niedobory pokarmowe

zimno coraz zimniej czyli rozgrzewająca zupa krem z soczewicy z mlekiem kokosowym :)

IMGP9126

Dziś o zimnie. O wewnętrznym zimnie w ciele.

Skąd się ono w nas bierze?

Jest parę powodów.

Najczęściej spotykanym jest permanentny brak ruchu. Kiedy taki stan trwa miesiące (a często i lata) prowadzi do trudnych do usunięcia objawów zimna. Bardzo często jest to powód, dla którego ludzie starsi tak często narzekają na wyziębienie.

Następnym powodem występowania wewnętrznego zimna w ciele jest niedowaga. Osoby z gruntu szczupłe i kościste są tego częstym przykładem. W ajurwedzie mówi się o takich osobach jako o osobach konstytucji vata. W medycynie chińskiej są to osoby z przewagą elementu Yin.

Kolejnym powodem są wszelkie diety, zmiany odżywiania oraz odżywianie niezgodne z naszą fizjologia i podstawowymi potrzebami. Im mniej zrównoważone i przemyślane jest nasze odżywianie tym więcej zimna przynosić może. Pamiętajmy jednak, że każdy z nas jest inny i wyjątkowy. Nie każdy więc tak samo reagować będzie na dany pokarm. Tu potrzeba ciut samoobserwacji i ciągłego budowania samoświadomości. Bardzo często przejściowe objawy zimna występują u osób będących na dietach oczyszczających, wszelkich głodówkach oraz u osób zmieniających dietę z mięsnej na wegetariańską lub wegańską.

Zimno także może w nas powstać jako skutek niedoborów i to dotyczy wszystkich – także ludzi otyłych. Często zresztą nadwaga czy otyłość podobnie jak i zimno wewnętrzne oraz niedobory są ściśle połączone i wypływają ze złego odżywiania. Często ich przyczyną bywają nieprawidłowe połączenia żywieniowe, nadmierne objadanie się wychładzającymi pokarmami i jedzenie sporych ilości mocno przetworzonej i mocno oczyszczonej żywności.

Kolejnym powodem występowania zimna w ciele jest niedostosowanie ubioru do otoczenia lub nadmiernego wystawiania się na takowe.

Jakie najczęściej są jego objawy występowania zimna wewnętrznego?

Zacznę pod tego co najprostsze czyli od najczęściej występującego objawu: uczucia zimna. Głównie dotyczy ono rąk i nóg ze szczególnym naciskiem na dłonie i stopy. Może jednak objawiać się jako uczucie wychłodzenia całego ciała z dreszczami włącznie. Zazwyczaj osobom z objawami zimna w ciele towarzyszy niechęć do zima zewnętrznego i poszukiwanie ciepła. Osoby wychłodzone mają zazwyczaj blady kolor skóry (choć nie zawsze). Często też wydalają duże ilości moczu.

Kolejnym objawem nierozerwalnie związanym z zimnem jest sztywność. Sztywność ta może dotyczyć całego ciała lub jego części. Zawsze jednak powoduje, że osoby te mają dużą trudność z wszelkimi wygięciami w tył, otwieraniem klatki piersiowej, zbliżaniem łopatek, rozluźnieniem i opuszczaniem barków, prostowaniem nóg. Trudne też bywają dla nich skręty.

Zimno wpływa niekorzystnie na obszary, które są związane z elementem wody a więc nerkami, pęcherzem moczowym, kośćmi i włosami. Bardzo często osoby wychłodzone cierpią na dolegliwości z nimi związane. Częstym objawem wychłodzenie jest także bardzo sucha skóra i mała potliwość powysiłkowa. Osoby z nadmiarem zimna w ciele pocą się częściej ze strachu lub pod wpływem stresu. Częstym też objawem zimna może być pewna oziębłość seksualna.

Zimno objawia się także bardziej subtelnie. Osoby z jego elementami cechuje częste uczucie strachu, lęków wszelakich i wiecznie nawracających niepewności. To osoby mające trudność z wiarą w siebie i z samoakceptacją. Często to osoby źle o sobie myślące.

Często też objawem zimna wewnętrznego bywa sztywność w poglądach i nieumiejętność akceptacji zmian oraz większe lub mniejsze niedostosowanie do otoczenia.

Jak więc zaradzić stanom zimna?

Zacznę od tego, że odbudowanie wewnętrznego ciepła to długotrwały proces. Wiem bo sprawdziłam.

Przede wszystkim ważna jest przemyślana dieta. Posiłki nie mogą być z lodówki. Nie mogą też być niższe niż temperatura pokojowa lub bardzo gorące. Polubcie zupy – odpowiednio przygotowane świetnie wyganiają zimno z ciała. Osoby wychłodzone powinny spożywać tylko ciepłe napoje choćby lekko podgotowaną wodę. Do sałatek i surówek osoby wychłodzone powinny dodawać dobrej jakości oleje. Używamy rozgrzewających przypraw oraz rozgrzewających produktów.

Oto lista niektórych z rozgrzewających produktów:

Warzywa i owoce: pietruszka, kapusta włoska, słodkie odmiany ziemniaka, koper włoski, cebula, czosnek, por, szczypiorek, dojrzała dynia, wiśnie i daktyle.

Przyprawy i zioła: gorczyca, goździki, cynamon, rozmaryn, bazylia, imbir, kumin (kminek rzymski), kminek zwyczajny, anyż, pieprz, pieprz kajeński.

Zboża: orkisz i owies, odpowiednio spreparowany ryż, ziarno quinoa.

Orzechy i nasiona: słonecznik, orzechy włoskie, orzechy pini, sezam.

Rośliny strączkowe: soczewica, czarna fasola, fasola adzuki.

Drugim zaraz po diecie lekarstwem na zimno w ciele jest ruch. Najlepiej przemyślany.

To trudne zadanie ponieważ zimno niejako zamraża ciało. Najlepsze będą ćwiczenia jogi oraz niezbyt intensywny ale codzienny ruch na świeżym powietrzu: szybkie spacer i gimnastyka.

Wśród ćwiczeń jogi na pewno polecam powitania słońca, skłony do przody oraz pozycje stojące. Także pozycje balansów, wygięcia w tył i pozycje odwrócone ponieważ będą dobre dla osób z oznakami zimna. na bardziej subtelnym poziomie asany te budują także wiarę we własne siły i pewność siebie.

 

Dziś rozgrzewająca zupa z soczewicy z mlekiem kokosowym i stadem gorących przypraw. Z tą zupą zimno nie ma szans 🙂

Zupa rozgrzeje pozytywnie dosha vata i kapha. Przegrzanie to może zaburzyć dosha pitta.

Składniki:

2 szklanki ugotowanej czerwonej soczewicy;

1 puszka – 400 ml mleka kokosowego;

1 duża cebula;

1 czerwona papryka;

1 łyżeczka korzenia tartego imbiru;

3 szczypty sproszkowanego imbiru;

1 łyżeczka pasty curry (jak nie mamy może być curry w proszku lub garam masala);

3 szczypty pieprzu cayenne;

5-6 łyżek oleju kokosowego lub oliwy z oliwek;

sól i pieprz;

Cebulkę, paprykę i czosnek obieramy i drobno kroimy. Wlewamy do garnka oliwę i wrzucamy pokrojoną cebulę. Dusimy 5-8 minut mieszając dopóki nie nabierze lekkiego kolorku. Dodajemy pokrojony czosnek, paprykę i tarty korzeń imbiru ? smażymy około 5 minut. Dodajemy ugotowaną soczewicę i wszystko dokładnie mieszamy. Zalewamy to 400 ml wody i gotujemy pod przykryciem 5 minut. Dolewamy mleko kokosowe i dodajemy wszystkie pozostałe przyprawy. Doprowadzamy do wrzenia i bardzo dokładnie miksujemy blenderem. Zupę podajemy na ciepło posypaną prażonymi orzechami nerkowca. Cieplutkiego smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

bogata bida czyli sałatka ziemniaczana :)

IMGP8974

 

 

Bardzo często słyszy się, że będąc wegetarianinem czy weganinem nie dostarczamy organizmowi witaminy B12. To nie do końca jest prawda.

Uważam, że wiele naszych chorób lub poprzedzających je stanów jest skutkiem permanentnych niedoborów. Dotyczy to również niedoborów witamin z grupy B.

Pisząc o niedoborach nie mam tu na myśli stanu ludzi wygłodniałych, wychudzonych i żyjących na skraju ubóstwa. Tacy mają zupełnie inne choroby. Chodzi mi o niedobory będące skutkiem szelkich nadmiarów. Chodzi mi o osoby średnio i dobrze sytuowane. Ba! Często bogate, odżywiające się jedzeniem oferowanym przez supermarkety z towarami z całego globu i restauracje. Jedzeniem często drogim i zawsze wymyślnym. Długo przechowywanym, tygodniami przeworzonym i przetworzonym na sto kosmicznych sposobów. Jedzeniem nienaturalnym.

Nasz organizm nie jest w stanie czerpać z takiego jedzenie minerałów, mikro i makroelementów oraz witamin czy pierwiastków śladowych. Z takiego jedzenia czerpiemy tylko kalorie- niechybnie przekształcające się w tłuszczyk.  Żeby zaspokoić głód będący skutkiem zapotrzebowania organizmu na składniki odżywcze – jemy, jemy,jemy i rzadko mamy dość.

Niedoborów nie ubywa, a tłuszczyku z roku na rok przybywa.

Na swoje niedobory, na swoje choroby pracujemy latami. Nasz mądry organizm dążąc do równowagi jakoś to wszystko łapie i do kupy scala. Ale tylko do czasu. Po 35-45 roku życia zaczynają się drobne dolegliwości, niedogodności i wieczne zmęczenie. Organizm zaczyna zwalniać i ciężko już mu łatać dziury cierpliwie przez nas pogłębiane z każdym dniem.

Wtedy zaczynamy chorować.

Aby być zdrowym wystarczy zapewnić organizmowi to co konieczne w odpowiedniej ilości. Bez nadmiernego objadania się. Bez objadania się „na bogato”. Tu raczej umiar jest zaletą.

Niedobory często mają swoje źródła nie tylko w zbyt sytym i mocno przetworzonym jedzeniu ale także w źle rozumianym rozwoju rolnictwa czy warunków produkcji poszczególnych artykułów spożywczych.

Podobnie jest z niedoborem witaminy B12.

Nasze babki hodowały warzywa w glebie bogatej w naturalne składniki odżywcze, w glebie ekologicznej. Bogatej między innymi w witaminę B12. Większość dzisiejszych pól ma martwą glebę. Zabitą przez nieodpowiedni płodozmian, osłabioną przez sztuczne nawozy, pestycydy i herbicydy. Taka ziemia nie zapewni roślinom optymalnych warunków do zrównoważonego i pełnego wzrostu oraz nie pozwoli na wykształcenie się w nich wszystkich koniecznych składników odżywczych.

Nasze babki kisiły ogórki, jabłka czy kapustę domowym sposobem, nie tak idealnie sterylnym jak nowe procesy produkcyjne w zwyczaju mają. Przewrotnie, dzięki temu kiszonki te były bogate w kultury bakterii i innych drobnoustrojów, które namnażają się w fermentowanym pożywieniu. Zawierały dużo witaminy B12.

Nie koniecznie więc bogato to super dobrze.

Nie do końca jednak jest prawdą że będąc wegetarianami czy weganami jesteśmy bezradni i musimy suplementować się witaminą B12.

Możemy przecież kupować produkty ekologiczne. Sami kisić ogórki i kapustę na zimę. Możemy dodatkowo jeść algi: spirulinę i chlorellę bogate w wiele witamin. Zamiast zaś mąki czy śmietany do zagęszczania zup, sosów czy pasztetów możemy używać płatków drożdżowych także bogatych w witaminę B12. Do zup, past i sosów możemy dodawać pastę miso, która jest bogata w tę witaminę. Możemy jeść świeże kiełki warzyw.

Do tego możemy przecież spożywać niezwykle niewiele bogatej, rafinowanej i przetworzonej żywności. Taki umiar w odżywianiu pozwala organizmowi lepiej przyswajać wszelkie związki odżywcze.

Odżywiając się w ten sposób nie potrzebna jest suplementacja.

Dziś prosta sałatka ziemniaczana z kiszonym ogórkiem – własnej roboty 🙂

Sałatka ta będzie dobra dla dosha vata. Będzie jednak zaburzać energię kapha i pitta.

Składniki:

5 sporych ziemniaków;

1 słoik półlitrowy kiszonych ogórków;

1 cebula;

2-3 łodygi szczypiorku;

1-2 ząbki czosnku;

1 pęczek natki pietruszki;

3 łyżki musztardy (najlepsza jest Dijon);

7-8 łyżek oliwy z oliwek;

7-8 łyżek wody z ogórków;

sól i pieprz;

Ziemniaki gotujemy w mundurkach. Aby ziemniaki były smaczniejsze zawsze je wkładam do już gotującej się wody. Wtedy skrobia nie wypływa na zewnątrz i ziemniak jest bardziej soczysty. Cebulkę, szczypiorek i czosnek obieram i kroje bardzo drobniutko. Sole i odstawiam w misce aby puściły sok. Odsączone górki drobno kroje w kwadraciki. Ugotowane ziemniaki (w skórkach) drobno kroje na kostkę około 1 cm.

Ogórki i ziemniaczki już pokrojone wrzucam do miski z cebulką i czosnkiem. Drobno siekam natkę Pietruchy i dorzucam do pozostałych. Wszystko polewam wodą z ogórków. Do kubeczka wkładam musztardę i powoli dolewam oliwę cały czas mieszając aż do uzyskania kremowego i puszystego winegret.

Polewam sosem warzywka i dokładnie mieszam. Sałatka jest najlepsza lekko schłodzona w lodówce. Smacznego 🙂

 

po co Ci te kanapki?…

IMGP7967

Od paru lat układam ludkom różnym diety. Gro z nich stanowią diety odchudzające. Nim ja im coś napiszę proszę zawsze aby napisali mi co jedzą przez ostatnie dwa tygodnie. Muszę przyznać, że z czasem dostrzegam w tych listach odżywiania pewne schematy. Na pierwszy ogień zwykle wyłaniają się… kanapki.

Tak, właśnie. Te małe co nieco. Dwie kromki chleba z czymś. Podstawowe pożywienie zapracowanego człowieka dwudziestego pierwszego wieku. Najbardziej wytłumaczalne pożywienie na świecie.

Bardzo często ich obecność w diecie wiąże się nie tylko z nadwagą ale i z szeregiem chorób określanych wiele mówiącym mianem- cywilizacyjnych.

Szczerze mówiąc mam gdzieś taką cywilizację!

Pieczywo dostępne w sprzedaży to głównie pieczywo drożdżowe, sporządzone z mocno wybielonej mąki z całą masą utleniaczy i konserwantów koniecznych do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i koloru. Proces produkcji pieczywa drożdżowego jest szybki więc pięknie wpisuje się w nasze czasy.

Niestety jedzenie go jak wszystko ma swoje konsekwencje.

Na pewnym etapie nie jestem zwolenniczką liczenia kalorii ale muszę tu wspomnieć, że przeciętna kanapka ma ich około 200-300 a zazwyczaj nie poprzestajemy na jednej, prawda?

Pieczywo, które tak chętnie jemy zawiera oprócz kalorii także drożdże ciepłolubne których spożycie nie jest obojętne dla naszego organizmu. To jednokomórkowe grzyby, których formy są odporne zarówno na działanie naszych kwasów żołądkowych jak i wysokiej temperatury. Jeśli spożywamy sporo pieczywa drożdżowego możemy być pewni że stan naszej mikroflory jelitowej nie jest najlepszy. Drożdże powoli powolutku wypierają pozytywną florę jelitową rozmnażając się w postępie geometrycznym. Sprawiają że zawartość naszych jelit zaczyna fermentować i gnić. Jeżeli trwa to latami (a przecież kanapki jemy od dziecka) to w naszych jelitach źle się dzieje. Do tego jeśli nie jemy zbyt dużo błonnika oraz surowych warzyw zapewniających enzymy pozytywna flora jelitowa zanika prawie zupełnie. Konsekwencją tego jest nieprawidłowa praca jelit, wzdęcia, gazy, nieprawidłowa perystaltyka. Mamy niedobory witamin i mikro oraz makroelementów ponieważ do ich prawidłowego wchłaniania konieczna jest prawidłowa flora w naszym przewodzie pokarmowym. Organizm zaczynają także zatruwać efekty przemian materii nieprawidłowej flory. Jesteśmy zmęczeni, brak nam energii. Nie wysypiamy się. Mimo tego, że dużo jemy cały czas jesteśmy głodni ponieważ nasz organizm domaga się minerałów i witamin. Zaczynamy tyć. Zaczynamy chorować a nasz układ immunologiczny nie daje rady…

Jeszcze jednym niefajnym od kanapkowym skutkiem jest powolne acz ciągłe zakwaszanie organizmu. Ma ono daleko idące konsekwencje i leży u podstaw wielu chorób oraz powiązanej z nimi otyłości brzusznej.

Ja osobiście bardzo rzadko jem pieczywo drożdżowe – może raz, dwa razy w miesiącu. Chleb piekę sama, na zakwasie ale i jego nie jadam często – dwa-trzy razy w tygodniu. Zastępuję pieczywo zależnie od pory roku albo sałatkami różnymi, kremowymi zupami, kaszkami i płatkami gotowanymi z dodatkami, pieczonymi, gotowanymi lub blanszowanymi warzywami z dodatkami.

Dziś pieczone pomidory z kaszą kukurydzianą – świetnie zastąpią kanapki w kolacyjnym wydaniu 🙂

Danie świetnie nadaje się na okres późnego lata, jest aromatyczne i syte.

Danie to łagodzi energię kapha ale polecam dodać mniej ghee. Zaburza dosha pitta. Może także lekko zaburzać dosha vata.

Składniki:

5-6 dojrzałych pomidorów;

? szklanki drobnej kaszki kukurydzianej;

4 łyżki ghee;

1 łyżeczka tymianku;

1 łyżeczka cząbru;

1 łyżeczka świeżo zmielonych nasion kolendry;

2-3 ząbki czosnku;

3 łyżki oleju;

1 łyżka miodu;

2 łyżki soku z cytryny;

sól i pieprz;

Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni. Kroimy pomidory na plastry i układamy w żaroodpornym naczyniu. Naczynko powinno być spore aby z pomidorów nie utworzyła się gruba warstwa. Mieszamy widelcem olej, sok z cytryny, miód, rozgniecione ząbki czosnku oraz z pół łyżeczki soli. Polewamy tym plasterki pomidorów. W miseczce mieszamy widelcem kaszkę (koniecznie drobnoziarnistą), tymianek, cząber i świeżo zmieloną kolendrę. Tak nasączoną kaszką posypujemy plastry pomidorów i mocno przyklepujemy aby nasiąknęła od ich soku. Wstawiamy do piekarnika na około 40 minut. Solimy i pieprzymy do smaku. Kaszka powinna ugotować się w soku wypuszczonym z pieczonych pomidorów. Danie podajemy w miseczkach. Gotowe w 10 minut + pieczenie. Naprawdę proste i smaczne danie na jesienną kolację 🙂

 

 

 

bo najlepsza jest prostota!

IMGP6238

Sama dochodziłam do swoich wniosków, często boleśnie…

Przez wielość skomplikowanych eksperymentów żywieniowych i diet wszelakich, przez wiele godzin spędzonych przy przygotowywaniu wymyślnych posiłków, z czasem doszłam do… prostoty.

Z moich spostrzeżeń wynika, że aby zachować zdrowie i spowolnić proces starzenia nie potrzebny jest ten cały wszechobecnego nadmiar żywności ale raczej jego redukcja.

Jedzenie jest relatywnie tanie i bardzo łatwo dostępne, a my nie lubimy sobie odmawiać… Jemy więc kiedy tylko mamy ochotę i co tylko mamy ochotę. Jako, że za to na co mamy ochotę odpowiada bardziej niż zdrowy rozsądek sprytnie przemyślany marketing – jemy mocno przetworzone i w pełni rafinowane pożywienie produkowane na ogromną skalę. Najłatwiej nas skusić tłuszczem i cukrem- często w duecie 🙂 Żeby zdobyć nasze pieniądze producenci prześcigają się w ofercie dając nam tysiące możliwości wyboru i tysiące połączonych niuansów smakowych. Telewizja pęka w szwach od programów z przepisami kulinarnymi, a Internet wypełniają blogi z setkami przepisów na przetworzone wielosmakowe cudeńka.

Ten nadmiar jednak nie wyjdzie nam na dobre.

Przede wszystkim dlatego, że nasze podwzgórze będące środkiem kontroli apetytu jest w stanie rozpoznać smak kiedy dostarczymy mu jego odpowiednio dużą ilość. Mocno przetworzony posiłek złożony z wielu złożonych komponentów dostarcza zbyt dużo smaków i rodzajów pokarmu na raz. Dostajemy więc sygnał o konieczności jedzenia większej ilości posiłku ponieważ nasze podwzgórze potrzebuje większych ilości każdego z komponentów aby rozpoznać składnik i smak. Aby się o tym przekonać wystarczy zrobić małe doświadczenie. Zjedzcie jabłko i zastanówcie się czy macie ochotę na następne. Najczęściej nie. Kiedy jednak zastąpicie jabłko tartą cytrynową lub kawałkiem pizzy po zjedzeniu jednego kawałka przychodzi ochota na następny, prawda?

Dodatkowo przetworzone mocno produkty są ubogie w istotne składniki odżywcze a bogate w kalorie. My natomiast instynktownie chcąc zaspokoić zapotrzebowanie na dany składnik pokarmowy jemy i jemy ponad miarę. Normą jest w naszych czasach znaczna nadwaga połączona jednocześnie z permanentnymi niedoborami podstawowych składników odżywczych.

Rozwój sztuki kulinarnej nie w każdym przypadku działa więc na naszą korzyść…

Aby to zmienić trzeba się przeprogramować a to nie jest proste. Zakorzenione od dzieciństwa wzorce postępowania to nie lada przeciwnik!

Można jednak zrobić parę rzeczy aby sobie pomóc:

  1. Myśl o tym co jesz. Niech jedzenie nie będzie tylko nieświadomym odruchem natychmiastowego zaspokajania głodu.
  2. Zacznij jeść proste potrawy. Dokonuj dobrych wyborów już w sklepie. Nie kupuj złożonych produktów jak np. wypieków, ciast i słodkich przekąsek, słonych przekąsek, produktów smakowych, gotowych sosów i  wszelkich gotowych dań. Nie kupuj mocno przetworzonych produktów jak biała mąka, biały cukier, makaron pszenny, oczyszczony ryż, rafinowany olej oraz produktów light. Kiedy nie będziesz ich mieć ich wszystkich pod ręką będziesz zmuszony przygotować posiłek samodzielnie z pełnowartościowych składników. Kupuj owoce i warzywa, suszone owoce, orzechy i nasiona, pełną żytnią i orkiszową mąkę, żytni makaron, miód, ekologiczne oleje, ekologiczny nabiał w niewielkiej ilości.
  3. Gotuj. Nie chodzi o wielogodzinne stanie przy garach – bo takie gotowanie produkuje potrawy które w znakomitej większości podarują Ci nadwagę a jednocześni zapewnią komplet niedoborów. Wymyślne potrawy są bardzo smaczne ale niech stanowią tylko niewielki procent Twojej diety. Proste, mało przetworzone i szybkie do zrobienia posiłki to nie tylko konsekwencja braku czasu. To przemyślana i bardzo racjonalna decyzja podjęta w trosce o Twoje zdrowie.
  4. Zamień ilość na jakość. Niech wyznacznikiem tej nowej jakości będzie prostota i ekologiczne pochodzenie. Jedzenie żywności o dobrej jakości zaowocuje bardziej zrównoważonym apetytem i brakiem napadów wilczego głodu.
  5. Jeśli masz skłonność do przejadania się wprowadź do codziennej diety surowe warzywa i owoce. Według medycyny chińskiej i ajurwedy wychładzają one organizm przeciwdziałając nadmiarowi gorąca,  którego obecność w żołądku jest powodem przejadania się. Świetnym stoperem apetytu jest zjedzenie po niewielkim posiłku kawałka selera naciowego. Polecam też włączyć do diety smak gorzki np. seler, sałaty.
  6. Włącz do diety produkty posiadające chlorofil – wszelkie zielone warzywa liściaste. Wspomagaj się także spiruliną, chlorellą i trawą pszeniczną. Wszystkie one mają działanie wychładzające, a poprzez to stopujące nadmierny apetyt.
  7. Pozwól sobie na poczucie głodu – wtedy docenisz choćby najprostszą potrawę 🙂

 

Dziś prosta sałatka z bobu. Potrawa łącząca białko roślinne z zielonym liściastym nie skrobiowym warzywem to świetny zestaw wspomagający trawienie.

Składniki:

2-3 spore garście bobu;

1 mała główka sałaty;

2 łyżki ghee lub oleju kokosowego;

2 łyżki razowej bułki tartej;

1 łyżka soku z cytryny;

sól do smaku;

Ugotuj bób. Ja gotuje nie za długo około 15 minut. Jeśli jest młody można go użyć w całości i nie obierać. Starszy trzeba obrać. Do miski wrzucamy porwane listki sałaty. Na patelni rozpuszczamy ghee i dodajemy bułkę tartą oraz bób. Podsmażamy chwilę aż bułka zacznie ciut ciemnieć. Zawartość patelni przekładamy do miski z sałatą. Dodajemy sok z cytryny, olej lniany i sól. Mieszamy i podajemy. Proste i pyszne 🙂