więc  jeżeli już mamy popełniać słodkie grzeszki to właśnie o tej porze 🙂 Jedzenie słodyczy później na przykład po południu lub jeszcze gorzej wieczorem kiedy trzustka odpoczywa jest bardzo obciążające i powtarzane często jest prostą drogą do rozwoju otyłości, insulino-odporności, a w konsekwencji i cukrzycy.

Obiad najlepiej spożywać pomiędzy godziną 12 a 15. Od godziny 11 do 12 następuje czas  kiedy mamy ciut lepsze wyczucie co do wyboru posiłków ponieważ to czas największej aktywności umysłu. Przed godzina 12 największą wydolność ma cały nasz organizm, co jest zasługą największej aktywności serca. Krew żywiej w nas krąży i dostarcza do tkanek konieczny tlen. Jesteśmy żywotniejsi i mamy więcej energii. W tym czasie nawet osoby szybko marznące np. z nadmiarem energii vata mogą pozwolić sobie na sałatkę. Czas pomiędzy godziną 13 a 15 to czas największej wydolności jelita cienkiego. Pokarm ulegający w tym czasie trawieniu będzie bardzo wydolnie przyswojony. W tym czasie możemy pozwolić sobie nawet na spory posiłek. Najlepsze będą warzywa i kasze np. lekko duszone w lecie zaś w zimniejszych porach roku potrawy jednogarnkowe oraz pieczone. Jeżeli dołączymy do nich także surowe warzywa powinniśmy je zjeść jako pierwsze. Pamiętajmy jednak aby w tym okresie pamiętać o prawidłowym komponowaniu posiłków. Toksyny wywołane błędnym łączeniem pokarmów także w tym czasie wchłaniają się lepiej. Proces przyswajania i wchłaniania maleje wraz z nastaniem wieczoru.

Czas kolacji to godzina 17-18 najpóźniej. To czas największej aktywności nerek. Jako że odpowiadają one za usuwanie przemian pochodzących z trawienia białka to dobra pora aby zjeść białkowy posiłek. Nerki dadzą sobie radę z oczyszczaniem organizmu, a wyższa temperatura ciała będzie dobrym katalizatorem tych zmian. Senność spowodowana przekierowaniem energii na trawienie nie zaburzy nam już pracy i łagodnie wprowadzi w czas zasłużonego wieczornego relaksu. Nie powinniśmy jednak o tej porze za bardzo się objadać ponieważ około godziny 19 prawie zupełnie wycisza się praca żołądka polegająca na trawieniu, a także minimalizuje się praca jelit polegająca na wchłanianiu. Duża kolacja będzie więc będzie czekać do rana w naszym układzie pokarmowym powodując, że wstaniemy zmęczeni i bez energii za to z uczuciem pełnego brzucha. Na kolacje nie powinniśmy jeść słodkich potraw bo wpłynie to znacznie na osłabienie naszych nerek.

Ważne jest aby dać organizmowi odpocząć i zregenerować siły. O godzinie 1 w nocy zaczyna się największa wydajność naszej wątroby. To czas kiedy oczyszcza ona organizm. Aby to było możliwe powinniśmy zjeść ostatni posiłek około 6 godzin wcześniej. Jedzenie późnym wieczorem i w nocy bardzo mocno obciąża cały organizm oraz zaburza naszą równowagę energetyczną.

 

Dziś pasta z pomidorów. Prawie magiczna. Używam jej do naprawdę wielu potraw i wszędzie ładnie pasuje J Jest dobra do makaronu (na fotce z makaronem kukurydzianym), do sałatek wszelakich w postaci dresingu (wtedy robimy ciut rzadszą więc dodajemy wody), do wysmarowania wrapa z tortilli, do awokado ale najlepsza jest rozsmarowana na chlebie.

Pasta będzie łagodnie zaburzała dosha pitta i kapha. Dla dosha vata będzie neutralna.

Składniki:

1 słoiczek suszonych pomidorów w zalewie (około 10-12 pomidorków);

1 surowy pomidor średniej wielkości;

1 pełna garść pestek słonecznika;

2-3 ząbki czosnku;

3-4 łyżki oliwy z oliwek;

sól i pieprz;

Pestki słonecznika prażymy na suchej patelni. Pomidorki odsączamy z oleju ale nie za dokładnie. Czosnek obieramy. Surowego pomidora kroimy na parę części. Wszystko wrzucamy do miseczki. Dolewamy oliwę. Miksujemy dokładnie blenderem na gładką masę. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Jeśli robimy pastę do kanapek dodajemy mniej oliwy. Jeśli robimy pastę do makaronu – dodajemy oprócz oliwy 2 łyżki wody. Smacznego 🙂

 

 

 

kupujemy mity czyli smażone warzywka :)

 IMGP8938

Zacznę prosto z mostu – magiczna tabletka nie istnieje.

Nie ma jedynego łatwego sposobu zachowania zdrowia. Nie ma żadnej tajemnicy. Żadnego pojedynczego wyizolowanego elementu, który nam to umożliwi. Bycie zdrowym człowiekiem pod względem i fizycznym i psychicznym to nawet dużo więcej niż wypadkowa sumy szczegółów. To skutek, który może zaistnieć tylko dzięki systematycznemu działaniu na wielu frontach. Przez wiele lat.

Nasz związek ze środowiskiem i z odżywianiem jest nieskończenie złożony. Sposób w jaki reagujemy na pokarm jest wynikiem ogromnej liczby powiązań i zmiennych. To interaktywny związek biochemii, chemii i fizyki pomnożony przez fizjologię oraz wiele innych zmiennych i oddziaływujący z setek różnorakich kierunków na nasz organizm.

Zauważam jednak  zadziwiającą skłonność. Upatrywanie sposobu na swoje zdrowie w jednej pigułce, w suplemencie, w magicznym ziółku czy soku. W czymś co możemy kupić w sklepie zielarskim czy w necie. Im bardziej egzotyczne, im mniej znane – tym lepiej! Oczywiście zawsze poprzedzone gruntownym opisem wielu lat magicznych tradycji, obudowane większym lub mniejszym mitem lub choćby świetnym stanem zdrowia plemienia, które je było użytkowało etc.

Jesteśmy społeczeństwem, które bardzo płynnie idzie na łatwiznę – na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest zdrowe odżywianie. Jemy byle co, byle gdzie i w byle jakiej formie. Jemy za dużo. Jemy nieświadomie. Jedzenie najczęściej jest mało istotne lub ewentualnie istotne jako forma zaspokajania przyjemności. To tyle. Takie myślenie jest niezależne od wykształcenia czy statusu majątkowego. Bezmyślnie pozwalamy aby kręgi kulturowe w których nam przyszło żyć kształtowały nasze zwyczaje żywieniowe. Kompletnie. Wszyscy jednak chcemy świadomie długo, szczęśliwie i zdrowo żyć. A niby dlaczego?! Jak?!

Aby śnić sen o długim i zdrowym  życiu wymyśliliśmy pigułki – suplementy diety. Uwielbiamy mity! Nasz prywatny autorski sposób na wyrzuty sumienia. Łatwy i prosty „zaspokajacz” potrzeby „dbania o siebie”. Wystarczy więc łyknąć taką tabletkę, soczek czy ziółko i wszystko będzie ok.

No way! To tak nie działa. To ściema.

Nie da się zastąpić wielorakich, złożonych i skomplikowanych układów i zależności tak łatwo. Nic cennego nie ma za darmo.

Zresztą mamy masę przykładów. Kilka milionów…

Wystarczy popatrzeć na stan zdrowia społeczeństwa amerykańskiego. Stan ten jest wypadkową konsumpcji wielkich ilości niezdrowego jedzenia oraz konsumpcji ogromnej ilości wszelakich suplementów diety. Jednocześnie przeciętny Amerykanin spożywa rocznie 100 kg mięsa, 66 kg cukru i 274 kg mleka i jego przetworów. Miliardowy rynek suplementów w Stanach bije rekordy sprzedaży. Podobnie jak tamtejszy przemysł farmaceutyczny. I co? 47% mężczyzn i 38% kobiet w Ameryce zachoruje na raka (badania wg American Cancer Society). Współczynnik umieralności na raka wciąż tam rośnie. To jedni z najcięższych ludzi na ziemi – liczba osób z nadwagą jest tam większa niż osób o normalnej masie ciała. Przez ostatnie trzy dekady liczba otyłych się podwoiła, a liczba chorych na cukrzyce trzydziestolatków wzrosła o 70%. Co trzeci osoba w Ameryce zachoruje na serce (badanie wg AHA – Amerykańskiego Stowarzyszenia Kardiologicznego). To wszystko pomimo ogromnej konsumpcji wymyślnych suplementów.

Popatrzcie na sposób odżywiania polecany przez króla diety – dr. Atkinsa. Był on wielkim propagatorem wysokobiałkowej i wysokotłuszczowej diety ketonowej. Jednocześnie zalecał zminimalizowanie w diecie wszelkich węglowodanów. Oczywiście kazał codziennie badać mocz pacjentów na zawartość ciał ketonowych, które uznawał za pozytywne ponieważ ich duża liczba świadczyła o spalaniu tłuszczu. Nie patrzył na dalsze konsekwencje takiego stanu, jakimi są: makabryczne obciążenie nerek i wątroby, permanentne osłabienie mięśni, problemy ze stawami, dna moczanowa, wieczne zaparcia, osteoporoza, odwodnienie i hiperwitaminoza, a także na dodatek wzrost ciśnienia tętniczego oraz wzrost odporności na insulinę. Aby zapobiec mega niedoborom nieuniknionym w tej sytuacji proponował pacjentom suplementy witaminowe wszelkiej maści i błonnik w pigułkach –  tłumacząc to wymogami diety nowoczesnego człowieka… Za cenę paru zrzuconych kilogramów wiele osób straciło zdrowie na zawsze – w większości nieświadomie…

Dziś tego typu białkowe diety (Atkinsa, Kwaśniewskiego i optymalna etc) poparte suplementacją zostały już bardzo dobrze zbadane Polska Akademia Nauk uważa je za „wybitnie szkodliwe dla zdrowia”.

Muszę tu napisać, że spora część z nas żyje podobnie jak pacjenci dr Dieta na co dzień, prawda?

Nie chce tu się zarzekać, że suplementy diety są do niczego. Wiem jednak na pewno, że nie są w stanie zastąpić zdrowego odżywiania.

Osobiście uważam, że nasze zdrowie zależy od paru różnych czynników. Jednym z nich na pewno są niedobory spowodowane złą dietą. Te niedobory leżą u podstawy wielu naszych chorób oraz permanentnego złego samopoczucia i zmęczenia. Niemniej rozwiązaniem na tę sytuację nie są tabletki ale zrównoważona wieloletnia dieta roślinna. Ewentualnie tylko wspierana suplementami.

Dziś proste smażone warzywka a do podkręcenia smaczku zielony sos. Świetne danie na taką mroźność za oknem 🙂

Warzywka można mieszać dowolnie w zależności od stanu posiadania lub potrzeb. Dla dosha vata polecam warzywa korzeniowe i ziemniaki, dla kapha liściaste i kapustne, dla pitta kapustne i ziemniaki. Dla dosha pitta polecam zmniejszyć ilość czarnej gorczycy.

Składniki:

2-3 ziemniaki;

2 marchewki;

1-2 pietruszki;

0,5 czerwonej papryki;

5-6 różyczek brokułu;

kawałek pora;

2 ząbki czosnku;

2 łyżeczki czarnej gorczycy;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

2 łyżeczki przyprawy do ziemniaków;

sól i pieprz;

Sos:

1 pęczek natki pietruszki;

5 łyżek oliwy z oliwek;

3-4 łyżki pestek słonecznika;

2 szczypty soli;

Warzywka myjemy i drobno kroimy  na kosteczki o boku około 1 cm. Brokułu mogą być ciut większe. Por i czosnek kroimy na plasterki. Na rozgrzaną oliwę wrzucamy nasionka gorczycy kiedy zaczną strzelać dorzucamy plasterki pora. Smażymy 3-4 minuty mieszając. Potem dorzucamy ziemniaczki, marchewkę i pietruszkę i smażymy mieszając koło 8-10 minut. Dorzucamy czosnek i brokuł podsmażamy jeszcze 2 minutki. Do patelni wlewamy około 60-70 ml wody i przykrywamy pokrywkę oraz zmniejszamy gaz. Po 5-6 minutach warzywka są gotowe. Doprawiamy solą i pieprzem. W miseczce blendujemy natkę pietruszki, sól, oliwę i podprażone na suchej patelni nasionka słonecznika. Jeśli sos wyjdzie za gęsty dolewamy ciut oliwy, jeśli za rzadki dodajemy słonecznika. Sosem polewamy smażone warzywka. Smaczego 🙂

 

 

 

 

jak i kiedy jemy białko czyli zapiekana cukinia :)

IMGP6136

Uważam, że żyjemy w świecie, który mitologizuje białko. Dlaczego się tak dzieje pisałam szerzej tu http://www.izaraczkowska.pl/musialam-kiedys-napisac/

Dziś dwa słowa o tym kiedy i jak najlepiej jeść białko. Ale zacznę od tego po co nam białko.

Białko buduje nasze ciało – 15-20% masy tkanek to właśnie białka. Nasze tkanki budowane są i odnawiane właśnie dzięki proteinom. Dzięki aminokwasom – częściom składowym białka zachodzą prawie wszystkie procesy oraz funkcje naszego organizmu.

Jest nam ono niezbędne.

Problem jednak polega nie na tym, że jemy go za mało ale stanowczo za dużo. Norma na dzienne spożycie białka do niedawna wynosiła zależnie od kraju od 80-120 g. Ostatnio dietetycy zmniejszyli dawkę do 55-60 g dziennie. To też za dużo. A przecież nikt tego nie przestrzega…

Zjadając 50-60 g białka dziennie według zaleceń dietetyków dostarczamy organizmowi ilość kalorii jaka odpowiada 10% naszego dziennego spożycia kalorycznego – oczywiście zależnie od masy ciała oraz całkowitego spożycia kalorii. Faktycznie jednak średnio 15-16% spożytych kalorii dziennie pochodzi z białka co daje 70-110 g. Z czego aż 80% tej liczby stanowią produkty odzwierzęce: mięso, wędliny, mleko, masło, śmietana, jogurty, jajka, czekolada etc.

Nadmiar białka w diecie powoduje spadki poziomu glukozy we krwi, które z kolei zaspokajamy słodyczami. Spożycie zaś słodkości powoduje gwałtowny wzrost poziomu glukozy w naszej krwi, który organizm musi szybko zredukować. Efektem tego są kolejne smaki, kolejne zapotrzebowania i kolejne zjedzone porcje – zupełnie niepotrzebnie. Dodatkowo nadmiar białka odbiera nam energię i kieruje ją do wysokoenergetycznych procesów trawienia. Tyjemy, chorujemy i jesteśmy permanentnie zmęczeni

Dla porównania Chińczycy spożywają 9-10% dziennej dawki kalorii z białka ale tylko 10% tej ilości to produkty odzwierzęce czyli około 0,9 g.

Campbell udowodnił, że spożycie białka odzwierzęcego przekraczające 5% wszystkich kalorii spożywanych dziennie rozpoczyna proces promocji (rozwoju istniejących) komórek rakowych. Udowodnił on ponad wszelką wątpliwość, że spożycie białka steruje rozwojem raka oraz ma wpływ na inne choroby cywilizacyjne. Nie dotyczy to jednak białka roślinnego, które pozostaje bez związku z rozwojem komórek rakowych.

Jeśli więc chcemy zdrowo się odżywiać powinniśmy stanowczo ograniczyć spożycie białka zwierzęcego, a zwiększyć białka roślinnego.

Ile więc należy spożywać białka?

Powinniśmy jeść podobnie jak Chińczycy (chodzi mi tu o tradycyjną kuchnie chińską, a nie zachodnie naleciałości).

Ja osobiście spożywam około 5-10% kalorii dziennie z białka ale średnio tylko 1 do max 3% to białko odzwierzęce (masło, 2-3 łyżki mleka do kawy, średnio 1 jajko w tygodniu, okazjonalnie odrobina sera użytego jako przyprawy). Reszta to białko roślinne (warzywa, algi, rośliny strączkowe, pestki i orzechy, przetwory soi). Moje dzieci są wychowywane od urodzenia na podobnej diecie zwiększonej jedynie o dodatkowe 1-2 jajka w tygodniu. Nie jemy innych produktów odzwierzęcych. Nasza dieta przypomina tą Chińską zbadaną przez Campbella. Spożywamy mało tłuszczu i białka, a dużo błonnika w postaci nieprzetworzonych termicznie roślin.

Jak jeść białko?

Prawidłowe połączenia żywieniowe są kluczowe dla zdrowia. Niestety spotykam je bardzo rzadko. Typowe danie np. kanapka z szynka lub schabowy z ziemniakami czy też ryba z frytkami to stanowczo złe połączenia żywieniowe. To połączenie białka i skrobi. Na przykład przy zjadaniu chleba (który sam w sobie jest już pokarmem złożonym) nasz sok żołądkowy ma neutralne ph. Dopiero gdy skrobie z chleba zostanie przetrawione zaczyna wydzielać się intensywnie kwas solny by strawić białko pochodzące z pieczywa. To dwa kolejne procesy. Nasz organizm jest w stanie jednak je rozłożyć w czasie dla bardziej optymalnych efektów. Jeżeli jednak dodamy jeszcze szynkę wszystko się zmieni. Sok żołądkowy będzie dużo kwaśniejszy więc trawienie skrobi wymagających bardziej zasadowego środowiska nie będzie miało miejsca. Kiedy białko będzie trawione reszta pożywienia będzie leżeć i gnić wytwarzając zatruwające nas toksyny.

W dobie przetworzonego jedzenia warto wiedzieć jeszcze jedno – aby zapewnić prawidłowy przebieg procesów trawienia zarówno białka jak i skrobi należy dostarczyć organizmowi sporą ilość substancji bioaktywnych tzn witamin, minerałów oraz fermentów, których brak w przetworzonym pokarmie. Bez obecności witamin z grupy B oraz witaminy C skrobia fermentują częstując nas masą niefajnych toksyn. Skutkiem tego jest powszechnie obecny u wielu osób nadmiar śluzu, częste zaziębienia i katary.

Co do białka sytuacja ma się podobnie. Aminokwasy są zawsze gorzej przyswajane jeżeli zostały obrobione termicznie już w temperaturze 42-43 stopni. A przecież rzadko jemy surowe mięso, prawda?  Dodatkowo aby strawić białko potrzebujemy witaminy C – na każdy 1 g białka -1mg witaminy C.

Tak więc aby lepiej trawić białko powinniśmy jeść je zawsze z zielonymi, nie skrobiowymi warzywami np. wszelkie zielone warzywa liściaste, zielone zioła, wszelkie kapustne, seler naciowy, świeża kukurydza, świeża zielona fasolka, świeży zielony groszek, cebula, cukinia, ogórki, algi, wodorosty, czosnek. Do tego także powinniśmy dołączyć warzywa zawierające witaminę C np. paprykę, natkę pietruszki, pomidory, warzywa kapustne.

Nie polecam łączyć białka z ziemniakami, burakami, dynią, rzepą.

Ważne jest aby część z warzyw spożywać w formie nieprzetworzonej termicznie – max 54 stopnie. Wtedy fermenty zawarte w tkankach roślinnych wspomogą trawienie i przyswajanie białka nawet tego mocno przetworzonego termicznie.

Nie powinniśmy łączyć też w jednym posiłku dwóch rodzajów białka np. kotleta w śmietanowym sosie. Zarówno bowiem białko śmietany jak i białko z kotleta wymagają różnych środowisk. Najmocniejszy sok żołądkowy wydziela się od razu po zjedzeniu mięsa ale przy jedzeniu produktów mlecznych następuje to dopiero pod koniec trawienia, dlatego ani mięso ani śmietana jedzone razem nie zostaną prawidłowo strawione.

Podobnie nie powinniśmy łączyć białka zwierzęcego z roślinnym.

Kiedy jeść białko?

Trawienie białka wymaga czasu i spokoju ponieważ jest procesem bardzo energochłonnym. Nie polecam jeść białka na śniadanie bo będzie nam baaardzo ciężko ruszyć do pracy. Zjedzenie białkowego obiadu spowoduje, że będziemy mieli już tylko ochotę na drzemkę. Najlepsza dla trawienia białek jest wczesna kolacja – około godziny 17. O tej porze mamy odpowiednio wyższą temperaturę, która jest katalizatorem w procesach trawienia i przyswajania. O tej też porze – nie później- zjedzone białko nie spowoduje obciążenia wątroby. Cykl oczyszczania się wątroby zaczyna się około 1 w nocy i dobrze by było zjeść ostatni ciężko strawny posiłek minimum 6 godzin wcześniej. Jedząc białko o tej porze nie obudzimy się zmęczeni i niewyspani. A potrzebny nam białkowy budulec spokojnie zasili ciało.

Jeżeli nawet po zjedzeniu białkowej wczesnej kolacji poczujemy się senni to w naturalny sposób przygotuje nas to do nocnego, zasłużonego odpoczynku nie rozbijając całego dnia.

Dziś zapiekana cukinia.

Potrawa ta będzie łagodzić nadmiar energii vata. Będzie neutralna dla pitta. Może zaburzyć jednak energię kapha.

To dobre połączenie żywieniowe 🙂

Składniki:

2-3 młode cukinie;

1/2 trójkącika niebieskiego sera pleśniowego czyli około 50 g;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

1 łyżeczka suszonego cząbru;

1 łyżeczka pieprzu ziołowego;

1/2  łyżeczki przyprawy do ziemniaków;

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. Cukinie kroimy wzdłuż na cieniutkie plasterki ? mniej niż 5 mm grubości. Układamy na blaszce do pieczenia na płaska jeden koło drugiego. Ser niebieski pleśniowy rozdrabniamy nożem na drobniutkie okruszki i posypujemy nimi cukinie. W kubeczku mieszamy oliwę z przyprawami i ziołami. Polewamy oliwą z ziołami cukinie. Wszystko zapiekamy w piekarniku przez około 30 minut. Podajemy z chlebkiem ryżowym  i zieloną sałatką 🙂