Dziś ciut inaczej będzie. Mniej o jedzeniu i jego konkretnym działaniu więcej o… No właśnie. O wiedzy będzie.

Tak się zrodziło jakoś w odpowiedzi. Obserwuje od lat ludzi, rozmawiam, konsultuje systematycznie i poznaje mnóstwo jedzeniowych przypadków.

Z perspektywy widać wyraźniej. Jest przestrzeń na wnioski.

Żyjemy w czasach niesamowicie łatwego dostępu do informacji wszelakiej. Wystarczy abyśmy zechcieli tylko coś wiedzieć – nie ma prawie żadnych przeszkód – papa google poinformuje nas o wszystkim szybciutko i w wielości stron wszelakich. Są książki. Są ogólnie dostępne opracowania badań.

Oczywistym aspektem powyższego (mimo różnej jakości informacji) jest to, że jako społeczeństwo jesteśmy coraz lepiej poinformowani. Wiemy rzeczy, które chcemy wiedzieć i przy okazji niestety dowiadujemy się całej masy informacji, których nie potrzebujemy… Ale nie o tym dzisiaj. Dzisiaj o naszej wiedzy 🙂

Tak więc jeśli tylko chcemy i włożymy minimum zaangażowania w postaci otwarcia strony www, znalezienia wiarygodnego źródła – możemy zyskać stado informacji. Co też czasem robimy.

Wiemy dokładnie jakie składniki odżywcze są nam potrzebne i wiemy czego stanowczo nie potrzebujemy, co stanowi nadmiar. Wiemy co jest gęste odżywczo, a co bezwartościowe – aczkolwiek zazwyczaj bardzo smaczne. Mamy wiedzę gdzie najwięcej jest witamin, mikro i makroelementów. Wiemy co nas zakwasza, co powoduje toksemie i co nas najlepiej oczyszcza. Zdajemy sobie sprawę ze złych i dobrych połączeń pokarmowych i ich wpływu na nas. Znamy powody swojej nadwagi, otyłości czy złego samopoczucia. Rozumiemy zależności pomiędzy przyczyną i skutkiem – logiczność prawa karmy jest dla nas jasna i zrozumiała.

Mimo to żyjemy i jemy zbyt często po prostu… niezdrowo.

Schizofrenicznie myślimy, że prawa rządzące światem akurat nas nie dotyczy… Że cichutko boczkiem się im wymkniemy? Że akurat w naszym szczególnym i jedynym wypadku popełnianie błędów „ujdzie płazem”? Że robiąc dokładnie tak jak wszyscy – osiągniemy zupełnie inny rezultat?

Wiedza nie przeszkadza nam tu nic a nic.

Fenomenalne.

 

Kiedy chodzimy do szkoły – najpierw powoli i systematycznie zyskujemy wiedzę, która z czasem poddana jest egzaminom i ocenom.

W życiu jest inaczej – najpierw sprawdzian, a potem lekcja.

 

Życie rozliczy nas bezwzględnie. Każdego.

Sprawdzian z martwej, niewykorzystanej wiedzy nie wypadnie najlepiej. Obyśmy mieli możliwość wszyscy dotrwać do lekcji.

Wiedza stanowi dla mnie wartość jeśli jest drogą do mądrych wyborów, a świadomości upatruję tam gdzie następuje zmiana. Czego i Wam w Nowym roku życzę 🙂

A propo wyborów następny wpis o naszych wyborach żywieniowych – zarówno z punktu widzenia ajurwedy jak i… psychologii. Razem ze stadem rad – jak je zmienić 🙂

 

Dziś kawa rozgrzewająca i aromatyczna na zimę. Wspaniała w zestawie z kocykiem i dobrą książką 🙂 Kawa zawsze mniej lub bardziej zaburzy dosha vata i pitta. Będzie dobra dla kapha. Niemniej kardamon i gałka muszkatołowa są ajurwedyjskimi odtrutkami na kofeinę. Kardamon w przepisie jest obecny – dla vata i pitta polecam dodać jeszcze trzy szczypty gałki muszkatołowej. Wszystko jest dla ludzi – kawa też. Trzeba tylko pamiętać, że lekarstwo od trucizny rozróżnia dawka 🙂

Składniki:

1 1/2 szklanki wody;

3 kopiaste łyżeczki kawy;

1/3 łyżeczki cynamonu;

1/4 łyżeczki startego imbiru;

3 szczypty zmielonego kardamonu;

1/4 łyżeczki zmielonych goździków;

1 łyżka miodu;

1 łyżka mleka sojowego w proszku;

1 szczypta soli;

Wodę zagotowujemy w garnuszku. Dodajemy cynamon, imbir, kardamon, goździki i szczyptę soli dla zrównoważenia smaku. Gotujemy 5 minut. Dodajemy kawę i gotujemy kolejne 5 minut na bardzo małym ogniu. Odstawiamy na 3 minuty pod przykrywka. Przecedzamy kawę przez filtr lub siteczko. Dodajemy mleko w proszku i miód.