obiad

ajurwedyjska wiosna i zupa tom kha z warzyw i grzybów :)

Wiosna. Zakwitła i pozieleniała że hej! Poranki i noce jeszcze zimne, ale dnie ciepłe się zdarzają i słoneczne czasem. Cudnie.

No właśnie… ale nie dla wszystkich. W czasie takich – bądź co bądź – drastycznych zmian pogodowych, zmian pór roku z zimnej na ciepłą bardzo często czujemy się zmęczeni i zniechęceni. Mamy wrażenie, że nie nadążamy – mimo chęci najlepszych.

Teraz następuje czas kiedy nasz organizm pokazuje nam, z pewnym opóźnieniem, dokładnie to w jaki sposób w zimniejszych porach go traktowaliśmy. Teraz wychodzą wszystkie nasze grzeszki dietetyczne i skutki nawykowych zachowań. Teraz też najdotkliwiej czujemy niedobory i toksemię, które sobie fundowaliśmy w ostatnim roku. Tak karma. Dosłownie 🙂

Zaczyna się bardziej dynamiczna i intensywna pora roku, kończy statyczna i spokojna. Zmiany te wymagają zmiany diety, zmiany smaków i nawyków.

Pisałam już o tym tutaj:

wiosenna dieta czyli moje ślimaczki 🙂

I tutaj:

wiosenne menu czyli… lubimy sałatki!

Z punktu widzenia ajurwedy cechy wiosny to wilgoć, ciepło, łagodność i oleistość. Nadmiar dosha kapha rozpuszcza się i musi znaleźć ujście. Jeśli zaburzaliśmy tą dosha wcześniej – poczujemy to właśnie teraz. Wszystkie więc osoby z nadmiarem dosha kapha będą się teraz zaziębiać i pociągać nosem. Nadmiar tej dosha może też o tej porze roku powodować alergie i katary sienne. Nadmiar dosha kapha bowiem leży u podstaw alergii – także tych sezonowych.

Osoby typu pitta i vata znosić będą wiosnę znacznie lepiej jeśli nie są także zaburzone kapha.

Niezależnie od przejawiającej się w nas konstytucji wiosna to bardzo dobry czas na oczyszczanie lub posty. Powodują bowiem one oczyszczenie organizmu z nadmiaru kapha poprzez co zawsze zapobiegać alergią, zaziębieniom wszelakim oraz nadwadze. Tygodniowa dieta oczyszczająca w tym okresie spowoduje, że łatwiej nam będzie się przestawić. Polecam teraz wszelkie diety warzywne – z dużą podażą mikroelementów, witamin i antyoksydantów. Im bardziej gęsta odżywczo – tym lepiej.

To także świetny czas na picie świeżych soków warzywnych przed posiłkami. Soki warzywne pozbawione błonnika są łatwo wchłaniane i mogą w relatywnie krótkim okresie pokryć sporo niedoborów, które zafundowaliśmy sobie zimą. Koktajle warzywne dobre są również, niemniej obecność błonnika spowoduje pewne upośledzenie wchłaniania. Nie znaczy to, że błonnik jest zbędny – wręcz przeciwnie. Jednak w okresie kiedy chcemy szybko nadrobić niedobory, powinniśmy sięgać po sok, a błonnik spożywać w pewnym odstępie – najlepiej w warzywach liściastych z całym bogactwem chlorofilu.

Soki owocowe też są dobre choć stanowczo w mniejszych ilościach – ze względu choćby na ich wychładzające działanie. Z owoców najlepszy o tej porze roku jest sok jabłkowy.

Jeśli mamy łagodzić dosha powodującą alergie, zaziębienia i katary, w tym okresie trzeba by było szczególną uwagę zwrócić na smaki oraz potrawy pobudzające kapha. Niewskazane jest używać teraz smaków cierpkich, słodkich (pustych) i słonych. Niewskazane jest jeść na wiosnę potraw ciężkich i tłustych oraz smażonych. Niewskazane jest jeść i pić zimne (z lodówki) potrawy oraz napoje. Niewskazane jest jedzenie produktów mlecznych (wszelkich rodzajów) – szczególnie na śniadania.

Do picia polecam ciepłą (nie wrzącą) wodę z łyżką dobrej jakości, nieprzegotowanego miodu.

Jeśli mamy jednak za sobą oczyszczanie lub krótki post, a nasze samopoczucie nadal kuleje można sięgnąć po rasajana. W tym wypadku polecam najprostszą i wszystkim znaną – vatatapika. Ajurweda jako jedną z najbardziej podstawowych rasajana uznaje działanie powietrza i słońca właśnie. Kojarzycie sanatoryjne leżaczki, kocyki i słoneczko? To właśnie to 🙂

Nie trzeba od razu jechać do Ciechocinka – wystarczy wyjść na dwór kiedy świeci słońce, położyć się na leżaczku, okryć ciepłym kocykiem po szyję – jeśli dzionek jeszcze niezbyt letni jest i wystawić twarz do słońca. Do tego książka na przykład. Nie powinniśmy jednak spać na leżaczku owym ponieważ spanie w dzień aktywuje dosha kapha, a tego staramy się unikać. Spokój, słońce i powietrze zrobią swoje – zatrzymają, uspokoją, a jednocześnie w rezultacie – dostarczą energii.

Dziś zupa – świetna dla łagodzenia kapha. Zupa ta – tom kha – występuje w setkach odmian w Azji. Najbardziej lubię jej połączenie z grzybami lub pomidorami. Dziś te pierwsze 🙂

Składniki:

10 liści kafiru;

2 łodygi trawy cytrynowej lub 2 łyżki pasty z trawy cytrynowej;

2 cm kłącza imbiru (lub galangi);

1 limonka;

1 cebula;

1/2 pęczka kolendry (opcjonalnie);

1 ząbek czosnku;

1 papryczka chilli (ilość wg uznania);

2-3 grzyby shitake (suszone);

4-5 boczniaków (świeże);

1 łyżeczka przecieru pomidorowego;

garść liści szpinaku (lub kapusty chińskiej lub pak choi);

1/2 marchewki;

1/2 pietruszki;

1/2 szklanki gęstego mleka kokosowego;

2 łyżki shiro miso (lub sosu sojowego);

2 łyżki oleju sezamowego;

1 łyżeczka cukru trzcinowego;

Boczniaki kroimy w paski, cebulę w piórka. Marchew i pietruszkę kroimy w słupki. W plasterki kroimy papryczkę chilli, kolendrę, czosnek i imbir. Jeśli mamy łodygi trawy cytrynowej trzeba je zmiękczyć kilkoma uderzeniami i rozkroić wzdłuż aby puściły smak. Liście szpinaku kroimy w duże kawałki. W garnku rozgrzewamy olej sezamowy. Dorzucamy liście kafiru, cebulkę, grzyby, marchew, pietruszkę, imbir, chilli, czosnek, trawę cytrynową i smażymy mieszając 5 minut. Wszystko zalewamy 1 litrem wody i gotujemy 10 minut. Dodajemy liście szpinaku, mleko kokosowe, przecier pomidorowy i cukier trzcinowy. Gotujemy jeszcze 5-8 minut. Po zdjęciu z ognia dodajemy sok z limonki i miso. Jeśli użyliśmy trawy cytrynowej i liści kafiru wyławiamy je przed podaniem zupy. Posypujemy kolendrą.

Bardzo aromatyczna, a prosta zupa. Życzę smacznego 🙂

 

o procesie starzenia się z punktu widzenia ajurwedy i upma :)

Według ajurwedy starzenie jest ściśle związane z naszą konstytucją ajurwedyjską dosha. Istnieje pięć wielkich stanów, elementów egzystencjo materialnej – pańca mahabhutas tworzących dosha. W czasie naszego życia nasza dosha także się ciut zmienia, a ilość subtelniejszych żywiołów wzrasta.

Pierwszy jest okres dzieciństwa i wczesnej młodości – kapha materialne, solidne, wilgotne i stabilne połączenie ziemi (prthivi) i wody (jala, apas). Poprzez okres rozkwitu młodości i dorosłości pełen dziania się, intensywności, transformowania – pitta ogień (tedżas, agni).

Ostatni okres to wiek dojrzały i starość – wtedy zwiększa się w nas ilość elementów niematerialnych ? nasila się vata, która jest połączeniem powietrza (vayu) i przestrzeń (akaśa) czyli zwiększenie subtelności, ruchu, lekkości, suchości, chropowatości i chłodu.

Jest to proces naturalny. Nie da się go zatrzymać i nie trzeba tego robić. Można jednak go spowalniać i łagodzić.

Proces starzenia przebiega różnie u różnych osób ale zazwyczaj polega on na stopniowej utracie witalności i siły życiowej. Starzenie dotyczące ciała jest jasne ale starzeje się nie tylko nasze ciało. Wraz z wiekiem obserwujemy inne zmiany związane ze zmiana zachowań i reakcji, zmianami sposobu myślenia. Wrażliwość większa na zimo. Mniejsza tolerancja zmian. Szybsze męczenie się – także umysłowe. Czasem jest to większa nerwowość, czasem większy lęk, czasem zaburzenia snu. Czasem sztywność nie tylko ciała ale i umysłu. Reakcji jest tyle ile ludzi ale tendencję są stanowczo widoczne.

Jak możemy je spowolnić?

Oczywiście przez odpowiednią dietę, odpowiednie zioła i zmianę przyzwyczajeń.

Co do diety można spokojnie stosować taką, która łagodzi dosha vata, nawilża więc, ogrzewa i stabilizuję.

Poniżej link:

dieta dla vata i carpaccio z buraczków ze śmietanowym sosem 🙂

Powinniśmy dodatkowo zwiększyć w diecie ilości produktów działających odżywczo i spowalniających procesy starzenia:

  • prosa,
  • jęczmienia (tylko w postaci zup);
  • tofu;
  • fasolki mung;
  • wodorostów;
  • mikroalg;
  • ziemniaków;
  • zarodków pszennych;
  • siemienia lnianego;
  • sezam;
  • bananów;
  • kokosów;
  • migdałów;
  • awokado;
  • miso;
  • mleczka pszczelego;
  • pyłku kwiatowego.

Trzeba też pamiętać, że z wiekiem nasze organy nie działają tak idealnie jak niegdyś. Za grzeszki dietetyczne płacimy od razu i nic nie jest nam już darowane jak niegdyś. Warto więc jeść największy posiłek wtedy kiedy woreczek żółciowy, trzustka i wątroba są na to najlepiej przygotowane. Od około godziny 11 do 14.

Dodatkowo warto wspomagać wydzielanie enzymów usprawniających trawienie poprzez dodatek choć odrobiny smaku ostrego 🙂

Odpowiednia dieta wpłynie na nasze ciało ale także na nasz umysł. Będzie działała łagodząco i stabilizująco na każdym poziomie.

Dodatkowo ważne są zabiegi oczyszczające i rasajana – o nich napisze następnym razem.

Dziś upma. To popularne danie śniadaniowe w Indiach. Według tradycji ajurwedyjskiej upma łagodzi trzy dosha. Jest jednak bardzo dużo rodzajów upma i wiele składników. Typowa upma jest jednak z kaszki mannej. Danie poniższe jest łagodzące w stosunku do dosha vata 🙂

Składniki:

1/2 szklanki zielonej fasolki;

1 marchewka;

1 filiżanka kaszy mannej;

2 1/2 filiżanki wody;

kawałek zielonej papryczki chilli;

1 cm kłącza imbiru;

3 łyżki solonych orzeszków ziemnych;

2 łyżki mung dalu czyli łuskana fasolka mung w połówkach (opcjonalnie);

1 cebulka ze szczypiorkiem;

3 liście curry lub 1/ łyżeczki przyprawy curry;

2-3 łyżki ghee lub oleju kokosowego;

1/2 łyżeczki czarnej gorczycy;

1/2 łyżeczki nasion kuminu;

1 1/2 łyżeczki soli;

Warzywa kroimy w kosteczkę. Cebulkę drobniutko. Zielona papryczkę chilli ucieramy z imbirem na pastę w moździerzu. Na patelni na rozgrzanym ghee prażymy gorczycę i kumin 1 minutę potem dodajemy mung dal, cebulkę, papryczkę chilli, curry, orzeszki, fasolkę i marchewkę. Smażymy mieszając 4-5 minuty. Dodajemy pastę z chilli i imbiru. Prażymy 2 minuty mieszając. Zalewamy wszystko 2 1/2 filiżankami wody. Dodajemy sól. Zagotowujemy. Mieszając nieprzerwanie powoli dosypujemy kaszkę manną. Mieszamy cały czas aż będzie jednorodna. Zmniejszamy gaz do minimum i przykrywamy pokrywką na 3 minuty. Wyłączamy gaz i zostawiamy potrawę pod przykryciem na 10 minut. Podajemy jako danie główne. Bez niczego. Świetnie też smakuje z sabji warzywnym (gulaszem warzywnym), z dalem (gęstą potrawką z warzyw strączkowych) lub z sambarem (ostrą zupą z warzyw i warzyw strączkowych). Proste nawilżające. Smacznego 🙂

 

potrawy późnego lata i sambar z dyni hokkaido :)

sambar

Gęsty i bardzo aromatyczny. Nasycony smakiem, intensywnością i ciepłem.

Sambar to gęsta zupa rodem z południowych Indii. To tradycyjne danie jedzone na co dzień. Je się je z dosa (rodzajem naleśników ze sfermentowanej soczewicy lub cieciorki i ryżu) lub z idli (rodzaj puchatych malutkich placuszków zrobionych ze sfermentowanego ryżu z dodatkami). Aby było prościej można sambar podawać po prostu z ryżem. W dzisiejszej wersji świetnie smakuje także bez dodatków.

Tradycyjny sambar jest bardzo ostry i robi się go z dalu połączonego z warzywami oraz pastą z tamaryndowca.

To świetna potrawa na koniec lata i jesień.

Pory roku bardzo często wpływają na zaburzenie poszczególnych konstytucji. Niedostosowanie naszych nawyków, zachowań i diety jeszcze bardziej pogłębia problem.

Zbliża się jesień. Upał lata słabnie stopniowo. W dzień temperatury jeszcze upalne ale noce i poranki początków jesieni i późnego lata są już inne: zimne. Element pitta (lato) słabnie, a w przyrodzie zaczyna pojawiać się element vata (jesień). Vata to połączenie eteru i powietrza a więc jest chłodna, przenikliwa, ruchliwa i sucha. To także są wartości charakteryzujące przejście późnego lata w jesień.

W tym czasie osoby o przewadze tej konstytucji będą czuły się gorzej.

Wszystkie charakterystyczne dla tej dosha objawy będą się nasilać. Skóra będzie jeszcze suchsza, stawy będą chrzęścić lub boleć, zaburzenia trawienia przybiorą na sile, a kompulsywne myślenie, niepokój i nerwowość będą częściej nas dotykać.

To najczęstszy czas kryzysu vata. To czas kiedy dosha vata potrzebuję jeszcze więcej poczucia bezpieczeństwa.

Jest to też okres kiedy szczególnie uważnie należy łagodzić vata pożywieniem.

Osoby konstytucji pitta i kapha poczują się za to teraz znacznie lepiej. Upał zelżał. Poparzenia słoneczne się zagoiły. Letnie burze ucichły. Zapomnieliśmy o ugryzieniach owadów. Można odetchnąć.

Wszystkie jednak dosha w tym okresie potrzebują więcej ciepłych i nawilżających potraw o smaku słodkim, kwaśnym i słonym. Te smaki bowiem neutralizują, łagodzą nadchodzącą jesień.

Łagodzimy vata jesieni dla wszystkich dosha produktami elementu ziemi czyli gotowanymi i duszonymi warzywami, zbożami, ziarnami i łatwo strawnym białkiem w niewielkich ilościach oraz słodkimi i rozgrzewającymi przyprawami.

 

Dla dosha pitta można zastąpić soczewicę mung dalem fasolką mung. Dla tej dosha powinniśmy dodać także stanowczo niej ostrych przypraw czyli sambar masali. Dla pitta możemy zastąpić pastę z tamaryndowca połową limonki.

Dla dosha kapha można zastąpić pastę z tamaryndowca miąższem i sokiem z połówki cytryny. Dla dosha kapha możemy zastąpić cukinię różyczkami brokuła.

Sambar tak zmodyfikowany nie zaburzy żadnej dosha, a złagodzi dosha vata.

 

Składniki:

1 dynia hokkaido;

2 marchewki;

1 cukinia;

1 cebula;

1 szklanka czerwonej soczewicy;

1 szklanka passaty pomidorowej (lub 4 pomidory);

1 szklanka mleka kokosowego;

3 łyżki oleju kokosowego;

1/2 cytryny (lub 2 łyżki pasty z tamaryndowca);

1 łyżka startego kłącza imbiru;

sól;

 

Sambar masala:

1/2 łyżeczki oleju kokosowego;

1 łyżeczka kuminu;

1 łyżeczka czarnej gorczycy;

1 łyżeczka nasion kozieradki;

1 łyżeczka kurkumy;

1 łyżeczka mąki z ciecierzycy;

1/2 łyżeczki czarnego pieprzu;

1/2 łyżeczki startej gałki muszkatołowej;

3 strączki zielonego kardamonu;

3 liście curry (lub 1/2 łyżeczki przyprawy curry);

1 papryczka chili (wielkość i ostrość wedle uznania);

 

Na początku przygotowujemy przyprawę sambar masala.

Na patelni rozgrzewamy olej kokosowy (odrobinę) i wrzucamy składniki od najgrubszych poczynając ? wszystkie oprócz mąki z ciecierzycy. Podsmażamy 3 minuty wszystko mieszając. Wyłączamy gaz. Mielimy ostudzone przyprawy z mąką w młynku. Można oczywiście kupić gotową przyprawę do sambaru w sklepach z orientalną żywnością, ale ta zrobiona samemu zawsze jest lepsza. Dodatkowo pięknie nasyca rozgrzewającym zapachem 🙂

W garnku na oleju kokosowym podsmażamy pokrojoną w kosteczkę cebulkę -5-8 minut. Dorzucamy starty imbir i soczewicę ? mieszamy 3 minuty. Dorzucamy wydrążoną i pokrojoną na 1,5 cm kawałki dynię, pokrojone w sporą kostkę marchewkę i cukinię. Mieszamy 3 minuty. Zalewamy wszystko wodą tak aby przykryła warzywa na wysokość 1 cm. Dodajemy passate (lub pokrojone pomidory) oraz 2 łyżeczki przyprawy sambar masala i gotujemy około 20 -25 minut pod przykryciem. Mieszamy od czasu do czasu. W połowie czasu gotowania dodajemy mleko kokosowe i pastę z tamaryndowca (lub wyciśnięty sok i miąższ z cytryny). Solimy do smaku. Jemy i sycimy zmysły 🙂

 

 

 

 

 

 

 

karmimy skórę czyli makaron z cukinii :)

zdrowe odżywianie

Za część naszego wyglądu odpowiedzialne są geny – to oczywiste. Nie zmienimy żadną naturalną miarą cienkich blond włosów na czarne afro, a szarych oczu na zielone. Niemniej nie rozgrzeszajmy się – mamy ogromny wpływ na wygląd naszej skóry i naszych włosów. Zdrowe błyszczące i nie wypadające włosy oraz jędrna, gładka i zdrowa skóra w dużej mierze zależą od nas. Kluczowym czynnikiem jest tu nasza dieta, stan jelit oraz nasze nawyki.

Bardzo często skóra i włosy są bezpośrednim odzwierciedleniem tego co dzieje się w środku. Pokazują one w jakim stanie są nasze jelita oraz pośrednio też inne organy wewnętrzne. To co pokazuje skóra i włosy to tylko czubek góry lodowej – reszta jest ukryta. Niezależnie czy jest to alergia, atopowe zapalenie skóry, wysypka, egzema, przedwczesne zmarszczki, cellulit, trądzik czy inny stan zapalny ze skóra związany dotyczy on nie tylko powierzchni skóry ciała, ale także jego wnętrza – jest obrazem tego co jest w środku. Bardzo często problemy skórne oraz wypadanie włosów są powiązane z problemami trawiennymi, złym wchłanianiem, nietolerancjami, wzdęciami etc. Badania dowodzą, że ponad połowa osób z nawracającym trądzikiem (niezależnie od wieku) ma problemy z zachowaniem prawidłowej flory bakteryjnej co skutkuje ponadto także zaburzeniami trawienia, wchłaniania i wzdęciami.

Udowodniono, że co czwarta osoba mające celiakię lub nietolerancję glutenu ma problemy ze skórą – wysypki, wypadania włosów, podkrążone oczy etc.

To co jemy ma bezpośredni wpływ na nasze zdrowie – także na wygląd skóry i włosów. Pożywienie naturalne, nieprzetworzone termicznie, bogate w mikro i makroelementy, polifenole i antyoksydanty karmi i chroni naszą skórę. Z drugiej strony -nieprawidłowa dieta wywołuje dysbiozy czyli zaburzenia równowagi bakteryjnej oraz jest prostą przyczyną zespołu jelita nieszczelnego. To co nasz organizm powinien usunąć czyli toksyny, resztki pokarmowe, wirusy i bakterię przedostaje się do krwioobiegu zaburzając pracę wielu narządów wewnętrznych oraz wywołując stany zapalne skóry.

Nieprawidłowe odżywianie leży także u podstaw złego wchłaniania i niedożywienia pomimo ogromu przyswajanych kalorii, którego skutkiem jest z jednej strony nadwaga a z drugiej permanentne niedobory.

Co więc powinniśmy robić aby nasza skóra była jędrna i pełna blasku, a nasze włosy – zdrowe i mocne?

Co robimy:

  1. Spożywamy pokarmy o jak największej gęstości odżywczej. Pisałam o tym szczegółowo tutaj:       http://www.izaraczkowska.pl/gestosc-odzywcza-czyli-glazurowana-brukselka-orzeszkami/                                                                                                    Zapewni nam to odpowiednie składniki odżywcze oraz ustrzeże przed zakwaszeniem organizmu, które odciskają piętno na naszej skórze. Pokarmy powyższe zapewnią także gościnne środowisko dla dobrych bakterii w jelitach, naszej skórze i głowie. Plemiona ludzi odżywiające się nieprzetworzoną dietą bogatą w składniki odżywcze nie znają trądziku i cellulitu oraz wielu innych niechcianych przypadłości.
  2. Dostarczamy w diecie odpowiednią ilość tłuszczu omega 3 aby zadbać o procesy energetyczne, oddechowe i odżywcze w skali mikro – czyli w skali naszych komórek. W skali ciut większej spowoduje to iż nasze naczynia krwionośne będą wydolniejsze, lepiej ukrwią skórę i odżywią mieszki włosowe. Wydolniej też dostarczą konieczne składniki odżywcze. Powinniśmy włączyć do diety surowe siemię lniane, olej z siemienia lnianego, orzechy (np. włoskie), warzywa ciemno liściaste, a jeśli jadamy- to także ekologiczne jaja kur oraz mięso wolno żyjących łososi. Plemiona ludzi żywiących się nieprzetworzoną dietą i dostarczające duże dawki omega trzy mają piękne, lśniące i bujne włosy.
  3. Dostarczamy w diecie polifenole, flawonoidy i inne antyoksydanty. Patrz punkt numer 1. Pomoże to wzmocnić procesy obronne codziennie toczące się w naszej skórze (i nie tylko). Powinniśmy włączyć do diety kolorowe surowe warzywa i owoce jak na przykład jarmuż, szpinak, wiśnie, czereśnie, jagody, cytrusy. Skóra ludzi dostarczających powyższe składniki razem z nieprzetworzoną dietą – później się starzeje.
  4. Dostarczamy produktów bogatych w karotenoidy mające kluczowe znaczenie dla zdrowia naszej skóry jako prekursory witaminy A. Jeśli zjemy surowe i nieprzetworzone ciemnozielone, czerwone lub żółte warzywa w obecności zdrowego tłuszczu (np. olej lniany lub/i awokado) nasz organizm sam wytworzy z nich konieczną nam witaminę. Powinniśmy włączyć do diety marchew, buraki, szpinak etc.
  5. Dostarczamy płyny. One oczyszczają i wspomagają usuwanie toksyn także przez skórę. Musimy pamiętać, że świadomie rozpoznajemy pragnienie dopiero wtedy kiedy nasz organizm już jest stanowczo odwodniony. Ciężko po fakcie jest nadrobić straty. Powinniśmy stosować prewencję czyli niewielkie dawki płynów pite podczas całego dnia. Picie to kwestia nawyku.
  6. Dbamy o aktywność fizyczną. Przyspiesza ona nasz metabolizm, poprawia trawienie oraz przyśpiesza pasaż jelitowy. Zwiększa ukrwienie skóry wpływając na polepszenie stanu skóry i włosów.
  7. Używamy ekologicznych środków czystości i kosmetyków. To z czym styka się nasza skóra – przyswajamy. Niezależnie od tego czy jest to dobre czy złe. Szczególnie przykładamy uwagę do sytuacji kiedy mamy do czynienia z katalizatorami wpływającymi na wchłanianie czyli z podwyższoną temperaturą i wodą. Tak więc wszelkie środki do mycia (ciepło + woda) i do opalania (ciepło +woda +pot) powinny być ekologiczne. Środki do prania i do zmywania także. To co nakładamy na skórę po kąpieli lub wysiłku fizycznym też. Na szczególne względy zasługuje owłosiona skóra głowy, skóra w pachwinach i błonach śluzowych, wnętrza naszych dłoni i stóp oraz skóra pod oczami – ponieważ chłonie na potęgę.

Czego robienia nie polecam:

  1. Unikamy zupełnie spożywania cukru. Sprzyja on dysbiozie oraz powoduje rozwój drożdżaków uniemożliwiając prawidłowe działanie układu trawienia. Zakwasza organizm co powoduje wysuszenie, niedożywienie i niedotlenienie naszej skóry. Powoduje wydzielenie insuliny, wpływającej degradująco na włókna kolagenowe w skórze. Skóra osób spożywających cukier o wiele szybciej się starzeje – wiotczeje, traci jędrność i sprężystość oraz ładną barwę poprzez zachodzące w niej reakcje. W skórze osób spożywających słodycze toczą się wieczne procesy zapalne.
  2. Unikamy jedzenia nabiału. On zawsze buduje tkanki ciała – niekoniecznie chciane. Jego spożycie ma wpływ na występowanie cellulitu i trądziku. Jego spożycie zaburza proporcje kwasów tłuszczowych omega 3 do omega 6 i 9 powodując, że komórki przestają być wydolne. Hormony podawane bydłu zakłócają naszą gospodarkę hormonalną powodując zazwyczaj zwiększenie poziomu estrogenu w stosunku do progesteronu. Skutkiem tego jest zatrzymanie wody w organizmie, PMS, opuchnięcia oraz spowolnienie trawienia i gromadzenie się produktów przemiany materii w jelitach co odbiera skórze witalność, jędrność i kolor.
  3. Unikamy alkoholu i kofeiny. Odwadniają i wysuszają skórę powodując jednocześnie zaburzenia elektrolitowe oraz opuchlizny. Skóra osób nadużywających kofeiny lub alkoholu jest czerwonawa lub szarawa, wysuszona oraz totalnie pozbawiona jędrności.
  4. Unikamy glutenu. Nasze zboża nie są zbożami, które jadały nasze prababki. Ich modyfikacje spowodowały, że wiele osób przestało je tolerować. Nietolerancje wpływają na stan całego naszego organizmu. Spożycie glutenu jest także powodem zespołu nieszczelnego jelita, o którym wspominałam wcześniej. Bardzo często spożycie glutenu przyczynia się do przerzedzenia lub wypadania włosów. Powoduje też (podobnie jak cukier) utratę jędrności skóry.
  5. Nie używamy za często mydła i innych kosmetyków „do kąpieli”. Zbyt częste mycie ciała i włosów w mydłach wszelakich pozbawia skórę (także głowy) jej warstwy ochronnej i zmienia na kilka godzin jej ph. Tego stanu nie da się zastąpić smarując się balsamami lub innymi mazidłami – szkoda skóry, czasu i pieniędzy. Nie jesteśmy aż tak brudni! Używajmy mniej kosmetyków, a więcej letniej wody i olejków.

 

Z punktu widzenia ajurwedy problemy ze skórą są powiązane z dosha pitta. Oto co robić aby im zapobiegać:

http://www.izaraczkowska.pl/tag/dieta-dla-pitta/

Tutaj jak łagodzić:

równoważenie dosha pitta i deser czekoladowo-jagodowy z nasion chia 🙂

Dziś karmimy skórę. Jemy makaron z cukinii z awokado, pesto i suszonymi pomidorami.

Potrawa będzie łagodziła dosha vata. Będzie ona obojętna dla pitta – jeśli zmniejszymy ilość pomidorów. Będzie obojętna dla kapha jeśli zmniejszymy ilość i orzeszków awokado.

 

Składniki:

2 młode cukinie;

1 awokado;

6-7 pomidorów suszone w zalewie olejowej;

1 pęczek bazylii;

1 ząbek czosnku;

4 łyżki oliwy z oliwek (vata) lub oleju lnianego (pitta, kapha);

4 łyżki pestek słonecznika;

2 łyżki orzeszków nerkowca;

suszone płatki pomidorowe (opcjonalnie);

sól i pieprz;

Cukinie strugamy obieraczką do warzyw na długie paseczki. W garnku zagotowujemy wodę. Cukinie umieszczamy w siteczku nad wodą i gotujemy ją pod przykryciem na parze około 10 minut. Dajemy na talerzyk. Suszone pomidory i awokado kroimy na drobne cząsteczki i dodajemy do cukinii. Pestki słonecznika i orzeszki prażymy parę minut na patelni aż nabiorą kolorku. Bazylię, czosnek, pestki słonecznika, oliwę i 3-4 szczypty soli blendujemy na gładką masę. Jeśli wyjdzie za gęsta dodajemy parę łyżek wody. Sos mieszamy z warzywami. Posypujemy orzeszkami i płatkami suszonych pomidorów. Zdrowego smacznego 🙂

 

o „zdrowym” odżywianiu słów parę i prosty pasztet warzywny z suszonymi pomidorami :)

IMG_6861

Rzeczywistość się zmienia, ewoluuję. Ja patrzę.

Kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat temu wegetarianizm był postrzegany jako nieodpowiedzialne dziwactwo rodem z epoki dzieci kwiatów, przejaw niedowładu umysłowego lub niezdrowa cecha jednostek egocentrycznych, aspołecznych i wynaturzonych. Większość osób, którym odważyłam się wspomnieć o takowym kręciła z ubolewaniem głową, pukała się w czoło, dawała rady albo telefony do psychiatry. To się zmieniło.

Teraz bycie wegetarianinem jest normalne. Ba! Już jest passe. Teraz na topie jest być weganinem lub witarianinem. Do tego koniecznie trzeba być minimalistą, biegać maratony, pić zielone koktajle, prowadzić bloga (wszystko jedno na jaki temat), uczestniczyć w treningach Mindfulness i warsztatach kulinarnych, wychowywać wegańskie dziecko, cierpieć na nietolerancje pokarmowe, pić niszowe piwo, mieć brodę ale przede wszystkim koniecznie, ale to koniecznie „zdrowo” jeść.

I tu jest pies pogrzebany… Bo to się nie zmieniło nic, a nic od czasów kiedy standardem był zestaw schabowego z ziemniakami i kompotem.

Mimo, że kierunek zmian naszego świata jest dobry wielość informacji, towarów, potrzeb i możliwości zaciemnia obraz całości i utrudnia prawidłowe wybory.

Jest dziwaczniej, modniej, bogaciej i więcej ale na pewno nie „zdrowiej”.

Internet pełny jest portali, stron, blogów, inicjatyw i miliona przepisów. W większości też zupełnie wprost lub ciut bokiem, autorzy niezmiennie piszą lub sugerują, że ich przepisy, dania, książki lub prowadzone przez nich warsztaty są „zdrowe”. W księgarni półki z książkami dietetycznymi i kucharskimi rozrastają się w oczach. Oczywiście wszystkie, wszyściutkie zawierają tylko „zdrowe” przepisy i najlepsze diety.

No way!

Nie wszystko co pochodzi ze sklepu ze „zdrową” żywnością jest zdrowe. Nie wszystko co w napisie ma „eko”, „bio”czy „organic” jest zdrowe. Nie wszystko co jest ręcznie robione, ucierane, wyrabiane i wypiekane jest zdrowe. Nie wszystko co zawiera jagody goji jest zdrowe 😉 Nie wystarczy zrobić coś „wegańskiego” aby było zdrowe…

Zatraciliśmy zdrowy rozsądek w tej wielości – to na pewno! Co do wszystkiego innego z napisem „zdrowe” stanowczo podchodziłabym sceptycznie…

Oglądam przepisy, czytam je na blogach i w książkach. Tak. Są one smaczne, przemyślane i fikuśne, ale bardzo rzadko są zdrowe. W większości przypadków za cenę pysznego smaku autorzy sprzedają nam niezły kit. Począwszy od ciast, tofurników i wegańskich organicznych słodyczy wszelakich przez wegańskie burgery, a skończywszy na domowo wyrabianych serach, i piwach etc.

W większości to ściema.

Przecież każdy cukier zakwasza – nie ważne czy będzie on z tesco czy ze sklepu ze zdrową żywnością! Tak, nawet ten brązowy. Ten „zdrowy”! Syrop z agawy i każdy inny też 🙂 Nie ważne czy upieczecie własnoręcznie chleb z najdroższej, nieoczyszczonej mąki – jeśli będzie zawierał gluten i drożdże będzie nie tylko zakwaszał, ale i tworzył kamienie kałowe. Jeśli pójdziecie do knajpy i zamówicie makaron z jarmużem – to wcale ale to wcale nie znaczy że jecie „zdrowy” posiłek! Bo makaron jest z glutenem (prawie wszędzie…), jest rozgotowany (zawsze), a w połączeniu ze śmietanowym sosem, którym otaplany jest jarmuż tworzy fatalne połączenie pokarmowe. Kiedy w ulubionej kawiarni zamówicie brownie z buraka, z fasoli lub ciasto z cukinii jedzcie je z uśmiechem i przyjemnością, ale nie mówcie, że to jest zdrowe! Zrobi wam ono to samo co gotowa babka z biedronki. No może ciut mniej chemii ma, ale wierzcie mi – chemia w tym wszystkim to nie jedyne zmartwienie. Proszek do pieczenia, soda, indeks glikemiczny, mąka i król cukier (lub inny słodzik) wystarczą żeby zrobić swoje i bez chemii. Jeśli pójdziecie na warsztat robienia serów – nie rozpływajcie się w poczuciu, że nabyliście umiejętność robienia „zdrowego” sera. Po pierwsze ser nie jest nigdy zdrowy. Nawet ten w wersji lux z mleka bałkańskich, szczęśliwych oślic 🙂 Po drugie – zawsze buduje tkanki ciała i zakwasza. Po trzecie naprawdę rzadko jada się go w prawidłowych połączeniach żywieniowych, więc wywołuje toksemię, podobnie jak makaron z jarmużem i śmietaną, burger wegański, orkiszowa bagietka z kozim serem, wegańskie ciasta, babeczki oraz wiele innych obecnie modnych dań.

Musimy pamiętać, że gospodarka kieruje się swoimi prawami. Od kiedy nastała moda „na bycie wege” – właśnie to chce się nam sprzedać. Trzeba sobie przypomnieć, że wyznacznikiem sukcesu w kapitalistycznym społeczeństwie jest zysk, a nie nasze dobro. „Nasze dobro” ważne jest tylko dla marketingowca, w celu stworzenia precyzyjniejszej reklamy, lepiej dobranej ściemy. „Nasze dobro” to tylko miraż, wyobrażenie, obrazy z reklamówek i plakatów. Tylko! Sklep ze zdrową żywnością i knajpa nie funkcjonują li tylko dla naszego dobra. Są tworami, których istnienie opiera się na rachunku zysku i strat. Zysk jest wtedy kiedy koszty są mniejsze niż przychody. Zysk jest wtedy kiedy jedzenie smakuje lepiej, a jednocześnie jest tańsze. Jedzenie zawsze smakuje lepiej jeśli zawiera cukier lub tłuszcz, a najlepiej oba naraz. Jedzenie zawsze smakuje lepiej jeśli było smażone, pieczone, podpiekane lub choćby gotowane 🙂 Jedzenie zawsze ma wyrazistszy smak kiedy zawiera powyższe albo białko, a najlepiej wszystko na raz. Jedzenie smakuje lepiej jeśli obdarza nas znajomym, najlepiej z dzieciństwa smakiem…

To wykorzystywane jest przeciwko nam, a nie dla nas.

Jeśliby knajpy sprzedawały tylko i wyłącznie rzeczywiście zdrowe jedzenie, z dobrych jakościowo produktów, mądrze przetworzone termicznie i podane w dobrych zestawach pokarmowych to by splajtowały. Jeśli w sklepach ze „zdrową” żywnością miała by zostań na pólkach tylko rzeczywiście zdrowa żywność – to by splajtowały. Jeśli wszyscy autorzy książek zamieszczali tylko przepisy z faktycznie zdrowym jedzeniem – nikt by tych książek nie kupił….

Nie chodzi tu o to by być dziwakiem i odsunąć się od świata. Jeść korzonki i siedzieć w lesie. Ze świata można korzystać, ale nie bezmyślnie. Nie koniecznie dobrze jest płynąć z prądem, nawet jeśli pozornie wydaje się nam przychylny i znajomy. Chodzi o to by dokonywać mądrych wyborów i nie dać się nabić w butelkę – także samemu sobie 🙂  Bo przecież lubimy sobie powiedzieć, że to co jemy jest „zdrowe”… „Zdrowego” można zjeść więcej, „zdrowe” można jeść prawie bezkarnie… Słowo „zdrowe” to jedno z naszych najlepszych ściem. Jest tak relatywne, że można pod nie podpiąć niemal wszystko – oczywiście w zależności od IQ podpinającego.

Pytanie tylko jest takie: po co?

Nie ściemniajcie się za często 😉

 

Dziś prosty i szybki pasztet warzywny.

Lekkość i suchość kaszy jaglanej jest tu złagodzona nawilżającym olejem i procesem pieczenia więc nie powinna mocno zaburzać dosha vata i pitta. Jeśli jednak na zimne dmuchamy można zastąpić kaszę jaglaną ryżem basmati dla tych dosha. Potrawa nie powinna zaburzać dosha kapha. .

 

Składniki:

1 szklanka kaszy jaglanej;

4 marchewki;

2-3 pietruszki;

2-3 cebule;

1/2 selera;

4 łyżki oleju kokosowego (lub oliwy z suszonych pomidorów);

2 ekologiczne kostki bulionu warzywnego;

1 łyżka ziół prowansalskich;

4-5 łyżek posiekanych suszonych pomidorów;

1/2 łyżeczki suszonej wędzonej papryki;

sól i pieprz;

Kaszę zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy 1/2 łyżeczki soli i gotujemy pod przykryciem od czasu do czasu mieszając dopóki kasza nie wchłonie całej wody. Cebulkę kroimy i smażymy 8 minut na rozgrzanym oleju. Na patelnie z cebulką dorzucamy pokrojone drobno w kosteczkę pozostałe warzywa. Dorzucamy kostki bulionowe rozbełtane w 2-3 łyżkach wody oraz zioła prowansalskie, wędzoną paprykę i posiekane drobniutko suszone pomidory. Wszystko dusimy mieszając około 10-12 minut. Uduszone warzywa łączymy z kaszą i dokładnie blendujemy na gładką masę. Dodajemy soli i pieprzu do smaku. Pieczemy w silikonowej foremce w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 stopni przez 30 minut. Najlepiej smakuje na zimno jako dodatek do sałatek (z którymi stworzy świetne połączenie pokarmowe J) lub na ciepło z prostym sosem paprykowym bądź pomidorowym. Zdrowego smacznego J