zdrowe odżywnianie

rasajana czyli ajurwedyjska terapia odmładzająca i koktajl migdałowo-kokosowy :)

 

Rasyana to według Caraka Samhity „ta, która zapobiega starzeniu i niszczy choroby”. Rasa znaczy esencja a ayana to to co przenika do wnętrza. Jest więc ajurwedyjska rasayana wszystkim tym co przenika do naszego wnętrza budując esencję, energię witalną odżas, tego kim jesteśmy zarówno na poziomie fizycznym jak i bardziej subtelnym.

Aby doprowadzić do powstawania odżas, odnowienia komórek i tkanek musimy zapewnić przede wszystkim dobre funkcjonowanie naszego metabolizmu, zapewnić odpowiednią ilość hormonów i enzymów. Odżas powstaje w trakcie procesów anabolicznych dlatego też ajurweda zwraca szczególną uwagę na zrównoważenie ich w stosunku do procesów katabolicznych – szczególnie w wieku starszym. O wszystkie powyższe dbają właśnie rasajana.

Według Caraka Samhity rasajany stosowanie właściwie zapobiegają przedwczesnemu starzeniu się, pozwalają zachować młodość ciała i ducha, poprawiają wygląd skóry, włosów, organów wewnętrznych, organów ruchu, zmysłów oraz pamięć i intelekt medhya.

Zwiększa się też odporność, energię życiową prana, żywotność ayus, samopoczucie i ajasrika jakość życia. Jednak w rozumieniu ajurwedyjskim stosujemy rasayana aby nasza długowieczność i świetne zdrowie przysłużyły się do czynienia dobra dla innych, szerzeniu mądrości oraz szeroko rozumianej ahimsy (niekrzywdzenia).

Rasajana przeważnie to zioła, lecz nie tylko. To także pewne formy naszej aktywności jak na przykład ćwiczenie jogi lub braku aktywności jak na przykład medytacja. Także pewne określone elementy naszej diety oraz nasze zwyczaje uznawane są przez ajurwedę za rasajana – oczywiście jeśli na te miano zasługują… Zazwyczaj bowiem to właśnie dieta i nasze zwyczaje najmocniej i najszybciej nas niszczą…

Nie można jednak przeprowadzać terapii rasajana zawsze.

Według ajurwedy nasze niedobory, ama toksyny i mala odpady przemian powstają jako produkt uboczny metabolizmu i trawienia oczywiście w korelacji z nieprawidłową dietą. Ich kumulacja w ciele zaburza dosha i leży u podstaw chorób ciała i umysłu. Na początku więc należy przeprowadzić według ajurwedy szereg zabiegów oczyszczających sodhana jak na przykład purvakarma, pancakarma czy dieta oczyszczająca. Potem zaś wprowadzić odpowiednią dietę i zabiegi paścatkarma równoważące dosha, dbające o mocny ogień trawienny jatharagni oraz wspomagające niegromadzenie toksyn. Wtedy też dopiero można stosować z powodzeniem rasajana. W innym przypadku – kiedy zastosujemy rasajana na nieoczyszczone ciało pogłębi to jedynie ilość ama toksyn i mala odpadów przemian pogarszając nasz stan. No nie ma tu drogi na skróty niestety.

W dalszych postach opiszę kilka rasajana i o zabiegach oczyszczających także będzie.

Dziś najprostsza, codzienna rasajana w postaci koktajlu podana. Powinna wzbogacić dietę każdego z nas. Śmiesznie prosta i smaczna 🙂

 

Składniki:

2/3 szklanki mleka kokosowego;

7 migdałów bez skórki;

7 rodzynek;

1 kopiasta łyżeczka Chyawanprash;

1 szczypta cynamonu;

Mleko kokosowe można zastąpić mlekiem od szczęśliwej krówki – jeśli je pijacie.

Dżemik Chyawanprash sam w sobie jest rasajana. To połączenie wielu najważniejszych ziół indyjskich na bazie amli – indyjskiego agrestu (który sama w sobie rasajana też jest). Można go kupić w sklepie internetowym z artykułami azjatyckimi lub w dobrych sklepach ze zdrową żywnością.

Migdały i rodzynki zalewamy mlekiem kokosowym. Odstawiamy na noc. Rano dodajemy dżemik Chyawanprash i dokładnie, dość długo blendujemy. Powinno wyjść puszyste i jednorodne. Posypujemy cynamonem.

Polecam szczerze powtarzać codziennie 🙂

 

wspomagamy odtruwanie czyli oswajamy wodorosty :)

IMGP6980

Wszyscy wiemy, że wodorosty to super food. To jedzenie o jednej z największych gęstości odżywczej. Te niepozorne roślinki mają ogromne ilości wartości odżywczych przypadających na daną wartość kaloryczną. Dla przykładu mają one o 10-20 razy więcej mikroelementów, pierwiastków śladowych, składników odżywczych i witamin niż organizmy lądowe.

Więcej o gęstości odżywczej pisałam tu:

http://www.izaraczkowska.pl/gestosc-odzywcza-czyli-glazurowana-brukselka-orzeszkami/

O właściwościach wodorostów pisałam tez tu:

http://www.izaraczkowska.pl/jedzenie-ma-moc-czyli-roladki-nori-kremowym-sosem-tofu/

Wodorosty uznawane są przez medycynę wschodnia jako pożywienie mające moc przedłużania życia, zapobiegania chorobą oraz przywracania urody ? no nie może być lepiej 🙂 Rzeczywiście społeczności, w których menu goszczą na stałe wodorosty to społeczności charakteryzujące się długowiecznością, szczupłą budową ciała oraz rzadszym występowaniem chorób cywilizacyjnych.

Ponadto jedną z ważniejszych właściwości wodorostów są ich odtruwające właściwości.

Najbardziej rozpowszechnione na świecie jest skażenie ołowiem, glinem (aluminium), arsenem, kadmem oraz rtęcią. Związki te mogą pozostawać w ciele czego skutkiem bywa szwankowanie wszystkich systemów metabolicznych co leży u podstaw wielu poważnych chorób. Zawsze też będą one wpływać na nasze ogólne osłabienie i zmęczenie.

Wodorosty są w stanie przekształcać określoną ilość toksycznych metali w sole, które nasz organizm jest w stanie bez problemu wydalić przez jelita. Należy je jednak jeść regularnie minimum 4 razy w tygodniu przez pół roku.

Wspomagają też wodorosty do pewnego stopnia łagodzenie skutków promieniowania. Nie tylko nuklearnego, ale promieniowania, na które narażeni jesteśmy codziennie. To promieniowanie linii wysokiego napięcia oraz instalacji elektrycznej, mikrofalówek i kuchenek indukcyjnych, komputerów, ekranów i telewizorów. Te rodzaje promieniowania wpływają na zwiększenie produkcji przez nasz organizm wolnych rodników, a tym samym przyspieszenie procesów starzenia, zaburzeń komórkowych, anemii oraz wielu innych chorób.

Oprócz wodorostów dość podobne działanie odtruwające mają także miso, czosnek oraz trawa jęczmienna i pszeniczna.

Mają także wodorosty właściwości mocno nawilżające (wspomagają aspekt Yin). Są niezwykle skuteczne w usprawnianiu metabolizmu płynów w ciele. Specjalnie zalecane dla osób szczupłych lub osób z charakterystycznymi objawami suchości jak choćby sucha skóra, suche włosy czy słabo nawilżone stawy.

W ramach oswajania tego mało popularnego rodzaju pożywienia w naszej diecie dziś jedno z prostych zastosowań wodorostów. Sałatka ze świeżych wiosennych warzyw i wodorostów z miso.

Sałatka będzie łagodziła vata, może lekko zaburzać dosha pitta i kapha.

 

Składniki:

1 garść suchych wodorostów wakame;

1 ogórek;

1 marchewka;

5 rzodkiewek;

1 cebulka dymka ze szczypiorkiem;

2 łyżki nasion sezamu;

1 kopiasta łyżka jasnego miso (shiro miso);

1 łyżka soku z cytryny;

1 łyżka sosu sojowego;

1 łyżeczka octu jabłkowego;

3 łyżki oleju sezamowego;

4-5 szczypty pieprzu cayenne;

1/2 szklanki wrzątku;

Wodorosty wsypujemy do miseczki i zalewamy wrzątkiem. Czekamy około 10 minut. Powinny całe wypić wodę, urosnąć i być równomiernie zielone. W razie konieczności resztę wody odlewamy. Cebulkę ze szczypiorkiem kroimy w piórka. Marchewkę kroimy obieraczką do warzyw w podłużne paseczki. Rzodkiewki kroimy na plasterki, a ogórka w paseczki. Wrzucamy do miski wodorosty, marchewkę, rzodkiewki, cebulkę i ogórka. Wsypujemy sezam. W kubeczku mieszamy olej, miso, sos sojowy, ocet jabłkowy, pieprz cayenne i sok z cytryny na gładką masę. Sosem polewamy sałatkę i dobrze mieszamy. Najlepiej smakuje schłodzona w lodówce 🙂

 

 

 

 

 

 

witamina B12 oraz chipsy lniane :)

IMGP5264

Dziś o witaminie B12.

Napiszę co wiem o tej witaminie, jakie mam co do niej pytania i jak karmię swoją rodzinę aby jej nam nie zabrakło.

Wszystkie opinie jakie czytuje czy słyszę są takie, że wegetarianie/weganie musza suplementować witaminę B12 ponieważ znajduję się ona jedynie w mięsie zwierząt lub ewentualnie w nabiale- dostarczanym w sporej ilości. Jej brak w ustroju wywołuje szereg groźnych objawów, którymi straszy się tą garstkę bidnych wegan jak na przykład niedokrwistość, osłabienie, zmęczenie, bóle głowy, tachykardia, zaburzenia czucia, zaburzenia siły mięśniowej, zaburzenia poznawcze, apatia i depresja oraz jak wisienkę na torcie schizofrenia 🙂 Rzeczywiście niedobór kobalaminy tak się objawia. Natomiast nie zgadzam się z twierdzeniem, że na diecie roślinnej czy wegetariańskiej następują ogromne niedobory powyższej. Całe narody i plemiona przez setki lat żyły na diecie roślinnej z niewielkimi dodatkami nabiału i bardzo sporadycznymi produktami odzwierzęcymi, a mimo to wykształciły piękne kultury i stworzyły wspaniałe cywilizacje. To na pewno nie były narody anemicznych schizofreników. Nie suplementowały się też tabletkami z witaminą B12…

Po pierwsze witamina B12 (kobalamina) nie występuje w roślinach jeśli nie są ona w jakiś sposób skażone, zanieczyszczone drobnoustrojami. To pewnik.

U zwierząt roślinożernych (przeżuwaczy) karmionych NATURALNYMI I NIEPRZETWORZONYMI roślinami jest ona wytwarzana przez drobnoustroje produkujące fermenty w przewodzie pokarmowym od żwacza począwszy. Co ciekawe w żwaczu zwierząt roślinożernych nie wydzielane są żadne enzymy trawienne, a trawienie odbywa się tylko i wyłącznie za pomocą enzymów zawartych w zjadanych roślinach  (zjawisko autolizy) oraz za pomocą enzymów wytwarzanych przez florę jelitową.

Po absorbcji przez komórki wyściółki jelit jest witamina B12 we krwi zwierząt oraz w ich płynie mózgowo-rdzeniowym – skąd przeniesiona zostaje i zmagazynowana w wątrobie w ilości 60 % oraz do mięśniach w ilości około 30%.

Występuje więc co oczywiste w mięsie zwierząt, a także w produktach odzwierzęcych jak jajka, sery czy mleko. Ale chyba nie tylko…

Jest parę możliwości. Rodzi się parę pytań.

Propo flory jelitowej. Oczywiście my ludzie nie posiadamy czterech żołądków w tym żwacza. Jedząc jednak odpowiednie pokarmy możemy i my wytworzyć odpowiednią florę jelitową, która zniweluje nasze niedobory.

Badając zagadnienie białka naukowcy odkryli na przykład plemię Aborygenów z Nowej Gwinei, które nigdy nie zjada pokarmów odzwierzęcych. Ich głównym pożywieniem jest słodki ziemniak batat. Mimo to członkowie tego plemiona maja bardzo dobre wyniki badań krwi. Okazało się, że białka (oraz powiązanych z nim witamin) dostarcza im specyficzna flora jelitowa wyrosła właśnie na tych ziemniakach i mało przetworzonych roślinach. Ilość białka dostarczana codziennie przez florę u członków tego plemienia to aż 10-15 gram.

Oczywiście aby wyhodować odpowiednią florę musi zachodzić zjawisko autolizy indukcyjnej, a więc jak najwięcej pokarmów roślinnych trzeba spożywać w formie nieprzetworzonej. Trzeba pamiętać, że górną granicą temperatury, w której jeszcze pracują fermenty są 54 stopnie.

Czytałam, że w przewodzie pokarmowym człowieka absorbcja tej witaminy odbywa się w jelicie cienkim, a jej produkcja dopiero w jelicie grubym. Jak w takim razie jest możliwe, że plemiona na diecie roślinnej żyją i mają się dobrze?

Myślę, że będzie tu miało miejsce jeszcze sporo odkryć 🙂

Propo zanieczyszczenia roślin drobnoustrojami. Ten rodzaj źródeł witaminy B12 potwierdza „Biochemia Harpera” (obowiązujący podręcznik na studiach medycznych). Na przykład w krajach Azji, Indonezji lub w większości krajów Trzeciego Świata populację żywiące się dietą roślinną uzyskują witaminę B12 dzięki obecności ogromu drobnoustrojów, które zasiedlają ich pożywienie. Ogromną grupą pokarmów są tu też produkty fermentowane.

Do produktów tych należą kiszone w warunkach domowych (bez dodatku octu) warzywa. U nas polecam domowymi metodami kisić buraki, kapustę i ogórki. Oprócz tego mikroorganizmy wytwarzające witaminę B12 są obecne w fermentowanych domowym sposobem jogurtach – TAKŻE TYCH Z MLEKA ROŚLINNEGO, fermentowanych nasionach lub zakwasie chlebowym domowej roboty. Inne produkty zawierające owe mikroorganizmy to tempeh, miso, natto lub niektóre odmiany naturalnego sosu sojowego. Jeżeli chcemy je kupić u nas należy wybierać te, które są robione w małych manufakturach, a nie w ogromnych fabrykach. Zasady higieny muszą być zbliżone do tych jakie mamy w domu, a nie tych z metalowo-szklanych molochów.

Zbyt restrykcyjne warunki sanitarne uniemożliwiają zanieczyszczenie pozytywnymi drobnoustrojami pożywienia.

Propo grzybów. Mimo, że niektóre źródła podają iż występują w grzybach jedynie analogi witaminy B12 badania australijskie (Uniwersytet Zachodni Sydney 2009) udowodniły co innego. Badaniom poddano pieczarki i udowodniono, że zawierają one bio-dostepną witaminę B12. Większość jej znajduje się w nawierzchni kapeluszy grzybów.

Wśród grzybów mamy też drożdże. Zarówno „Biochemia Harpera” jak i w innych wiarygodnych publikacjach podaje się, że drożdże są źródłem witamin z grupy B WŁĄCZNIE Z WITAMINĄ B12. W zależności od rodzaju od 6 do 47 mikrogramów na 100 gram. Nasze dzienne zapotrzebowanie to 2-4 mikrogramy.

Propo innych źródeł witaminy jak na przykład algi. Naczytałam się masę o tym, że witamina B12 zawarta w algach to tylko analog strukturalny, którym nie może zastąpić tej oryginalnej odzwierzęcej witaminy. Oki… Dlaczego jednak na przykład u osób będących latami na pewnych restrykcyjnych dietach antynowotworowych – wegańskich, które są odmianami diety makrobiotycznej nie występują niedobory witaminy B12?

Jedna z tych diet (dieta Genmai-Saishoku) to opierająca się tylko i wyłącznie na brązowym dzikim ryżu, ogromnych ilościach warzyw, produktach fermentowanych, fasoli, grzybach, gryce oraz dużej ilości alg jak nori, wakame, kombu etc. została bardzo dokładnie przebadana. Wyniki zaskoczyły naukowców – znowu 🙂 Poziom witaminy B12 w osoczu wegan będących na tej diecie nie odbiegał normą od poziomu wszystkożerców (badania Suzuki).

Propo innch możliwych źródeł. Reakcje chemiczne. Jedna z osób, które stanowią dla mnie autorytet naukowy, siedmiokrotnie nominowana do Nobla za odkrycia, dr Johanna Budwig zbadała zagadnienie witaminy B12. Jako biochemik zajmowała się ona korelacją odżywiania i raka od strony biochemicznych procesów zachodzących w ciałach osób chorych.

W swoich publikacjach opisała proces wytwarzania w naszych organizmach witaminy B12 w postaci cyklokobalaminy, która jest formą sprzedawanej w większości preparatów handlowych witaminy B12.

Jeśli chodzi o reakcje chemiczne to oczywiście też należy im zapewnić możliwość zaistnienia. Przede wszystkim jelita muszą wypełniać wyżej opisane produkty aby było odpowiednie zasadowe środowisko. Czyli konieczna jest do procesu dieta zawierająca duże ilości nieprzetworzonych pokarmów roślinnych ich fermentów. Po drugie należy dostarczyć organizmowi produktów zawierających odpowiednie związki chemiczne – glikozydy cjanogenne. Występują one w wielu różnych pokarmach ale szczególnie tanie i łatwo dostępne są w postaci na przykład siemienia lnianego. Dodatkowo siemię lniane zawiera jeszcze konieczne do reakcji enzymy rodanazę i linamarazę. Aby równanie wyszło pełne i kompletnie dopasowane do naszych potrzeb należy jeszcze wprowadzić dwa kolejne składniki. Potrzebne są owoce lub soki owocowe naturalne oraz siarka. Więc tak. Linamaraza zawarta w siemieniu aktywuje glikozydy (cyjanogeneza) zawarte też w siemieniu ale potrzebuje do tego niezbyt kwasowego środowiska oraz obecności owoców aby reakcja nie przebiegła zbyt gwałtownie bo wówczas powstanie cyjanowodór. Rodanaza -kolejny enzym zawarty w siemieniu pilnuje i neutralizuje ewentualny cyjanowodór jeżeli już taki powstanie ale też potrzebuje do tego siarki. Świetnym źródłem siarki są na przykład warzywa krzyżowe – tanie i wszędzie dostępne. Dobrym źródłem siarki jest też biały ser i to jego wykorzystała dr Budwik jako katalizatora wyżej opisanych procesów.

Tak więc enzymy linamarazy i rodanazy wespół z siarką i odpowiednim środowiskiem przekształcają glikozydy cyjanogenne między innymi w cyjanokobalaminę czyli witaminę B12.

W procesie tym nie tylko wykształca się witamina B12 ale także metabolity zwane rodankami, które mają bardzo pozytywne zdrowotne i odtruwające właściwości. Poprawiają wydolność procesów metabolicznych głównie mają wpływ na podstawowe procesy oddechowe komórek i poprawiają samopoczucie.

Pisząc o witaminie B12 należy też wspomnieć o dwóch bardzo istotnych sprawach, o których mało kto wspomina.

Po pierwsze niezależnie skąd czerpiemy tę witaminę nie zostanie ona wchłonięta jeśli nie dysponujemy zdrową wyściółką jelit. W procesie wchłaniania witaminy B12 pośredniczą receptory umiejscowione właśnie w nabłonku zdrowych jelit. Etapem inicjującym ten proces jest także wiązanie tej witaminy z tak zwanym czynnikiem wewnętrznym wydzielanym przez komórki okładzinowe naszego żołądka. Jeżeli te procesy nie zachodzą poprawnie witamina B12 nie zostanie wchłonięta z pożywienia. Niedobór czynnika wewnętrznego inicjującego wchłanianie witaminy B12 może być skutkiem gastrektomii (czyli usunięcia częściowego lub całkowitego żołądka), chorób autoimmunologicznych lub częstego stosowania leków antyhistaminowych. Te ostatnie część społeczeństwa stosuje niestety bardzo często jako odpowiedź na powszechnie występujące alergie? Udowodniono też, że podobne działanie blokujące receptory histaminowe mają niektóre leki antydepresyjne co także może wpływać na zdolność wchłaniania witaminy B12.

Po drugie u osób spożywających większe ilości mięsa oraz produktów odzwierzęcych stanowczo zwiększa się zapotrzebowanie na witaminę B12. Dzieje się tak ponieważ osoby te potrzebują tej witaminy do zbudowania odporności oraz do wytworzenia odpowiedniej jakości krwi co jest dużo trudniejsze w mocno zakwaszonym środowisku. Czyli im więcej mięsa jesz tym więcej witaminy B12 potrzebujesz.

Trzeba też pamiętać że nasze dzienne zapotrzebowania to według różnych źródeł do nawet 4 mikrogramów dziennie. Natomiast wątroba może zapewnić nam zapasy witaminy B12 nawet do pół roku.

To tyle co wiem.

Ja i moja rodzina jesteśmy na diecie wegetariańskiej. Ja osobiście jednak zjadam bardzo rzadko produkty odzwierzęce jak mleko, ciut masła, sera czy jajko  – co przekłada się na dwie łyżki mleka do kawy dziennie lub masło do chleba. Średnio mniej niż 1% dziennego zapotrzebowania kalorycznego pochodzi od nich. Dzieciakom daje je ciut częściej – szczególnie masło. Stanowią produkty odzwierzęce średnio 5% dziennego zapotrzebowania kalorycznego – co przekłada się na przykład na parę kanapek chleba z masłem, dwa plasterki sera lub jajko raz na kilka dni. Jemy codziennie duże ilości roślin w formie nieprzetworzonej termicznie. Codziennie zagęszczam sosy i zupy płatkami drożdżowymi oraz miso. Kilka razy w tygodniu jemy też inne przetwory fermentowanej soi. Codziennie jemy algi w formie różnej. Kiszonki własnej roboty goszczą na stałe w naszym menu. Jemy chleb na własnym zakwasie oraz siemię lniane codziennie. Nie mamy niedoborów, a wyniki krwi mamy prawidłowe. Nie potrzebujemy trwałej suplementacji witaminą B12.

 

Dziś chipsy z siemienia lnianego.

Masa dobroci w plasterku 🙂

Sam len działa bardzo łagodząco dla dosha vata, pitta i kapha. Niemniej muszę przyznać z ubolewaniem, że wszelkie chrupki mniej lub bardziej zaburzają dosha vata.

 

Składniki:
1 szklanka siemienia lnianego (w całości);

1/3 szklanki zmielonego siemienia lnianego;

1 i 1/2 szklanki wody;

6 łyżek płatków drożdżowych;

5 pomidorów suszonych w zalewie;

1 łyżka ziół prowansalskich;

1 łyżeczka soli;

Pomidory odsączamy z zalewy i mielimy blenderem. Wszystkie składniki wrzucamy do miski i dokładnie mieszamy. Odstawiamy na godzinkę. Po czym rozgrzewamy piekarnik do temperatury 150 -160 stopni. Dużą blaszkę do pieczenia wykładamy papierem i rozsmarowujemy na niej cieniutką warstwą masę powstałą z siemienia. Wkładamy do piekarnika na 10 minut po czym wyjmujemy na moment i kroimy w kwadraciki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika na kolejne Pieczemy przez 20 minut. Jeśli dacie za dużą temperaturę lub zostawicie je na długo chipsy się przypalą – będą ciemne i gorzkie. Wyjmujcie je i od czasu do czasu próbujcie. Aby chrupki wyszły smaczniejsze przed pieczeniem można je obsypać dodatkowo grubo zmieloną solą 🙂