pitta

jak i kiedy jemy białko czyli zapiekana cukinia :)

IMGP6136

Uważam, że żyjemy w świecie, który mitologizuje białko. Dlaczego się tak dzieje pisałam szerzej tu http://www.izaraczkowska.pl/musialam-kiedys-napisac/

Dziś dwa słowa o tym kiedy i jak najlepiej jeść białko. Ale zacznę od tego po co nam białko.

Białko buduje nasze ciało – 15-20% masy tkanek to właśnie białka. Nasze tkanki budowane są i odnawiane właśnie dzięki proteinom. Dzięki aminokwasom – częściom składowym białka zachodzą prawie wszystkie procesy oraz funkcje naszego organizmu.

Jest nam ono niezbędne.

Problem jednak polega nie na tym, że jemy go za mało ale stanowczo za dużo. Norma na dzienne spożycie białka do niedawna wynosiła zależnie od kraju od 80-120 g. Ostatnio dietetycy zmniejszyli dawkę do 55-60 g dziennie. To też za dużo. A przecież nikt tego nie przestrzega…

Zjadając 50-60 g białka dziennie według zaleceń dietetyków dostarczamy organizmowi ilość kalorii jaka odpowiada 10% naszego dziennego spożycia kalorycznego – oczywiście zależnie od masy ciała oraz całkowitego spożycia kalorii. Faktycznie jednak średnio 15-16% spożytych kalorii dziennie pochodzi z białka co daje 70-110 g. Z czego aż 80% tej liczby stanowią produkty odzwierzęce: mięso, wędliny, mleko, masło, śmietana, jogurty, jajka, czekolada etc.

Nadmiar białka w diecie powoduje spadki poziomu glukozy we krwi, które z kolei zaspokajamy słodyczami. Spożycie zaś słodkości powoduje gwałtowny wzrost poziomu glukozy w naszej krwi, który organizm musi szybko zredukować. Efektem tego są kolejne smaki, kolejne zapotrzebowania i kolejne zjedzone porcje – zupełnie niepotrzebnie. Dodatkowo nadmiar białka odbiera nam energię i kieruje ją do wysokoenergetycznych procesów trawienia. Tyjemy, chorujemy i jesteśmy permanentnie zmęczeni

Dla porównania Chińczycy spożywają 9-10% dziennej dawki kalorii z białka ale tylko 10% tej ilości to produkty odzwierzęce czyli około 0,9 g.

Campbell udowodnił, że spożycie białka odzwierzęcego przekraczające 5% wszystkich kalorii spożywanych dziennie rozpoczyna proces promocji (rozwoju istniejących) komórek rakowych. Udowodnił on ponad wszelką wątpliwość, że spożycie białka steruje rozwojem raka oraz ma wpływ na inne choroby cywilizacyjne. Nie dotyczy to jednak białka roślinnego, które pozostaje bez związku z rozwojem komórek rakowych.

Jeśli więc chcemy zdrowo się odżywiać powinniśmy stanowczo ograniczyć spożycie białka zwierzęcego, a zwiększyć białka roślinnego.

Ile więc należy spożywać białka?

Powinniśmy jeść podobnie jak Chińczycy (chodzi mi tu o tradycyjną kuchnie chińską, a nie zachodnie naleciałości).

Ja osobiście spożywam około 5-10% kalorii dziennie z białka ale średnio tylko 1 do max 3% to białko odzwierzęce (masło, 2-3 łyżki mleka do kawy, średnio 1 jajko w tygodniu, okazjonalnie odrobina sera użytego jako przyprawy). Reszta to białko roślinne (warzywa, algi, rośliny strączkowe, pestki i orzechy, przetwory soi). Moje dzieci są wychowywane od urodzenia na podobnej diecie zwiększonej jedynie o dodatkowe 1-2 jajka w tygodniu. Nie jemy innych produktów odzwierzęcych. Nasza dieta przypomina tą Chińską zbadaną przez Campbella. Spożywamy mało tłuszczu i białka, a dużo błonnika w postaci nieprzetworzonych termicznie roślin.

Jak jeść białko?

Prawidłowe połączenia żywieniowe są kluczowe dla zdrowia. Niestety spotykam je bardzo rzadko. Typowe danie np. kanapka z szynka lub schabowy z ziemniakami czy też ryba z frytkami to stanowczo złe połączenia żywieniowe. To połączenie białka i skrobi. Na przykład przy zjadaniu chleba (który sam w sobie jest już pokarmem złożonym) nasz sok żołądkowy ma neutralne ph. Dopiero gdy skrobie z chleba zostanie przetrawione zaczyna wydzielać się intensywnie kwas solny by strawić białko pochodzące z pieczywa. To dwa kolejne procesy. Nasz organizm jest w stanie jednak je rozłożyć w czasie dla bardziej optymalnych efektów. Jeżeli jednak dodamy jeszcze szynkę wszystko się zmieni. Sok żołądkowy będzie dużo kwaśniejszy więc trawienie skrobi wymagających bardziej zasadowego środowiska nie będzie miało miejsca. Kiedy białko będzie trawione reszta pożywienia będzie leżeć i gnić wytwarzając zatruwające nas toksyny.

W dobie przetworzonego jedzenia warto wiedzieć jeszcze jedno – aby zapewnić prawidłowy przebieg procesów trawienia zarówno białka jak i skrobi należy dostarczyć organizmowi sporą ilość substancji bioaktywnych tzn witamin, minerałów oraz fermentów, których brak w przetworzonym pokarmie. Bez obecności witamin z grupy B oraz witaminy C skrobia fermentują częstując nas masą niefajnych toksyn. Skutkiem tego jest powszechnie obecny u wielu osób nadmiar śluzu, częste zaziębienia i katary.

Co do białka sytuacja ma się podobnie. Aminokwasy są zawsze gorzej przyswajane jeżeli zostały obrobione termicznie już w temperaturze 42-43 stopni. A przecież rzadko jemy surowe mięso, prawda?  Dodatkowo aby strawić białko potrzebujemy witaminy C – na każdy 1 g białka -1mg witaminy C.

Tak więc aby lepiej trawić białko powinniśmy jeść je zawsze z zielonymi, nie skrobiowymi warzywami np. wszelkie zielone warzywa liściaste, zielone zioła, wszelkie kapustne, seler naciowy, świeża kukurydza, świeża zielona fasolka, świeży zielony groszek, cebula, cukinia, ogórki, algi, wodorosty, czosnek. Do tego także powinniśmy dołączyć warzywa zawierające witaminę C np. paprykę, natkę pietruszki, pomidory, warzywa kapustne.

Nie polecam łączyć białka z ziemniakami, burakami, dynią, rzepą.

Ważne jest aby część z warzyw spożywać w formie nieprzetworzonej termicznie – max 54 stopnie. Wtedy fermenty zawarte w tkankach roślinnych wspomogą trawienie i przyswajanie białka nawet tego mocno przetworzonego termicznie.

Nie powinniśmy łączyć też w jednym posiłku dwóch rodzajów białka np. kotleta w śmietanowym sosie. Zarówno bowiem białko śmietany jak i białko z kotleta wymagają różnych środowisk. Najmocniejszy sok żołądkowy wydziela się od razu po zjedzeniu mięsa ale przy jedzeniu produktów mlecznych następuje to dopiero pod koniec trawienia, dlatego ani mięso ani śmietana jedzone razem nie zostaną prawidłowo strawione.

Podobnie nie powinniśmy łączyć białka zwierzęcego z roślinnym.

Kiedy jeść białko?

Trawienie białka wymaga czasu i spokoju ponieważ jest procesem bardzo energochłonnym. Nie polecam jeść białka na śniadanie bo będzie nam baaardzo ciężko ruszyć do pracy. Zjedzenie białkowego obiadu spowoduje, że będziemy mieli już tylko ochotę na drzemkę. Najlepsza dla trawienia białek jest wczesna kolacja – około godziny 17. O tej porze mamy odpowiednio wyższą temperaturę, która jest katalizatorem w procesach trawienia i przyswajania. O tej też porze – nie później- zjedzone białko nie spowoduje obciążenia wątroby. Cykl oczyszczania się wątroby zaczyna się około 1 w nocy i dobrze by było zjeść ostatni ciężko strawny posiłek minimum 6 godzin wcześniej. Jedząc białko o tej porze nie obudzimy się zmęczeni i niewyspani. A potrzebny nam białkowy budulec spokojnie zasili ciało.

Jeżeli nawet po zjedzeniu białkowej wczesnej kolacji poczujemy się senni to w naturalny sposób przygotuje nas to do nocnego, zasłużonego odpoczynku nie rozbijając całego dnia.

Dziś zapiekana cukinia.

Potrawa ta będzie łagodzić nadmiar energii vata. Będzie neutralna dla pitta. Może zaburzyć jednak energię kapha.

To dobre połączenie żywieniowe 🙂

Składniki:

2-3 młode cukinie;

1/2 trójkącika niebieskiego sera pleśniowego czyli około 50 g;

5-6 łyżek oliwy z oliwek;

1 łyżeczka suszonego cząbru;

1 łyżeczka pieprzu ziołowego;

1/2  łyżeczki przyprawy do ziemniaków;

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. Cukinie kroimy wzdłuż na cieniutkie plasterki ? mniej niż 5 mm grubości. Układamy na blaszce do pieczenia na płaska jeden koło drugiego. Ser niebieski pleśniowy rozdrabniamy nożem na drobniutkie okruszki i posypujemy nimi cukinie. W kubeczku mieszamy oliwę z przyprawami i ziołami. Polewamy oliwą z ziołami cukinie. Wszystko zapiekamy w piekarniku przez około 30 minut. Podajemy z chlebkiem ryżowym  i zieloną sałatką 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wcale nie musisz czyli wegańskie pesto :)

IMGP8519

Żyjemy w czasach natłoku informacji. Zewsząd. Poddając się tej wszechogarniającej wielości bodźców całkowicie tracimy perspektywę. Bardzo trudno jest nam wyodrębnić to co ważne z medialnego hałasu. Dodatkowo nasz nadaktywny, rozproszony umysł jakby dotrzymując kroku czasom wykonuje wciąż i wciąż pracę myślową często zupełnie zbędną.

To wszystko powoduje wieczne poczucie dziania się zmuszając nas do ciągłego pośpiechu i wykonywania setek zbędnych zadań dziennie.

Wielość tych zadań zastępuje ich jakość. Nie umiemy być już efektywni, skoncentrowani i skupieni. Wszystko robimy na pół gwizdka. Tak też żyjemy.

Nie wiemy już jak odzyskać spokój.

Można to zmienić.

Najważniejszą rzeczą jest zrozumienie co jest ważne. Najważniejsze.

Potem trzeba się oduczyć wielozadaniowości…

Kiedy tracę perspektywę i gubię się pomiędzy pisaniem, prowadzeniem następnych zajęć, odpowiadaniem na kolejne maile, gotowaniem, odbieraniem, zawożeniem, przywożeniem, sprzątaniem, kupowaniem czy pomaganiem dzieciakom robię plan. Plan na dziś.

Siadam i piszę co dziś jest najważniejsze – tak po prostu i bez ściemy. Wybieram tylko jedno najistotniejsze dla mnie zadanie i programuje dzień tak aby wszystko inne było tylko ułatwieniem. Jeśli dochodzę do wniosku, że jest to na przykład artykuł to układam dzień tak by było możliwe jego napisanie i poświęcam się mu bez reszty. Jakby był najważniejszą rzeczą na ziemi. Wszystkie inne zadania i powinności odsuwam na dalszy plan lub całkowicie odwołuje. Wyłączam wszystko i piszę dopóki nie skończę. Jednorodnie i całkowicie. Po prostu.

To idiotycznie proste i bardzo skuteczne.

Najtrudniejsza w tym jednak jest nasza zgoda. Zgoda na to, że nie musimy.

Zgoda na to, że nie musimy być doskonali, że nie musimy być wszechstronni. Zgoda na to, że nie musimy robić wszystkiego. Zgoda na to, że nie musimy być ze wszystkim na bieżąco. Nie musimy być matkami polkami i zarobionymi supermenami. Zgoda na to, że nie wszystko jest nam konieczne. Zgoda na to, że za wiele chcemy. Zgoda na to, że można mniej.

To kwestia tylko naszego wyboru. Zawsze.

Takie postępowanie skoryguje z czasem nasze codzienne plany do rzeczy naprawdę istotnych. Ba, lepiej. Będziemy zadowoleni z siebie bo będziemy doprowadzać dane rzeczy kolejno do końca, a to co robimy stanie się ważne. Odzyskamy spokój i opanujemy czas.

 

W uspokojeniu umysłu może nam pomóc odpowiednia dieta.

Przede wszystkim należy zrezygnować z obfitych posiłków. Dania powinny być proste i jak najmniej przetworzone, a posiłki jednodaniowe.

Istnieje parę produktów, które wspomagają wyciszenie umysłu:

  1. Pełne zboża a szczególnie owies i jęczmień. Nieoczyszczony ryż. Zarodki pszenne i otręby. Oczywiście spożywane w jak najmniej przetworzonej wersji czyli na przykład owsianka, a nie drożdżówka.
  2. Grzyby.
  3. Pożywienie zawierające krzem: ogórek, seler naciowy, sałata. Herbatki ze skrzypu polnego, z owsa i jęczmienia.
  4. Zioła i przyprawy jak bazylia, koper, natka pietruszki, kozłek lekarski, kocimiętka.
  5. Owoce lub warzywa zawierające dużo witaminy C na przykład cytryny, truskawki, porzeczki, owoce dzikiej róży, papryka.
  6. Klarowane masło (ghee) i dobrej jakości mleko krowie oraz kozie.

Polecam też używać ciut częściej ograniczonych ilości smaku gorzkiego, który wnika głębiej i kieruje naszą energie w dół, wychładzając niepokoje, uspokajając nas i wyciszając.

 

Dziś wegańskie pesto z bazylii, migdałów oraz płatków drożdżowych z gryczanym makaronem.

Potrawa będzie świetnie łagodzić nadmiar energii vata. Delikatnie złagodzi energię kapha. Zaburzy dosha pitta.

Składniki:

1 paczka makaronu gryczanego (bezglutenowego);
1 pęczek bazylii;

3 szczypty soli;

8-10 łyżek oliwy z oliwek;

3 łyżki migdałów;

3 łyżki płatków drożdżowych;

3-4 łyżki pestek słonecznika;

2 ząbki czosnku (opcjonalnie);

Makaron gotujemy – najlepiej nie za długo – ma być leciutko twardy. Czosnek obieramy. Pestki słonecznika i migdały prażymy mieszając na suchej patelni aż pestki lekko nabiorą kolorku. Wszystkie składniki wrzucamy do naczynia i dokładnie blendujemy. Jeżeli nie mamy dobrego blendera o dużej mocy migdały lepiej zmielić w młynku (do kawy) bo zwykły blender może nie dać rady. Sos ma być konsystencji gęstej śmietany. Jeśli jest za gęsty można dolać ciut oliwy, a jeśli za rzadki dodać łyżkę więcej płatków drożdżowych i migdałów. Sos mieszamy z ugotowanym makaronem. Jemy na ciepło.

Smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

 

przyjemność z udziałem świadomości czyli kuleczki z daktyli :)

IMGP8503

Czasy się zmieniają. My też się zmieniamy. Stanowczo więcej wiemy i rozumiemy. Jesteśmy dużo mądrzejsi, uważniejsi i bardziej świadomi. Pod wieloma względami wyprzedziliśmy poziom wiedzy naszych dziadków i rodziców. Mamy zupełnie inne możliwości – nieporównywalnie większe. Mamy ciągłą i nieprzerwaną możliwość dostępu do wiedzy, do nauki, do informacji. Ba! I to z ilu stron. Z tylu z ilu tylko google pozwoli.

Jednak pomimo to jesteśmy dużo bardziej schorowani, otyli, zmęczeni, zniechęceni i nieszczęśliwi.

W przeważającej większości dokładnie wiemy co należy robić aby być zdrowym. Co powinniśmy jeść, a czego unikać. Jak powinniśmy żyć. Co powinniśmy robić aby było dobrze. Jednak bardzo rzadko z tej wiedzy korzystamy.

W przeważającej większości sami siebie okłamujemy. I to jak sprytnie!

Ściem u nas więc dostatek. Na każdy temat.

Mówimy sobie, że zaczniemy zdrowo się odżywiać od jutra, od poniedziałku, od Nowego Roku. Że wszystko się teraz zmieni. Udowadniamy sobie, że zdrowe słodycze istnieją tylko wystarczy użyć ekologicznych, najlepiej wegańskich składników. Lubimy być pewni, że wydając majątek na jedzenie z ekologicznych sklepów nie przytyjemy. W naszym mniemaniu otyłość to zasługa genów, a nie nasza wina. Z nostalgią twierdzimy,  że domowa kuchnia naszych mam daje zdrowie i długie życie. Z zapamiętaniem cytujemy badania mówiące, że choroby cywilizacyjne to wypadkowa zanieczyszczonego środowiska i złej polityki. Uwielbiamy narzekać na służbę zdrowia i lekarzy oraz drogie leki bo to ich winimy za nasz stan zdrowia. Mówimy, że nie możemy nic zmienić bo co może zmienić działanie jednego człowieka. Że to wszystko nie nasza wina…

Twierdzimy, że nie jedząc mięsa normalnie pracujący człowiek nie miałby energii do życia. Myślenie o genezie kotleta to dla nas tabu. Jeżeli już przemknie nam myśl o pochodzeniu mięsa szybciutko serwujemy sobie sielskie widoczki rodem z reklam. Tak więc ryby oczywiście nic nie czują, a wszelkie inne zwierzęta idą na śmierć z przytupem w promieniach słońca. Szczególnie radośnie umierają zaś te z tradycyjnych gospodarstw zapewniając nam pełną ofertę zdrowych ekologicznych wędlin. Mówimy sobie, że życie bez przyjemności jest nic nie warte i dlatego zjadamy drugą dokładkę ciasta. Mówimy sobie, że nam się należy, że zasłużyliśmy. Że w życiu liczy się przyjemność. Że żyje się raz.

No właśnie – żyje się tylko raz.

To my wybieramy jak wygląda nasz świat. Jak wygląda nasz system wartości też jest naszym wyborem. To my wybieramy nasze ściemy. Naszym wyborem jest więc bycie nieszczęśliwym jeśli nie zjemy blachy pierniczków. To my udajemy, że kotlet na talerzu naszego dziecka nie ma nic wspólnego z żywą, świadomą i czującą istotą jaką jest zwierzę. To my wybieramy bycie chorym i zmęczonym żyjąc dokładnie tak jak chcemy. Naszą prywatną zasługą jest otyłość, depresja i brak energii. To naszym wyborem jest dogadzanie sobie bez końca na każdym możliwym poziomie. To my jesteśmy odpowiedzialni za większość rzeczy jakie nas spotyka. I czy lubimy czy nie – musimy wiedzieć, że to nasze jednostkowe, prywatne wybory kształtują świat w którym żyjemy.

Nie chodzi o to żeby zaszyć się w lesie i jeść korzonki. Nie o to chodzi aby zostać ascetą i zupełnie wyrzec się życia, czucia i przyjemności. Taka wizja to kolejna ściema, którą się usprawiedliwiamy w „nicnierobieniu”.

Można to wszystko pogodzić. To trudne ale wykonalne.

Najważniejsze jest zrozumienie konsekwencji wszelkich naszych wyborów – często daleko idących, zakamuflowanych konsekwencji. Chodzi o to by pomyśleć, popatrzeć szerzej. Dostrzec niezauważalne, wielowarstwowe i nakładające się efekty motyla. Wszędzie.

Uświadomienie sobie, że wszystko zależy od nas na początku przeraża ale potem daje siłę. Siłę potrzebną do zmian.

Nagrodą jest natomiast nie tylko zdrowsze ale przede wszystkim prawdziwsze życie. Bez okłamywania się. Bez ściemy.

Nie chodzi o całkowite wyrzeczenie się przyjemności. Można zjeść i pierniczka i kotleta – jeśli tylko w pełni godzicie się na wszelkie konsekwencje jakie ten fakt niesie. Wszelkie prawdziwe konsekwencje.

Bo nie gubią nas przyjemności. Gubią nas przyjemności popełniane bez udziału naszej świadomości.

 

Tak mnie coś naszło bo wszędzie słyszę o postanowieniach noworocznych. Tak propo ściem 🙂

 

Dziś kuleczki orzechowo-daktylowe Gosi. Szybciutki przepis z pysznym rezultatem. Popełniany całkiem świadomie.

Kuleczki będą odpowiednie dla dosha vata. Mogą lekko zaburzyć dosha pitta oraz mocno zaburzać energię kapha.

Składniki:

1 szklanka posiekanych daktyli;

0,75 szklanki posiekanych orzechów różnych;

0,75 szklanki wiórek kokosowych;

1 jajko (opcjonalnie);

1-2 łyżki ghee;

4-5 łyżek brązowego cukru;

Daktyle muszą być w miarę świeże tzn nie za mocno wysuszone bo źle będą się kleić.Wszystko mieszamy w misce. Bardzo dokładnie ugniatamy – około 10 minut aby ciepło dłoni rozgrzało masę. Na blaszce układamy papier do pieczenia. Z masy formujemy małe kuleczki  około 2-3 cm średnicy. Kuleczki układamy na blaszce i pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 160 stopni przez 20 minut. Jemy na zimno – jeśli uda nam się doczekać aż wystygną 🙂

 

 

 

 

aby nie utracić perspektywy czyli sałatka z buraczków :)

IMGP8396

Przed świętami powietrze drży i gęstnieje. Wszyscy mamy poczucie że trzeba coś zrobić, nadrobić i zakończyć. Zdążyć.

Więc działamy.

Permanentnie. W pełnym spięciu i oczekiwaniu. Wchodzimy na wyjątkowe, jeszcze szybsze obroty. Jakby nam było mało…

Kupujemy, sprzątamy, ogarniamy, planujemy, kupujemy, gotujemy, pieczemy, dusimy i smażymy, kupujemy, wybieramy, nosimy, przywozimy, stroimy, kupujemy, denerwujemy się, stresujemy, klniemy, kupujemy, kupujemy.

A wszystko w pędzie ogromnym i w spięciu. Żeby było lepiej, piękniej i smaczniej. Żeby było wyjątkowo. Bajecznie!

Większość rzeczy nie związanych z prezentami, potrawami, podróżami czy choinką odkładamy na „po świętach”, „na nowy rok”.

Jakby te prawdziwe życie miało się zacząć potem. Jakby dzień dzisiejszy był tylko drogą prowadzącą do celu. Wielkim, nawarstwiającym się oczekiwaniem. Jakby teraźniejszość była tylko sposobem dotarcia do kresu jakim są święta i nowy rok.

Dni przedświąteczne mijają bezpowrotnie stracone zostawiając po sobie obok wypucowanego domu, zestawu potraw dla całej armii i świetnie dobranych prezentów jedynie wypalenie oraz niejasne poczucie niespełnienia. Poczucie, że to nie tak miało być, że dzieje się coś co się nie miało dziać, że nie o to chodzi…

 

To my decydujemy jaki jest nasz świat. To my dokonujemy wyborów.

Płyniecie z prądem i poddawanie się panującym trendom – to też wybór.

Dążenie do czegokolwiek tak intensywnie i usilnie, w takim zatraceniu i pędzie powoduje, że tracimy perspektywę. Tracimy zdolność oceny.

Nasza racjonalizacja jest wielka więc wszystko umiemy sobie zgrabnie wytłumaczyć.

Ale po co?

Warto sobie czasem stawiać pytania. Jak nikt nie widzi. Takie dziecięce – z poziomu trzylatka.

 

Nie chcę żyć tylko w oczekiwaniu na coś. Nie chcę aby kolejne dni mojego życia mijały mi niedostrzeżone w pędzie do czegoś. Nie chce tracić czasu na budowanie dziesiątek pozorów szczęśliwości. Nie chcę dopiętych ostatnich guzików. Nie chcę budować kolejnych potrzeb. Nie chcę się spieszyć!

Nie chcę nic pomijać. Nic tracić.

Chciałabym sprawić aby każdy dzień był istotny i cenny.

Chcę aby to dzień dzisiejszy trwał.

 

Dziś prosta sałatka z pieczonych buraków. Dla ozdoby dzisiejszego dnia 🙂 Zasadowe buraczki świetnie złagodzą w nas efekty przedświątecznej krzątaniny.

Buraki łagodzą nadmiar energii vata i kapha. Zaburzają jednak pitta.

Składniki:

4-5 buraków;

oliwa z oliwek;

1 opakowanie jogurtu sojowego naturalnego (lub zwykłego jogurtu) ? około 100 -150 g;

1 łyżka miodu;

1 garść orzechów laskowych;

3 mandarynki;

sól i pieprz;

Buraki myjemy i kroimy na kawałki. Układamy na blaszce i skrapiamy oliwą. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni około 30 minut. Wbity widelec ma wchodzić luźno w buraczka. Wystudzone buraczki wkładamy do miski. Mandarynki obieramy a cząstki kroimy na pół i dodajemy do miski z burakami. Orzechy laskowe prażymy na suchej patelni. Jogurt mieszamy z miodem i polewamy nim sałatkę. Obsypujemy wszystko orzechami. Doprawiamy solą i pieprzem.  Smaczne, proste i zdrowe 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

uspokój się i zjedz proso czyli placuszki z kaszy jaglanej :)

IMGP7483

Proso łączy w sobie dwa smaki – słodki i słony. To  mocno nawilżające zboże wzmacniające płyny Yin. Działa ono pozytywnie na nerki i wątrobę oraz na śledzionę i trzustkę. Jest uważane w medycynie wschodu za jeden z głównych pokarmów odtruwających polecanych dla osób na dietach odtruwających oraz wychodzących z postów. Polecane jest także dla osób jedzących mięso oraz inne rodzaje białka zwierzęcego.

Przeciwdziała proso gromadzeniu się toksyn w ciele oraz jest uznawane za pokarm antygrzybiczny przez co polecany jest dla osób cierpiących na wszelkie drożdżyce, a także ludzi przewlekle chorych oraz leczonych antybiotykami. Proso jest też uważane za pokarm świetnie nadający się dla kobiet w ciąży – ponieważ ogranicza poranne nudności, a w połogu wzmaga laktacje.

Zawiera proso sporo pełnowartościowego białka. Zawartość wapnia i krzemu w tym ziarnie powoduje, że ma ono zbawienny wpływ na nasze stawy oraz utrzymuje w doskonałej kondycji naszą skórę, paznokcie i włosy.

Poprzez swoje nawilżające właściwości polecane jest dla osób starszych – przeciwdziała nadmiarowi suchości w ciele.

Systematyczne jedzenie prosa przeciwdziała napadom „wilczego apetytu” i wieczornemu buszowaniu w lodówce 🙂

Najważniejszą jednak zaletą prosa jest jego silne działanie alkalizujące. O powodach, dla których warto spożywać produkty zasadowe już nie raz pisałam. Przeciwdziałają one większości chorób cywilizacyjnych.

Muszę tu jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym ważnym aspekcie związanym z równowaga kwasowo-zasadową – chodzi o stres. Nie tylko bowiem zła dieta powoduje zakwaszenie naszego organizmu. Stres, strach i niepokój przyczyniają się do tego równie mocno co hamburgery.

Podczas stresu zostaje zaburzona naturalna homeostaza naszego organizmu  – wzrasta aktywność nadnerczy, która w rezultacie prowadzi do obniżenia poziomu dopaminy i serotoniny. To zaś powoduje niepochamowaną potrzebę stymulowania „ośrodka nagradzania” w mózgu, który wydzieli kolejną dawkę dopaminy. Najprostsze „nagrody” to słodycze i używki – wszystkie bardzo intensywnie zakwaszające.

Dodatkowo stres działa na nasz układ oddechowy. Zaczynamy oddychać szczytami płuc. Oddech spłyca się, a organizm dostając mniej tlenu ulega większemu zakwaszeniu. Do tego dochodzi brak ruchu, który ten problem pogłębia.

Takie czynniki jak zdenerwowanie, pośpiech, zmęczenie psychiczne, napięcie oraz obniżenie nastroju, smutki i depresje poprzez ciąg procesów fizjologicznych prowadzą do długotrwałego zakwaszenia organizmu. Nasze komórki zaczynają się dusić.

Najlepsza dieta dla osób zmęczonych i permanentnie zestresowanych to dieta roślinna zawierająca dużą ilość nieprzetworzonych zielonych liści bogatych w chlorofil oraz kiełki i kasze. Królową zaś kasz zasadowych jest właśnie kasza jaglana 🙂

Z bardziej subtelnego punktu widzenia kasza jaglana to pokarm uspokajający i wyciszający. Polecany w diecie sattwicznej ? diecie dla osób pragnących się wyciszyć i rozwijać duchowo.

Dziś placuszki z kaszy jaglanej i kukurydzy 🙂

Potrawa przyrządzona w ten sposób nie powinna zaburzać żadnej dosha.

Składniki:

1 szklanka kaszy jaglanej;

1 ? 1,5 szklanki mleka sojowego;

1 puszka kukurydzy;

4-5 łyżek ghee;

2-4 łyżki zmielonego siemienia lnianego;

1-2  jajka (opcjonalnie);

1 łyżeczka kurkumy;

1 łyżeczka sody oczyszczanej;

sól i pieprz;

olej do smażenia;

Kaszę zalewamy 2 szklankami wody i lekko solimy. Gotujemy od czasu do czasu mieszając aż do wyparowania wody. Gotujemy pod przykryciem. Do ugotowanej kaszy wlewamy mleko, ghee oraz dodajemy siemię lniane, sodę oczyszczaną, sol i pieprz. Jeżeli jemy jajka można je też dodać do placuszków – wtedy będą bardziej zwarte i gładkie 🙂 Bardzo dokładnie wszystko blendujemy aż do uzyskania jednolitej kremowej konsystencji. Dodajemy kukurydzę.  Wszystko dokładnie mieszamy. Na dobrze rozgrzanej patelni formujemy placuszki i smażymy z obu stron. Ja lubię te placuszki z sosem pesto i z sałatką z pomidorów ale dzieciaki uwielbiają je same 🙂 Najlepiej smakują na zimno -jeśli pozwolimy im zostać 🙂