sałatka

recenzja książki „Ajurwedyjska kuchnia dla wegan” i sałatka z wodorostów :)

FullSizeRender 2

 

Od lat pasjonuje się zagadnieniami związanymi ze zdrowym odżywianiem. Przez lata pracy, czytania setek książek i materiałów, pisania diet i odbywania konsultacji przekonałam się, iż to co jemy tworzy nas lub niszczy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Spożywane pokarmy i napoje, utarte nawyki, wyuczone obyczaje i powtarzane zachowania, środowisko w którym żyjemy oraz nasze własne najdrobniejsze codzienne wybory stanowią o nas. Nic nie dzieje sie bez przyczyny i wszystko ma wpływ na wszystko. Jestem przekonana, że jesteśmy w zupełności odpowiedzialni za nasze zdrowie lub jego brak.

Druga moja pasją ściśle powiązaną ze zdrowym odżywianiem jest ajurweda. Mimo, iż wiedza ta siega korzeniami setek lat wstecz, cały czas jest bardzo aktualna, niezmiernie precyzyjna i skuteczna. Sprawdziłam.

Czytam wszystkie pozycje wydane po polsku z tematem ajurwedy związane – bardzo regularnie. Pisząc diety lub udzielając konsultacji łączę jednak wiedzę z zakresu ajurwedy z wiedzą związana ze zdrowym odżywianiem.

Nasz stan zdrowia zawsze jest uwarunkowany stanem niedoborów oraz toksemii, które wywołujemy – świadomie bądź nie- naszymi nawykami. Złe połączenia żywieniowe, przejadanie się, źle dobrane składniki, nieprawidłowe rozłożenie posiłków w ciągu dnia, nadmiar białka i cukru w diecie – to tylko niektóre przyczyny leżące u podstaw naszych problemów.

Często też jestem pytana o literaturę. Nie ma jednej pozycji obejmującej wszystkie zagadnienia – to pewne. Jednak natknełam się na książkę, która łączy ajurwedę z wegańskim, bardzo zdrowym odżywianiem.

„Ajurwedyjska kuchnia dla wegan. Jak odzyskać równowagę dzięki pożywieniu.” To pierwsza taka pozycja na polskim rynku. Jej wyjątkowość polega na tym, że zawiera świadomie skomponowane, nie przeładowane i w pełni wegańskie (!) posiłki jednocześnie uwzględniające dostosowanie do konkretnej dosha.

wege-kuchnia

Na naszym rynku jest sporo książek i blogów z zakresu ajurwedy – także książek i blogów ściśle kulinarnch. W wiekszości z nich temat ajurwedyjskiego dostosowania diety do dosha jest opisany naprawdę bardzo ładnie. Jednak potrawy nie są w pełni dobrze skomponowane. Rzadko bardzo też niestety sa zdrowe. Masę jest tam zawsze słodyczy. Wiadomo – to lubimy najbardziej…. Masę jest tam potarwa tuczących, zakwaszających, ciężkich etc. Potrawy w większości zawierają cukier, mąki wszelakie, tłuszcze oraz oczywiście nabiał. Bardzo często pomieszane w jednym daniu. Pisanie o wpływie na dosha ciast, słodyczy czy zapiekanek to jak pisanie o wpływie na nasze zdrowie różnych marek papierosów…. Nic nie wnosząca sztuka dla sztuki bo papierosy przeciż są szkodliwe niezależnie od marki, tak?

W tej książce jest inaczej.

Wszystkie potrawy sa zdrowe i w pełni wartościowe.

Początek książki to teoria. Któtko i na temat opisane są podstawowe zagadnienia ajurwedy. Opis poszczególnych dosha, smaków, ich oddziaływnie oraz wybór pokarmów i smaków dla danej dosha.

Opisy zwięzłe i czytelne umożliwiają nam łatwo rozpoznanie własnego typu konstytucyjnego. Dają wiedzę na temat konieczny do zachowania równowagi i umożliwiają poznanie jej zaburzeń. Przedstawiają też zalecenia konieczne do harmonizowania pożywieniem danej konstytucji dietą.

Opis sześciu smaków i ich wpływu na dosha dodatkowo uświadamia szczegóły i pokazuje popełniane przez nas błedy.

Kolejny rozdział przedstawia wybór już konkretnych pokarmów dla danej dosha.

W następnym rozdziale zawarte są bardzo fajne wskazowki konieczne do zharmonizowania diety już nie ściśle ajurwedyjskie, ale wyjątkowo potrzebne z punktu widzenia zdrowego odżywiania, środowiska w którym przyszło nam żyć i dokonywanych przez nas właściwych wyborów. Jeszcze nie spotkałam się w książce o ajurwedzie z hasłami typu „GMO” oraz „fair trade”!

Dalsze części książki to opis konkretnych potraw z rozbiciem na poszczególne rodzaje aby zachowac przejrzystość i ułatwić poszukiwania. Są tu na przykład rozdziały pt. Śniadania, Przekąski, Zupy, Dania główne etc.

Przy każdym przepisie jest wzmianka o jego wpływie na daną dosha. Są też modyfikacje. Wszystkie przepisy są wegańskie co stanowi swoisty ewenement w tego typu literaturze. Co jest jednak najważniejsze wszędzie zachowane sa prawidlowe połączenia pokarmowe i prawidłowe kompozycje składników. Czyli nie tylko skomponujemy prawidłowo wegański posiłek ale i dostosujemy go do naszej dosha. Dla mnie bomba!

Bardzo dużo jest potraw oczyszczających, których lecznicze zastosowanie można mnożyć.

Jest też rozdział o deserach. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jestem ich zagorzałą przeciwniczką – ponieważ stoją one w sprzeczności ze zdrowym stylem odżywiania, przynosząc nam zazwyczaj więcej złego niż dobrego.

Desery z „Ajurwedyjskiej kuchni dla wegan” nie zawierają cukru, glutenu, mąk oraz niezdrowych tłuszczy. Nie są ciężko przetworzone termicznie i źle dobrane. Niektóre z nich można wręcz wpisać w kuchnię RAW – najbardziej zdrową choć i najbardziej radykalną ze wszystkich rodzajów diet. Zresztą niektóre potrawy z innych działów także można tej kuchni przypisać.

Dużo przepisów zachacza też o kuchnie makrobiotyczną – równie zdrową i oczyszczającą.

Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem. Zazwyczej książki ajurwedyczne były mniej lub więcej oderwane od rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Trąciły myszką będąc zrozumiałymi tylko dla zagorzałych fanów. Zawsze też uwzględniały produkty odzwierzęce oraz nie uwzględniały zdrowych połączeń pokarmowych i surowych potraw. Wiedzę z nich trzeba było przesiewać i modyfikować do naszych czasów i potrzeb.

Tu nie jest to konieczne. Dostajemy do rąk spis wyjątkowo zdrowych, świadomie skomponowanych, prostych i smacznych przepisów umożliwiających dostosowanie do danej dosha.

Naprawdę bardzo się cieszę, że coś w tej materii wreszcie drgneło. Wiem też na pewno, że tak opisana i dostosowana wiedza ajurewdyjska będzie mogła być bardziej dostępna, rozumiana oraz częściej wykorzystywana dla naszego dobra.

Książka ta to wyjątkowe i praktyczne połączenie starożytnej wiedzy ze wspólczesnymi, najnowszymi wymogami dietetycznymi. Prawdziwa lektura obowiązkowa!

 

Dziś sałatka z wodorostów z „Ajurwedyjskiej kuchni dla wegan” autorstwa Talyi Lutzker oczywiście ciut zmodyfikowana.

Potrawa będzie obojętna dla dosha vata, będzie łagodziła pitta i kapha. Jednak dla dosha vata i kapha polecam zamiast kłącza imbiru dodac imbir sposzkowany, a dla dosha vata dodatkowo zmniejszyć ilośc czerwonej kapusty na rzecz sałaty.

 

Składniki:

1/2 szklanki wodorostów wakame;

1 -1 1/2 szklanki wody;

1 szklanka listków sałaty;

1 szklanka posiekanej drobno czerwonej kapusty;

1 cebulka ze szczypiorkiem;

4 rzodkiewki;

1 głąb z kapusty lub z brokułu;

5 łyżek nasion sezamu;

5 łyżek posiekanych orzechów nerkowca;

2 łyżki octu jabłkowego;

2 łyżki oleju sezamowego;

? szklanki soku i miąższu wycisniętego z pomarańczy;

1 kopiasta łyżka shiro miso;

1/3 łyżeczki soli;

1 cm tartego kłącza imbiru;

kilka szczypt pieprzu cayenne;

Wodorosty zalewamy ciepłą woda i odstawiamy aby nasiąkły. Poszatkowaną czerwoną kapustę solimy i wyciskamy reką aby puściła soki. Odstawiamy. W tym czasie kroimy drobniutko rzodkiewki, głąb z kapusty, cebulkę ze szczypiorkiem. Odsączamy wodorosty jeśli nie wypiły wszystkiej wody. Wrzucamy je do miski z kapustą. Dorzucamy pokrojone warzywa, sałatę, orzeszki i nasiona sezamu. W miseczce mieszamy miso, sok i miąższ z pomarańczy, ocet, olej i sól oraz pieprz cayenne na głatką masę. Dresingiem polewamy sałatkę. Mieszamy. Sałatka najlepiej smakuje lekko schłodzona. Zdrowa, oczyszczająca i świetnie skomponowana potrawa. Smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

 

wspomagamy odtruwanie czyli oswajamy wodorosty :)

IMGP6980

Wszyscy wiemy, że wodorosty to super food. To jedzenie o jednej z największych gęstości odżywczej. Te niepozorne roślinki mają ogromne ilości wartości odżywczych przypadających na daną wartość kaloryczną. Dla przykładu mają one o 10-20 razy więcej mikroelementów, pierwiastków śladowych, składników odżywczych i witamin niż organizmy lądowe.

Więcej o gęstości odżywczej pisałam tu:

http://www.izaraczkowska.pl/gestosc-odzywcza-czyli-glazurowana-brukselka-orzeszkami/

O właściwościach wodorostów pisałam tez tu:

http://www.izaraczkowska.pl/jedzenie-ma-moc-czyli-roladki-nori-kremowym-sosem-tofu/

Wodorosty uznawane są przez medycynę wschodnia jako pożywienie mające moc przedłużania życia, zapobiegania chorobą oraz przywracania urody ? no nie może być lepiej 🙂 Rzeczywiście społeczności, w których menu goszczą na stałe wodorosty to społeczności charakteryzujące się długowiecznością, szczupłą budową ciała oraz rzadszym występowaniem chorób cywilizacyjnych.

Ponadto jedną z ważniejszych właściwości wodorostów są ich odtruwające właściwości.

Najbardziej rozpowszechnione na świecie jest skażenie ołowiem, glinem (aluminium), arsenem, kadmem oraz rtęcią. Związki te mogą pozostawać w ciele czego skutkiem bywa szwankowanie wszystkich systemów metabolicznych co leży u podstaw wielu poważnych chorób. Zawsze też będą one wpływać na nasze ogólne osłabienie i zmęczenie.

Wodorosty są w stanie przekształcać określoną ilość toksycznych metali w sole, które nasz organizm jest w stanie bez problemu wydalić przez jelita. Należy je jednak jeść regularnie minimum 4 razy w tygodniu przez pół roku.

Wspomagają też wodorosty do pewnego stopnia łagodzenie skutków promieniowania. Nie tylko nuklearnego, ale promieniowania, na które narażeni jesteśmy codziennie. To promieniowanie linii wysokiego napięcia oraz instalacji elektrycznej, mikrofalówek i kuchenek indukcyjnych, komputerów, ekranów i telewizorów. Te rodzaje promieniowania wpływają na zwiększenie produkcji przez nasz organizm wolnych rodników, a tym samym przyspieszenie procesów starzenia, zaburzeń komórkowych, anemii oraz wielu innych chorób.

Oprócz wodorostów dość podobne działanie odtruwające mają także miso, czosnek oraz trawa jęczmienna i pszeniczna.

Mają także wodorosty właściwości mocno nawilżające (wspomagają aspekt Yin). Są niezwykle skuteczne w usprawnianiu metabolizmu płynów w ciele. Specjalnie zalecane dla osób szczupłych lub osób z charakterystycznymi objawami suchości jak choćby sucha skóra, suche włosy czy słabo nawilżone stawy.

W ramach oswajania tego mało popularnego rodzaju pożywienia w naszej diecie dziś jedno z prostych zastosowań wodorostów. Sałatka ze świeżych wiosennych warzyw i wodorostów z miso.

Sałatka będzie łagodziła vata, może lekko zaburzać dosha pitta i kapha.

 

Składniki:

1 garść suchych wodorostów wakame;

1 ogórek;

1 marchewka;

5 rzodkiewek;

1 cebulka dymka ze szczypiorkiem;

2 łyżki nasion sezamu;

1 kopiasta łyżka jasnego miso (shiro miso);

1 łyżka soku z cytryny;

1 łyżka sosu sojowego;

1 łyżeczka octu jabłkowego;

3 łyżki oleju sezamowego;

4-5 szczypty pieprzu cayenne;

1/2 szklanki wrzątku;

Wodorosty wsypujemy do miseczki i zalewamy wrzątkiem. Czekamy około 10 minut. Powinny całe wypić wodę, urosnąć i być równomiernie zielone. W razie konieczności resztę wody odlewamy. Cebulkę ze szczypiorkiem kroimy w piórka. Marchewkę kroimy obieraczką do warzyw w podłużne paseczki. Rzodkiewki kroimy na plasterki, a ogórka w paseczki. Wrzucamy do miski wodorosty, marchewkę, rzodkiewki, cebulkę i ogórka. Wsypujemy sezam. W kubeczku mieszamy olej, miso, sos sojowy, ocet jabłkowy, pieprz cayenne i sok z cytryny na gładką masę. Sosem polewamy sałatkę i dobrze mieszamy. Najlepiej smakuje schłodzona w lodówce 🙂

 

 

 

 

 

 

nakarm swoje bakterie czyli sałatka z pieczonych warzyw i komosy ryżowej :)

IMGP6337

O tym jak istotna jest pozytywna flora bakteryjna naszych jelit nieraz już pisałam.

Szerszy wpis na ten temat znajdziecie tu:

http://www.izaraczkowska.pl/wiosenne-porzadki-cz-1/

http://www.izaraczkowska.pl/caly-ten-mikro-swiat/

http://www.izaraczkowska.pl/powiedz-kotku-co-masz-w-srodku-prawidlowe-odzywianie-od-podszewki-czyli-dlaczego/

A o jelitach pisałam tu:

http://www.izaraczkowska.pl/dbamy-jelita-indyjska-zupa-krem-warzyw-ciecierzycy-kaszy-jaglanej/

http://www.izaraczkowska.pl/jesienna-dieta-dla-zdrowia-jelit-czyli-gulasz-dyni/

http://www.izaraczkowska.pl/po-ci-te-kanapki/

To co jemy nie służy tylko nam ale i bilionom bakterii w naszych jelitach. To czym je karmimy ma znaczenie, ponieważ decyduje o tym jakie szczepy bakterii będą mieć się lepiej. A to jakie bakterie będziemy karmić wpłynie na nasze zdrowie… lub jego brak. Dziś o szczepach bakterii, które mają wpływ na nasz metabolizm.

Istnieją szczepy bakterii, które mają związek z naszą skłonnością do nadwagi i otyłością. W dawnych czasach częściej czuliśmy głód. Zimowe zapasy zawsze w końcu się kończyły i trzeba było jakoś doczekać do wiosny. Ludzie sięgali po mniej treściwe, suche i często włókniste pożywienie. Pomagały nam w jego przetworzeniu niektóre bakterie, specjalizujące się w rozkładaniu cukrów złożonych z włókien roślinnych na łatwo przyswajalne związki.

Dziś kiedy dostęp do żywności jest nieograniczony nie zawsze chcemy posiadać takich pasażerów. Dlaczego? Udowodniono, że zwiększona ich obecność w jelitach ma wpływ na łatwość w gromadzeniu tkanki tłuszczowej oraz ma wpływ na trudność w pozbyciu się jej…

Istnieją też bakterie, których posiadanie przynosi nam zupełnie odwrotne skutki. Wspomagają one znacznie naszą przemianę materii. Te lubimy 🙂

Nazywają się Bifidobacterium – to Gram dodatnie bakterie beztlenowe. Należy do nich 29 gatunków. Bakterie te żywią się prebiotykami czyli specyficznymi włóknami pokarmowymi występującymi w pewnych określonych rodzajach pożywienia. Włókna te nie do końca ulegają strawieniu, a poprzez selektywną fermentację tworzą świetne siedlisko dla pozytywnej flory. Poprzez uwolnienie krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych w wyniku fermentacji niektórych pokarmów i w obecności bifidobacterium – poprawia się stan śluzówki naszych jelit. Poprawia się bariera jelitowa, a jednocześnie zmniejsza się ich przepuszczalność co zapobiega wielu schorzeniom związanym z zespołem nieszczelnego jelita.

Udowodniono, iż w ciele ludzi otyłych, odżywiających się wysokotłuszczową i wysoko przetworzoną dietą bakterie te są w zaniku. Zazwyczaj też jest to skorelowane nie tylko z nadwagą ale ze skłonnością do insulinoodporności, toksemii i występowaniem stanów zapalnych co może prowadzić -wcześniej czy później- do cukrzycy typu 2. Rodzaj pożywienia z dużą ilością tłuszczu, pożywienia rafinowanego i przetworzonego powoduje iż przyjazne bakterie nie są w stanie rozwijać się w naszym organizmie. Ta dieta je zabija. Nas zresztą też – tylko wolniej.

Udowodniono też, iż zwiększenie ich obecności zmniejsza nie tylko toksemie, ale poprawia stan naszych jelita, wpływa pozytywnie na zmniejszenie występowania stanów zapalnych oraz poprawia tolerancje glukozy. A poprzez to wszystko wpływa na usunięcie zaburzeń metabolicznych co z kolei związane jest z naszą masę ciała.

Tak więc ludzie szczupli mają inną florę bakteryjna niż osoby z nadwaga lub otyłością.

Oprócz bakterii z rodzaju Bifidobacterium w jelitach osób szczupłych naukowcy odkryli więcej bakterii z gatunku Akkermansia municiphila. W doświadczeniach na myszach stwierdzono, iż u osobników którym wszczepiono powyższe bakterie występował spadek wagi w porównaniu z osobnikami, którym bakterii nie wszczepiono.

Hipokrates twierdził, że każda choroba zaczyna się w jelicie i miała rację. Można tylko dodać, że i zdrowie w jelicie może mieć swój początek.

Bakterie, o których pisałam powyżej karmią się jedną z frakcji błonnika tak zwanymi fruktanami: inuliną lub oligofruktozą. Jeśli więc chcecie mieć taką florę bakteryjną nakarmcie ją pokarmami zawierającymi fruktany. Nie wszystkie produkty roślinne je mają. Poniżej lista tych, które je zawierają:

* czosnek;

* cebula;

* por;

* rzodkiewki;

* rzodkiew;

* pasternak;

* pataty;

* brukiew;

* imbir;

* pochrzyn;

* słonecznik bulwiasty;

* korzeń cykorii;

* liście mniszka pospolitego.

 

Dziś sałatka z pieczonych warzyw i komosy ryżowej – świetna dla bakterii ( i dla nas też 🙂 ).

Sałątka będzie łagodzić dosha vata i kapha. Sałatka będzie zaburzać dosha pitta.

 

Składniki:

 

1 szklanka komosy ryżowej (quinoa);

2 marchewki;

2 korzenie pasternaku (lub pietruszki);

2 ziemniaki;

1 czerwona papryka;

1 pęczek rzodkiewek;

1 por;

1 cebulę;

7 ząbków czosnku;

5-6 liści jarmużu;

5-6 orzechów włoskich;

3-4 łyżki oliwy z oliwek;

3-4 łyżki płatków drożdżowych;

1 łyżka ziół prowansalskich;

2-3 łyżki oleju rzepakowego;

sól i pieprz;

Warzywa myjemy. Ziemniaki, marchew, pietruszkę kroimy na nieduże kawałki – około 1,5 cm. Paprykę kroimy na ciut większe cząstki aby się nie spiekła. Białą część pora kroimy w plastry. Cebulę obieramy i kroimy na 8 części. Czosnek obieramy i dodajemy całe ząbki. Jeden ząbek zostawiamy do dresingu. Rzodkiewkę dodajemy w całości. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 190 stopni. Na blaszce układamy wszystkie warzywa. Skrapiamy olejem rzepakowym. Posypujemy solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi. Pieczemy od czasu do czasu mieszając przez około 30 minut. W tym czasie gotujemy komosę. Do garnka wlewamy około dwie szklanki wody, lekko ją solimy i wrzucamy komosę. Gotujemy około 15 minut – aż woda całkiem wyparuje.

Liście jarmużu przelewamy wrzątkiem i wrzucamy do blendera. Dorzucamy ząbek czosnku, płatki drożdżowe, orzechy, wlewamy oliwę z oliwek i dodajemy 3-4 szczypty soli. Blendujemy na gładką masę.

Kiedy warzywa się upieką, a komosa ugotuje mieszamy wszystko w dużej misce razem z dresingiem. Sałatka najlepiej smakuje schłodzona w lodówce. Dziś u nas dziś nie doczekała… i została zjedzona na ciepło 🙂

 

 

 

 

 

 

czy czujesz głód? … i sałatka z makaronem gryczanym :)

IMGP5276

Długo obserwowałam zależności jedzeniowe, wiele diet i konsultacji odbyłam – wysłuchałam setek historii. Dało mi to wiedzę – szerszy pogląd na zagadnienie jedzenia.

Dziś chciałabym napisać parę wniosków i spostrzeżeń bardziej subtelnych z jedzeniem związanych. Według mnie kluczowych.

Od lat słuchając ludzi mówiących o swoich dietach, swoim zdrowiu i opowiadających swoje historię nasunęło mi się parę pytań.

Dlaczego wciąż mamy kłopoty z utrzymaniem wagi mimo, że nie chcemy być otyli? Dlaczego jemy byle co mimo, że mamy podstawy wiedzy czym to się skończy? Dlaczego nie umiemy utrzymać zdrowych nawyków na dłużej? Dlaczego tak często dogadzamy sobie jedzeniem? Dlaczego popełniamy non stop te same błędy mniemając wytrwale, że tym razem będzie inaczej. Zachowujemy się jakbyśmy wierzyli, że w naszym przypadku prawa fizyki, chemii czy fizjologii nie zadziałają. Że nas to nie dotyczy…

Wydaje mi się, że trzeba tu uświadomić sobie dlaczego jemy. To kolejny obszar wiedzy nie wykorzystywanej w praktyce.

Zazwyczaj popełniamy trzy błędy, pielęgnujemy trzy grupy złych nawyków.

  1. Pierwsze to powód dla którego jemy. Jeśli przeanalizujecie szczerze własne odczucia, własne stany oraz nałożycie je na grafik posiłków okaże się, że rzadko kiedy jecie z powodu prawdziwego głodu. Kiedy ostatnio czuliście się naprawdę głodni? Kiedy myśleliście z przyjemnością o kolejnym posiłku czując rzeczywiste burczenie w pustym brzuchu? Ile razy dziennie jecie? Jak często przegryzacie i podjadacie pomiędzy posiłkami?

Większość z nas nie dopuszcza do siebie uczucia głodu. Jak większość innych niefajnych uczuć nie lubimy i unikamy głodu jak tylko możemy. Niepotrzebnie. Konfrontacja z niefajnymi uczuciami jest jednak konieczna aby móc szczerze doświadczać tych fajnych. Bo biel nie istnieje bez czerni, prawda? Aby móc docenić smak jedzenia musimy doświadczać głodu.

W świecie szybkich małych przekąsek nie istnieje smak. W świecie podwójnych porcji, dokładek i deserów NIE MA SMAKU!

Wiemy już, że nie zawsze jemy kiedy jesteśmy głodni ale dlaczego jemy?

Jedzenie rekompensuje brak. To szybki, łatwy i tani sposób zastąpienia wszelkich naszych braków.

Jemy aby poradzić sobie z emocjami. Jemy aby zagłuszyć niepokój i frustrację aby zapełnić emocjonalną pustkę oraz uczucie samotności lub niedostosowania. Jemy aby złagodzić stres, aby kompensować sobie brak czasu, aby kompensować sobie nieprzespane noce i wieczny pośpiech? Zajadamy zgryzoty i zmartwienia.

Zjedzenia gorącego bajgla z czekoladą załatwia naprawdę wiele. To najszybsze rozwiązanie aby poczuć się lepiej. To coś co błyskawicznie może złagodzić nasze nastroje i pozornie zaspokoić nasze potrzeby. Choćby na chwilę…

Nie lubimy przegrywać, a w batalii jaką toczymy z jedzeniem prawie zawsze jesteśmy na przegranej pozycji. Nie przysparza nam to radości.

Jak wszystkie kłamstwa i te polegające na maskowaniu jedzeniem braków, szybko wychodzą na jaw. Pozostawiając nas z wciąż nierozwiązanymi problemami i niezaspokojonymi potrzebami. Powodując natomiast, iż jesteśmy grubsi, bardziej zmęczeni i zniechęceni, a poprzez to jeszcze bardziej nieszczęśliwi.

  1. Drugi problem z jedzeniem związany to automatyzm. Wrzucamy na luz i idziemy z prądem. Nie myślimy o tym ani kiedy ani co jemy. Nie jemy wiele godzin a potem rzucamy się na byle co. W większości jemy posiłki w pośpiechu, pomiędzy setkami codziennych spraw. Nawet w czasie posiłku o nim nie myślimy. Jesteśmy myślami gdzie indziej – zresztą jak zwykle… Często podczas jedzenia jesteśmy nieobecni, zamyśleni, skoncentrowani na problemach lub zadaniach. Wybiegamy myślami w przyszłość przewidując scenariusze lub zapamiętale analizujemy przeszłość. Oglądamy gazety, czytamy książki lub oglądamy telewizję. Nic dziwnego, że nie dostrzegamy ani tego co jemy ani w jakiej jemy to ilości.

Najgorsze są jednak przekąski. Setki łatwo dostępnych małych porcji pożywienia w jednej torebce – chipsy, batoniki, wafelki, cukierki etc Nie wymagające myślenia ani jakiejkolwiek pracy. Nie wymagające obecności. Mantra naszej nieświadomości powtarzana z każdym ruchem ręki.

Jedząc automatycznie powodujemy, że jedzenie przestaje mieć dla nas nie tylko smak ale i jakąkolwiek wartość. Nie da się przywiązywać wagi do czegoś czego nie zauważamy ponieważ wszelka świadomość podąża za uwagą. Gorzej – nie da się kontrolować czegoś czego się nie uświadamia…

  1. Jemy dla przyjemności – w sumie to powinien być punkt pierwszy. Lubimy robić sobie dobrze. Uwielbiamy się nagradzać. Bo przecież jesteśmy tego warci, bo nam się należy, bo zasłużyliśmy… Uwielbiamy robić to szybko więc wybieramy natychmiastowe rozwiązania. Natychmiastowe nagrody. Jedzenie to najprostszy, najszybszy i najtańszy sposób rekompensaty wszelakiej. Idziemy więc na łatwiznę.

Tak łatwo dostarczyć sobie przyjemności tabliczką czekolady czy świeżutkim pączkiem.

Pyk pyk i zrobione. Nasze pożądanie jest zaspokajane natychmiast.

Takie zachowanie jest wpisane w nasze geny, w potrzebę przetrwania. Płaczmy jako niemowlę i tylko pierś mamy lub butla mleka nas uspokaja i wycisza. Jedząc pozbywamy się napięcia, czujemy się zaspokojeni i bezpieczni. Jeżeli z czasem nie nauczymy się osiągać tych stanów w inny sposób wracamy do korzeni…

W kolejnym poście opisze co winno leżeć u podstaw zmiany powyższych nawyków, wpływając znacznie nie tylko na naszą wagę ale i na nasze zdrowie.

 

Dziś sałatka z makaronem gryczanym. Pyszna i prosta do zrobienia w 15 minut.

Sałatka w tej wersji nie powinna wzmagać dosha vata i kapha. Potrawa może wzmagać dosha pitta.

 

Składniki:

 

2 garście liści szpinaku, rukoli, roszpunki etc;

1/2 opakowania makaronu gryczanego (soba);

5-6 różyczek brokułu;

2 łodyżki szczypiorku z cebulkami;

1 marchewka;

1/2 czerwonej papryki;

3 łyżki oleju sezamowego;

3 łyżki orzechów nerkowca;

3 łyżki nasion sezamu;

2 łyżki oleju kokosowego;

1 ząbek czosnku;

2 szczypty pieprzu cayenne;

3 łyżki startej skórki z cytryny;

2 łyżki soku z cytryny;

2 łyżki sosu sojowego;

1 daktyl bez pestek;

sól i pieprz;

 

Do pojemnika wlewamy olej sezamowy i sos sojowy. Dodajemy daktyla bez pestki, pieprz cayenne i czosnek. Mielimy blenderem, po czym do sosu dodajemy startą skórkę cytryny. Makaron wkładamy do wrzątku i gotujemy – zazwyczaj koło 5 minut maksymalnie. Potem przekładamy na sitko i mocno przelewamy zimną wodą. Nieprzelana wodą soba poskleja się niemiłosiernie. Do miski wrzucamy listki szpinaku i rukoli – one będą podane na zimno. Na nie przekładamy odsączony gryczany makaron. Marchewkę kroimy w słupki, cebulki ze szczypiorkiem w piórka, paprykę i różyczki brokułu w paseczki. Na patelni roztapiamy olej kokosowy i wrzucamy cebulkę ze szczypiorkiem. Po dwóch minutach dorzucamy wszystkie pozostałe warzywa i orzechy nerkowca. Smażymy mieszając maksymalnie 5-7 minut. Wszystko przekładamy do miski z listkami szpinaku. Polewamy sosem i posypujemy ziarnem sezamu. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Bardzo zdrowa, wiosenna i prosta sałatka.

 

 

 

moja piramida żywieniowa i sałatka z jarmużu i awokado z kremowym sezamowo-daktylowym sosem :)

IMGP4505

Dziś o mojej własnej piramidzie żywieniowej.

Jej struktura kształtowała się latami, a na jej obecny wygląd miało wpływ wiele czynników. Po drodze też popełniłam wiele błędów.

Nie zawsze odżywiałam się zdrowo, a moja dieta w młodości pozostawiała wiele do życzenia. Jadłam bardzo dużo białego pieczywa i serów oraz sporo słodyczy. Mimo, że byłam osoba raczej szczupłą miałam fatalne wyniki krwi. Od dziecka borykałam się z anemią. Miałam słabą odporność. Moja rodzina jest obciążona chorobami serca, miażdżycą oraz zachorowaniami na raka piersi. Chciałam sprawdzić czy można zmieniając diametralnie styl życia choć trochę zmienić przeznaczenie…

Eksperymentując z różnym rodzajem pożywienia przez lata doświadczałam jaki wpływ ma ono na moje ciało, samopoczucie i emocje. Przeszłam przez wiele rodzajów między innymi stosowałam dietę makrobiotyczną, witariańską, wegańską i wegetariańską w każdym aspekcie. Zwiększałam ilość różnych pokarmów i zmniejszałam inne. Dostosowywałam dietę do pory roku. Sprawdzałam na ile mogę dietetycznie pogrzeszyć i jak to wpłynie na moje wyniki. Sprawdzałam jak jedzenie danych rzeczy wpływa na moje samopoczucie i moją wydolność. Sprawdzałam czym rzeczywiście są niktóre rodzaje jedzenia. To był proces.

Coroczne badania i obserwowanie siebie od kilkunastu lat pokazywało błędy i wytyczało kierunki.

Wnioski pozwalały mi być bardziej świadomym oraz stanowczo zdrowszym człowiekiem. Wiem też na pewno, że dziedziczne obciążenia można zmienić. Można zwiększyć odporność i pozbyć się anemii. Można naprawić wiele rzeczy, które początkowo wydają się niezależne od nas… Można też zwiększyć poziom energii i wpłynąć trwale na polepszenie samopoczucia. Wyciszyć się. Można stać się bardziej pogodnym człowiekiem.

Muszę tu wspomnieć, że nie tylko zoptymalizowana dieta była mi w tym pomocna ale i sporo terapii naturalnych jak choćby ziołolecznictwo, medycyna chińska, ajurweda i joga, które trwale zagościły w moim życiu.

 

Wracając do struktury jedzenia – myślę, że moja obecna dieta jest optymalna.

Zawsze wybieram pokarmy o jak największej ilości wartości odżywczych i jak najlepszej jakości – to jest niezmienne. To one stanowią podstawę diety.

Muszę tu też zauważyć, że jeśli mam wybór zawsze sięgam po produkty mniej zakwaszające, a bardziej zasadowe.

Poniżej lista pokarmów ułożona pod względem zasadowości:

http://www.izaraczkowska.pl/kasza-brokulami-pod-beszamelem-razem-lista-produktow-alkalizujacych/

I tak patrząc od największych ilości poczynając:

  1. Podstawą mojej diety są warzywa w ilości naprawdę sporej. Jedzone w formie zależnej od pory roku. W ciepłych porach roku zjadam 70-80 % rzeczy na surowo, a resztę przetwarzam termicznie. W zimnych porach roku 50% jest surowe a 50 % przetworzone termicznie. Ogólnie warzywa stanowią największą części mojej codziennej diety. Ze stanowczą przewagą zielonych warzyw liściastych i niezbyt dużą ilością warzyw skrobiowych. Średnio jem koło 1 kg różnych warzyw dziennie.
  2. Zboża i kasze. Oraz ich przetwory – pasztety, mąki, kremy, pieczywo, placki. W miesiącach zimowych więcej a w letnich mniej. Bardzo rzadko wybieram zboża zawierające gluten. Chleb piekę z mąki ryżowej lub gryczanej. Moje ulubione zboża to gryka i proso.
  3. Rośliny strączkowe. Oraz ich przetwory – pasztety, pasty, placuszki i kotleciki. Szczególnie ulubione kiedy za oknem jest mróz. Zawsze długo moczone, gotowane i dobrze doprawione.
  4. Orzechy i pestki. Oraz ich przetwory – masła, kremy, mąki. Bogactwo mikro i makroelementów, witamin i zdrowych tłuszczów. Mam je zawsze pod ręką.
  5. Owoce. Głównie surowe. Jako, że ich działąnie mocno mnie wychładza stanowczo dostosowuje ich spożycie do pory roku.
  6. Tłuszcze. Nierafinowane i ekologiczne. O ich dobrą jakość dbam szczególnie. Moimi ulubionymi są olej lniany, z pestek dyni i kokosowy.
  7. Ghee, parmezan, mleko i miód. Słodycze.

 

Struktura różnicuje się zależnie od pory roku. Dlatego też zamieszczam dwa wykresy. Wykres przedstawiają procentowo rodzaj spożywanej żywności.

Zrzut ekranu 2015-02-03 o 15.16.44

Produktów odzwierzęcych jem bardzo niewiele. Parę łyżek mleka do kawy lub kostka czekolady. Czasem ghee – tylko zimą. Czasem ciut parmezanu. Czasem miód. Raz na parę miesięcy jakieś jajo może się trafi. Ostatnio rzadziej. Nawet nie wiem czy je tu uwzględniać bo nie przekraczają średnio 1% spożytych przeze mnie kalorii dziennie.

Oprócz sporadycznie popełnianego zimowymym wieczorem kawałka czekolady- słodyczy nie jadam wcale. Słodkie ciastko przytrafia mi się raz na parę lat.

Przetworzonych, gotowych i mocno oczyszczonych pokarmów, nabiału, dziwnych napoi i wszelkich kolorowych opakowań nie popełniam prawie nigdy.

Dzieci żywię podobnie z tą różnicą, że dostają one więcej produktów odzwierzęcych w postaci masła, sera czy jajka- raz na parę dni. Średnio – dość naciągając około 5% ich zapotrzebowanie kalorycznego dziennego mogę uznać za pochodzące z nabiału.

Mięsa oraz jego przetworów nikt z nas nie je – nigdy.

Mamy dobrą odporność. Dzieci narzekają, że muszą wciąż chodzić do szkoły kiedy ich koleżanki są w domu na zwolnieniach lekarskich.

Pijam regularnie kawę i czasem czerwone wytrawne wino ? to tak aby nie stracić cech ludzkich 🙂

Dostarczając organizmowi latami wszystkich niezbędnych składników oraz pożywienia o ogromnej gęstości odżywczej NIE MAM APETYTU na słodycze lub przekąski.

Posiłki jem trzy dziennie czasem dwa – zależy od dnia. Sporo piję – głownie wody i herbatek ziołowych. Codziennie bardzo regularnie rano wypijam minimum 350 ml świeżo wyciskanego soku z warzyw.

Dziś mega gęsta odżywczo sałatka z jarmużu, rukoli i awokado z magicznym słodkim kremowym sosem.

 

Składniki:

2 duże garście jarmużu (około 100g);

1 garść rukoli;

1 awokado;

1 czerwona papryka;

1 marchewka;

1 garść kiełków brokułu;

1 garść płatków migdałowych;

Sos:

4 duże daktyle bez pestek;

4 łyżki tahini;

2 łyżki miso (shiro miso);

1 łyżka sosu sojowego;

3-4 łyżki soku z cytryny;

2 szczypty pieprzu cayenne;

1 duży ząbek czosnku;

6-8 łyżek wody;

Jarmuż drobno kroimy i wsypujemy do miski. Dodajemy rukolę i kiełki. Awokado obieramy i kroimy w plasterki. Marchewkę i papryke kroimy w paseczki. Wszystko wrzucamy do miski. W osobnym pojemniku miksujemy wszystkie składniki sosu na kremową masę. Jeśli wyjdzie za gęsty dodajemy ciut więcej wody. Sosem polewamy sałatkę i wszystko posypujemy prażonymi na suchej patelni płatkami migdałowymi.

Prawda jest taka, że cokolwiek nie polejecie tym sosem stanie się pyszne 🙂 Zdrowego smacznego.